Slider

Najlepsze co mogłam dla siebie zrobić...

1 kwietnia 2019

Gdy ktoś Was skrzywdzi, Wasza samoocena ląduje na dnie. Tak jest zawsze. Choćbyście miały najmocniejsze charaktery to złe czyny innych w Waszym kierunku, zawsze Was dotkliwie poranią. Zawsze możecie w odpowiednim momencie się wycofać, ale gonitwa myśli zrobi Wam to samo co inni ludzie. 

Gdy utracicie coś na czym Wam zależy, szukacie przyczyny i winy w sobie. A nie zawsze się coś traci na własne życzenie, czasem pomagają w tym osoby trzecie licząc na zysk z Waszej krzywdy. Wasza wiara w ludzi redukuje się do zera. 

Czasem jednak bywa tak, że pechowe wydarzenia idą jednym ciągiem miesiącami, jak nie latami… A Wy zastanawiacie się, co jest do cholery jasnej nie tak, że spotykają Was różne, niefajne rzeczy. A to przyjdzie Wam do głowy, że ktoś rzucił na Was złe słowo, albo urodziliście się pod pechową gwiazdą. A może po prostu jesteście…? Tu dopowiedzcie sobie sami, w każdym razie to wszystko co przechodzicie mocno podkopuje Waszą samoocenę i sprawia, że nie jesteście w stanie myśleć pozytywnie.

Naprawdę nie jesteście w stanie myśleć pozytywnie.
NIE POTRAFICIE, NIE DA SIĘ.

I to spotkało mnie. 

Nie będę tu pisać o swoich niepowodzeniach, bo po co? Wystarczy Wam to, że jestem chronicznie zmęczona i nie znam przyczyny tego, a tak bardzo zmęczona nie byłam w stanie się obronić.




___________________________


Wejście w nowy rok przyniosło mi coś czego się nie spodziewałam. Przez jedną ważną rozmowę dostałam niesamowitego kopa do tego by wrócić do tego, co utraciłam przez niekorzystne zdarzenia w moim życiu i nie umiałam się z tego wyplątać. Winić siebie mogę w tym tylko dlatego, że na to pozwoliłam…

Ciężko w to uwierzyć, ale utrata mega dobrej samooceny i pozytywnego myślenia spotkała i mnie. Kto czyta mojego bloga od lat ten wie, że chyba nie było w internecie bardziej pozytywnie myślącej osoby ode mnie i że wręcz sprawiałam wrażenie chodzącego słoneczka :D A jak widać i mi było trudno ten stan utrzymać. Niestety ciągle kopany człowiek nie jest w stanie dłużej się trzymać w ryzach i w końcu zaczyna przez to niedomagać, tracić powłokę. Trochę jak nasza planeta bombardowana przez cząsteczki wiatru słonecznego - za silny strumień przebija się przez ochronną warstwę i dotkliwie ją parzy….

Wiecie jak się czuje człowiek, który nie potrafi myśleć pozytywnie? Na pewno wiecie, jest Was wielu. Znam mnóstwo pesymistów, lub osób które doświadczone trudami życia nie umiały się otworzyć na dobro. Ja nie potrafiłam, zgubiłam zdolność dostrzegania dobra w małych rzeczach. Moją głowę zdominował strach, masa lęków… Czułam, że gorzej być nie może. Przełomową okazała się być JEDNA rozmowa z dobrą koleżanką. Ta dziewczyna uratowała moją wiarę w siebie i uświadomiła mi, że krzywda krzywdą, ale myśląc negatywnie i bojąc się nadmiernie mogę ściągać te wszystkie negatywne rzeczy, których się boję. Pomyślałam, że coś w tym jest - w końcu kiedyś sama pisałam Wam kiedyś o sile przyciągania, pamiętacie?


No ale do rzeczy.



Gdy byłam w kulminacyjnym momencie, że tak bardzo ale to bardzo myślałam, że jestem głęboko w dupie, jedna myśl uderzyła we mnie jak piorun…! Zdałam sobie sprawę, że nie mogę dalej tkwić w strachu, myśleć negatywnie i słuchać obaw, bo naprawdę się wykończę. To był ostatni dzwonek na uratowanie mojej rzeczywistości. I nie chodzi tu o innych, ale o mnie. Tak długo i mocno płakałam nad rozlanym mlekiem, że straciłam czujność i doprowadziłam się do okropnego stanu… Pal licho innych, mam ich w dupie. Powinnam skupić się na własnym szczęściu, a skupiłam się na tym, jak bardzo po tej dupie dostałam. Oczywiście, że to niesprawiedliwe, podłe i wredne. Poczułam się jak najprawdziwsza frajerka. Ale dopiero po tym dotarło do mnie, że to nie ze mną jest problem. Jest pełno ludzi którzy mają złe intencje i robiąc swoje nie interesuje ich co Wy czujecie. Wiecie co? To z nimi jest coś nie tak! To oni robiąc Wam pod górkę pokazują, że sami mają ze sobą problem i próbują sobie wzbogacić swoje nędzne ego Waszym kosztem. 
Moje myśli niesamowicie mnie męczyły. Po tej rozmowie wiedziałam, że zrobiłam sobie krzywdę. Nie dość, że byłam zmęczona przez dolegliwości fizyczne, to i dusza zaczęła cierpieć. Długotrwały stres mi nie służył… Dłużej już tak ze sobą żyć nie mogłam i postanowiłam, że muszę coś z tym zrobić.



Pierwszym krokiem 

było uświadomienie sobie tego, dlaczego tak się stało. 
Może i świat jest pełen nieuczciwych ludzi, ale nawet 
oni są nam potrzebni na drodze do doskonałości. Nic 
nie dzieje się bez przyczyny.



Drugim krokiem 

było wyciągnięcie wniosków - że nawet jeśli coś jest 
bardzo bolesne, to zawsze nas czegoś uczy. Nasza 
sprawa co z tym zrobimy, ale tak właśnie jest w życiu. 



Trzecim krokiem 

było ogarnięcie sobie tego, że ja naprawdę muszę 
zacząć znowu dostrzegać piękno w małych rzeczach 
bo życie nie jest tylko słodko pierdzącym pasmem 
niespodzianek i trzeba sobie je umilać. Kiedyś potrafiłam 
się cieszyć z tego, że nadeszła wiosna i na drzewie zaczęły 
rosnąć zielone listki, a dziś miałabym to w dupie? 
Ooo nie, tak nie może być!



Czwartym krokiem 

była wizualizacja marzeń i dobra. To jak lek dla duszy, ale 
na początku musiałam się do tego zmusić, bo samo nie poszło. 



Piątym i najważniejszym krokiem 

była walka ze strachem i wewnętrznymi lękami. To zdecydowanie 
najtrudniejsze wyzwanie bo nie jest tak łatwo się ich pozbyć. W 
zasadzie człowiek ciągle się boi, ale nie ma wyjścia jeśli chce się 
czuć dobrze - MUSI SIĘ TYCH LĘKÓW POZBYĆ, musi je 
neutralizować dobrymi myślami. Osoby wierzące w siłę przyciągania 
wiedzą, że bojąc się przyciągamy i urzeczywistniamy nasze lęki, 
więc z całej siły musimy je od siebie odsunąć. Ja w to wierzę, ale 
odsuwam ten strach również dla własnego dobrego samopoczucia, 
by tylko nie porzygać się ze stresu.






To ja KREUJĘ SWOJE ŻYCIE i odpowiadam za swoje samopoczucie - lepsze bądź gorsze. 
To JA MUSZĘ ZAPANOWAĆ nad swoimi myślami niezależnie czy to kwestia mojej wiary 
czy stanu mojego zdrowia.



Na koniec apropos wiary - wierzę, że ta rozmowa była mi pisana. I gdyby nie ona, nie odkopałabym się. To najlepsze co mogłam dla siebie zrobić i najlepsze, co obca osoba zrobiła dla mnie całkiem nieświadomie.


Dziękuję. Jestem wdzięczna, naprawdę wdzięczna.

Ulubieńcy kosmetyczni ostatnich miesięcy!

21 marca 2019




Ostatnio rozmyślałam sobie trochę o blogowaniu i powiem Wam, że gdybym miała być blogerką kosmetyczną, to by mi to po prostu nie wyszło. Nie mogłabym być tak monotematyczna, a poza tym nie lubię mieć w kosmetyczce za dużo. Zużycie czegokolwiek poza pudrem, podkładem i pomadkami nawilżającymi jest dla mnie dość ciężkie - skutki tego odczułam niedawno, sprzątając z niechęcią szufladę pełną kosmetycznych różności. Poza starymi szminkami wywaliłam m.in. lakiery, bo przecież nie maluję paznokci, nawet nie potrafię... Były stare, a ja walczę z nawykiem obgryzania pazurków. Bez sensu, prawda?
Choć wyrzucanie lakierów do kosza brzmi kosmicznie, to nie dajcie się temu zwieść. Jeśli czytacie mojego bloga od lat, to wiecie, że lubię minimalizm w szafie i kosmetyczce... Bardzo selekcjonuję rzeczy które używam, każdy wybór jest naprawdę przemyślany, no ale dopuszczam tą możliwość, że nie wszystko idzie po mojej myśli. Pomimo tego, że znajduję takie rodzynki (jak te lakiery), to mam swoje sprawdzone produkty, które naprawdę uwielbiam i uważam, że są warte wydanych pieniędzy. Przeczytajcie dalej, a może coś Wam się spodoba i postanowicie to przetestować!:)




Rozświetlacz od Make Up Revolution,
który kupiłam niecałe dwa lata temu w Kontigo, nadal mi świetnie służy i jest bardzo wydajny. Mix kolorów daje fajny efekt rozświetlenia, a i nad efektem możemy popracować, odpowiednio wybierając dowolny odcień z serduszkowej palety barw, lub je mieszając. Produkt fantastycznie trzyma się na buzi i KONKRETNIE dodaje blasku ;)


Korektor AA Wings of colors 
sprawdził mi się najlepiej ze wszystkich korektorów jakie używałam do tej pory. Bardzo dobrze kryje cienie pod oczami i inne niedoskonałości, dobrze się trzyma na skórze przez wiele godzin i co najważniejsze - nie szczypie mnie po nim skóra! Zawsze biorę go ze sobą w razie niespodziewanej awarii i mnie nie zawodzi ;)


Peeling do ust Dior
to najbardziej poręczny i praktyczny peeling jaki miałam do tej pory. Może i jest drogi jak diabli, ale robi z moimi ustami prawdziwe CUDA. Nie dość, że ZŁUSZCZA je i KONKRETNIE NAWILŻA, to na dodatek po nałożeniu czuć efekt chłodzenia, który uwielbiam. Ostatnią rzeczą jaką mogę na jego temat powiedzieć jest to, że cudownie smakuje i rewelacyjnie pachnie. Ten dostałam w prezencie ale gdybym miała sama kupić to nie żałowałabym pieniędzy - jest naprawdę super i dzięki komfortowi noszenia często jest dla mnie zamiennikiem szminki.


Tusz do rzęs Eveline Volume Celebrities
jest moim ulubionym tuszem zaraz po Lash Sensational od Maybelline. Choć nie jest wodoodporny, to ma wydłużać rzęsy i w tej kwestii sprawdza się świetnie. Ma genialną szczoteczkę, która naprawdę dobrze rozczesuje rzęsy.




Podkład Liquid Control od Eveline *baby face effect*
to najlepszy podkład spośród podkładów używanych w ciągu ostatnich dwóch lat. Razem z pudrem matującym dobrze radzi sobie z mocną klimą i nie waży się na buzi. Ponadto nie zapycha porów i dobrze się go rozprowadza na skórze. Jest tak świetny, że do tej pory kolejna nowość od Eveline nie jest w stanie go przebić!




Płynny róż  O. TWO. O 
zakupiony na Alie, był totalnym, ale za to bardzo pozytywnym zaskoczeniem! Można by sobie pomyśleć, że jestem durna, zamawiając kosmetyki których nie znam, ale... moje podejście do kosmetyków z Aliexpress jest całkowicie obojętne i myślę, że jeśli czytacie opinie pod aukcjami to raczej nie natniecie się na kompletny bullshit. Marka O. TWO. O ma swoją stronę internetową i normalny sklep na Alie, więc się nie bałam tym bardziej, że te kosmetyki wyglądają naprawdę bardzo kusząco. Tak było z tym różem, którego kolor bardzo przypomina mi Orgasm od NARS. Szata graficzna i opakowanie to jedno, ale jakość... Ten róż nie dość, że może być różem, pomadką czy cieniami do powiek, to na dodatek siedzi na skórze cały dzień. Jest obrzydliwie wydajny a pigment to najmocniejsza z jego stron. Szczerze powiedziawszy nie miałam fajniejszego różu!




Roż do policzków AA Wings 
to mój kompan w krótszych i dłuższych podróżach. Kupiłam go awaryjnie w Rossmannie bo szybko potrzebowałam czegoś do akcentowania policzków. Lubię go, bo jest przyjemny, bardzo aksamitny, nie spływa wraz ze smalcem, który uwalnia się w ciągu dnia :D Daje delikatny efekt lekko rozgrzanych (!) policzków i wizualnie dodaje zdrowia, gdy go nie ma ;)





I najlepszy smaczek na koniec, a jest nim...
Paleta cieni Natural Matte od Too Faced
Mam już ją ze sobą ponad rok i uważam, że to jedna z najlepszych paletek jakie miałam. Cienie są niesamowicie napigmentowane, wydajne i na dodatek bardzo długo utrzymują się na powiekach. Na dodatek kolor Sexspresso z przyjemnością wykorzystuję do podkreślenia brwi, a Lace Teddy awaryjnie jako... róż! Te cienie są idealne do makijażu dziennego i myślę, że posłużą mi jeszcze długo :)
Polecam, bo cena jest odpowiednia do jakości.

Pączki idealne - nie tylko na Tłusty Czwartek!

1 marca 2019



Gdybym kiedyś usłyszała, że stanę się w kuchni kimś jak typowa babcia gotująca na oko, bez receptur,  to wyśmiałabym autora tych słów od stóp do głów. Było to dla mnie coś tak niesamowicie nieprawdopodobnego, że nawet nie dopuszczałam tej myśli do siebie. Perfekcjonistka, ha! Gromadziłam przepisy jak matematyk wzory i przestrzegałam ich bardzo skrupulatnie. Żadna z moich potraw nie powstała bez dokładnego wzorowania się na przepisach. A dzisiaj...? Robię ZUPEŁNIE INACZEJ...

Dziś kupuję książki kucharskie tylko po to, by się zainspirować. By popatrzeć na ładne zdjęcia, poznać nowe składniki i dowiedzieć się, jak coś zrobić. Składniki są obowiązkowe, ale ich szczegółowe proporcje czy sposób wykonania... nie ma znaczenia. Oczywiście dla mnie nie ma znaczenia. Zrobię po swojemu i na dodatek dodam jeszcze coś od siebie.

Kiedyś podałam Wam przepis na pączki, ale to jak je robiłam, było bardzo bliskie mojemu ówczesnemu stylowi w kuchni. Tak, ten perfekcjonizm...

Dzisiejszy przepis na domowe pączusie jest totalną improwizacją. Począwszy od ciasta, które potraktowałam jak typową drożdżówę, a że nie chciało mi się wyrabiać rękoma to zrobiłam to mikserem ( :D ). Na dodatek zmieniłam nadzienie, bo nie przepadam za tradycyjnym nadzieniem z konfitury. Wolę czekoladę i karmel. Lukier też już nie jest moją bajką. 
Ciekawi, jak to zbroiłam? Mam nadzieję, że przepis się Wam przyda na następny Tłusty Czwartek i nie tylko!




SKŁADNIKI

Ciasto

Pół szklanki mleka
1/4 szklanki oleju
3 jajka
50 g drożdży
Pół szklanki cukru
Szczypta soli
500g mąki + trochę do podsypywania

Nadzienie + polewy

4 czekolady - 3 mleczne + biała
Odrobina mleka
50g masła
Pokruszone orzechy
Łyżka kakao lub kawy Inka
Smietanka 36%
Puszka masy kajmakowej

Dowolna dekoracja! Moja to polewy + pokruszone orzechy w złotym barwniku + cukier puder.

Olej do smażenia, około 1l.






Przygotować zaczyn - drożdże zalać mlekiem i wymieszać je z dodatkiem cukru oraz mąki, by zaczęły pracować.
Jajka ubić z cukrem, dodać zaczyn drożdżowy, szczyptę soli i wymieszać do powstania jednolitej, płynnej masy. Następnie dodawać mąkę małymi porcjami i miksować specjalnymi trzepaczkami do ciasta drożdżowego. Ciasto wyrabiać przez około 10 minut pilnując, czy nie jest zbyt lepiące. Podsypywać mąką. Wyrobione ciasto odstawić na około 40 minut w ciepłe miejsce. 

Po upływie tego czasu podzielić masę na 12 części i formować kuleczki. Aby pączki były ładne, polecam formować porcje ciasta w placek, a następnie ten placek zaginać do środka i zalepić, aż powstanie gładka kulka. Surowe pączki zostawić do wyrośnięcia na następne 40 minut. Z resztek ciasta przygotować kawałeczki do sprawdzenia ciepłoty oleju. 

Tłuszcz rozgrzać, aż będzie widać jego ruch w garnku. Wrzucić kawałeczek z resztek ciasta. Gdy będzie się smażył, wrzucić trzy pierwszy pączek do tłuszczu. “Obniżyć” ogień pod garnkiem, by temperatura spadła i by pączek się nie przypalił. Po usmażeniu rozkroić i sprawdzić czy dobrze się usmażył. Od tej pory resztę pączków smażyć na wyczucie i gdyby istniała wątpliwość czy się dobrze usmażyły, to wstawić je na 10 minut do piekarnika rozgrzanego do 170 stopni. 


Nadzienie / 2 rodzaje

Masło rozpuścić w rondelku, dodać mleko a następnie pokruszoną czekoladę mleczną. Gdy całość będzie płynna, dodać łyżkę kakao lub Inki i wymieszać. Masę czekoladową rozlać do dwóch miseczek - mniejszej na polewę i większej, do której polecam dodać pokruszone orzechy. Schłodzić.

Do tego samego garnka dodać 3 łyżki śmietanki 36% i całą masę kajmakową z puszki. Całość rozpuścić i podgrzać a następnie większą część przelać do większej miski. Do reszty masy w garnku dodać białą czekoladę i rozpuścić. To będzie kolejna polewa.



Gotowe pączki nadziewać i dekorować wedle uznania. 





3 proste pomysły na śniadania do pracy z Almette Mini

25 stycznia 2019



Wow, jak dawno nie było tak pysznego posta! Już nie pamiętam kiedy ostatnio miałam okazję przygotować dla Was jakieś propozycje posiłków. W międzyczasie coś tam planowałam, ale nawet nie robiłam zdjęć jedzeniu i jakoś to leciało. Pokaże Wam jak przygotować 3 różnorodne posiłki “to go” z użyciem serka Mini Almette. Takie posiłki możemy ze sobą zabrać do pracy albo na wycieczkę nie tylko dlatego, że można je smacznie skomponować i zapakować, ale również dlatego, że od niedawna Mini Almette stworzyło nowy mini format przydatny “na raz”! Dzięki temu wygodnemu rozwiązaniu mogę podzielić się mniejszymi porcjami z najbliższymiZłapałam się jak rybka na przynętę i dzięki temu dziś możecie poznać moje trzy propozycje na jedzenie do pracy, które przygotujecie szybko i sprawnie a na dodatek są naprawdę zdrowe!


Croissant z awokado, roszponką, pomidorkami koktajlowymi i Mini Almette z ziołami




Kto z Was nie lubi croissantów, niech pierwszy rzuci kamieniem! Te maślane rogaliki są najpyszniejsze na świecie, a na dodatek można z nimi stworzyć masę różnych przepisów na smaczne kanapki! Od połączenia z masłem, miodem czy dżemem, po długo dojrzewające wędliny czy ryby, aż do klasyki jaką jest awokado, serek, pomidorki i delikatna w smaku roszponka!
Takie śniadanie zdecydowanie należy do tych lżejszych, nie obciążających żołądka. Nie będziecie po nim senni i przymuleni, nie zamroczy Was w pracy na pół dnia. Wad nie przewiduję, za to uczucie sytości tak!





Zestaw kanapkowy z serkiem Mini Almette i pstrągiem łososiowym




Drugi przepyszny pomysł to klasyczne kanapki lub uwaga - lekka sałatka, jeśli wolicie wszystko zjeść widelcem i brak Wam czasu na smarowanie chlebka. 




Pomidorki, rybę i rukolę z powodzeniem możecie wymieszać, a kawałkami chleba wygarniać serek z pudełeczka Mini Almette.

Przyznam szczerze, że to najpopularniejszy i najbanalniejszy pomysł na świecie, bo składniki naprawdę się cudownie ze sobą łączą... ale ja to połączenie lubię szczególnie! Kojarzy mi się ono z moją pierwszą, poważną pracą, która jak dotąd była jedną z najlepszych ;) Z takiego połączenia można również ukręcić smaczną tortillę, ale po co skoro mamy Mini Almette w wygodnej formie od razu do zjedzenia? :) Do tortilli użyjcie standardowego opakowania, a na szybki lunch w pracy mniejszą wersję!




Chlebek bananowy z mango, borówkami i Mini Almette śmietankowym





Kto z nas nie lubi słodkości, a tym bardziej ciasta z serkiem? Na pewno lubicie ciasto marchewkowe czy inne w typie ciast warzywnych lub owocowych, które je się z serkiem lub kremem śmietanowo serowym. Ciasto bananowe jest tak specyficzne, że jednak należy do tej grupy, które pasują do tego typu dodatków, a że można je traktować jako chlebek, to zdecydowanie nadaje się na smaczne śniadanie do pracy.

Pierwsza propozycja na śniadanie to właśnie chlebek bananowy, serek Mini Almette, a do tego kawałki mango i banana.

Prawda, że taki chlebek z serkiem i owocami musi być pyszny, zwłaszcza, jeśli macie ochotę na łakocie?


Mam nadzieję, że jakiś pomysł przypadł Wam do gustu, bo często okazuje się, że zapominamy o najprostszych składnikach, a jednak to one tworzą najlepsze kompozycje. Liczę na to, że ten wpis przypomniał Wam o prostych i smacznych pomysłach, bo to właśnie o takich najczęściej zapominamy, a potem szukamy pomocy w sieci.
Wpis powstał w ramach współpracy z marką Almette.



ZIMOWE MIGAWKI

8 stycznia 2019


Dni  są  nadal krótkie,  a  obrażone słońce wciąż chowa się wcześniej. 
Nie   przeszkadza   mi  to  jednak  w cieszeniu się z tych chwil. Każda 
zima  jest  niezwykła,  ale ta  jest  jedną z tych wyjątkowych. W wolne 
dni   wstaję  bez  stresu  i  pośpiechu.  Robię  sobie herbatę, chodzę w 
puchatych  kapciach,  odpisuję  na  meile.  Jest  mnie więcej w domu, 
i  mogę  cieszyć   się   moją  rodziną.  Tak   bardzo   tego   pragnęłam, 
miesiącami   o   tym   marzyłam!   Ale   jest   jeszcze  jeden  powód... 
Ten  powód ma czarne futerko i leży mi na kolanach. Nie wiedziałam, 
że  tak cudownie  jest  mieć  w domu  psa. Ona naprawdę z nami jest! 
Żarłoczna  i  energiczna.  Wesoła,   czuła,   pieszczotliwa  i  kochana. 
Moja piękna sunia.


Priorytet na 2019 rok

2 stycznia 2019


Miniony rok był dla mnie niespecjalnie łatwy. Choć mam 26 lat i jestem młoda, to czułam się jak stara, zmęczona osoba. Nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Po beznadziejnym 2017 roku ciągnęło się za mną zmęczenie, którego nie byłam w stanie niczym zaleczyć. Nie pomagały mi witaminy i wszelakie suplementy. KAŻDEGO ranka budziłam się zmęczona jeszcze bardziej niż wtedy, gdy się kładłam do snu. Byłam nie do życia. Nie miałam siły wstać, robić najprostszych rzeczy, nie miałam siły myśleć. Wena dawała czasem znać, że puka do drzwi, ale ja nie miałam siły ich otworzyć. Moje samopoczucie było na bardzo niskim poziomie.
Przełomem było rozpoczęcie długiego lata. Promienie słoneczne trochę podbudowały moje zdrowie i zyskałam energię do przeżywania pięknej codzienności. Cudowne wakacje na Helu sprawiły, że psychicznie naprawdę odpoczęłam, ale fizycznie siły było mało. Zaczęłam podejrzewać, że mogę mieć problemy z tarczycą. Choć byłam ogólnie zdrowa, to od kilku lat ciągnęło się za mną narastające, chroniczne zmęczenie. Od dawna było mi zimno, zaczęłam tyć bez wyraźnego powodu, wszystko mnie bolało i byłam CIĄGLE SENNA, stan mojej cery i włosów pogorszył się, a problemy kobiece nie miały końca. Ten stan osiągnął w końcu swoje apogeum. Szereg objawów dodał mi lat i zmusił do podjęcia pewnych kroków. Jednak gdy już podjęłam pewne kroki, rozpoczął się ciąg zdarzeń o których nikt nie marzy... Poszło jak woda z kranu - noga w gipsie i miesiąc zwolnienia lekarskiego, szereg chorób w domu a u mnie grypa i zapalenie oskrzeli. Złe wieści od rodziny, bo niektóre sprawy musiały mieć swój koniec. W międzyczasie rozpoczęłam bolesne leczenie kanałowe - trucie i płukanie bolało mnie tak, że wolałabym przez ten czas rodzić kilkoro dzieci pod rząd. Wigilia była dniem wypadków - rozbiłam sobie głowę i spadłam ze schodów tłucząc sobie nogii. Wracając poobijana do domu pomyślałam, że gorzej być nie może. Limit pecha został TOTALNIE wyczerpany.

_______________________________________________


Podsumowując cały rok 2018 przyszła mi pewna, bardzo oczywista myśl, którą miałam gdzieś głęboko od dawna, ale nie miałam głowy do tego, by ją wyciągnąć na wierzch. Ta mysl jest przecież bardzo oczywista - nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, prawda?

Jeśli jestem tak bardzo zmęczona i dokucza mi szereg objawów pomimo ogólnego, dobrego stanu i względnego braku infekcji przez 3/4 roku, to może pora zadbać o siebie i zrobić sobie szczegółowe badania? Co z tego, że morfologia może być spoko jeśli tarczyca może być chora? 

Jeśli pojawiły się problemy rodzinne to może trzeba spojrzeć wstecz, poszukać przyczyny, przeżyć to, że coś się skończyło i szukać rozwiązania problemu? Może takie sytuacje są po to, by zostawić to, co nam nie służy? Może taki koniec jest nauczką i szansą na to, by zacząć od nowa z czystą kartą?

A nie leczone od lat zęby? Mam kosztowną nauczkę na przyszłość, ale i motywację do tego, by je wyleczyć zwłaszcza, że nieleczone zęby mogą być zagrożeniem dla serca i dla ciąży, która mogłaby się rozpocząć w przyszłości.

_______________________________________________


Zdarzenia w 2018 roku są przyczyną najważniejszego postanowienia, które chcę wprowadzić w tym roku. To postanowienie jest proste i DO ZREALIZOWANIA. Zajmę się swoim zdrowiem na poważnie i na całego, bo to ono jest najważniejsze. Wierzcie mi, że bez dobrego zdrowia nie zrobicie nic. Postanowiłam wziąć się za siebie jak tylko mogę, bo kwestie pecha jak wypadki to już zupełnie inna sprawa...

Z innych mniej ważnych postanowień jest to, że mam zamiar JESZCZE mniej przeklinać. Postanowienie na poprzedni rok jakim jest ograniczenie przeklinania wyszło mi naprawdę porządnie, a teraz idę o krok dalej i spróbuję moje emocje rozładowywać w inny sposób. Nie lubię przeklinania u siebie.  


Kończąc tego posta powiem Wam, że marzę o tym, by w 2019 po prostu spokojnie żyć. By to życie było łatwe i pozbawione pecha. W końcu nikt nie chce tłuc sobie ciągle nóg, prawda? ;) 

Piernikowa Charlotte z musem z czekolady Karmelove - koniecznie musisz tego spróbować!

13 grudnia 2018


Pamiętacie uroczą, Charlotte Oreo sprzed kilku miesięcy? Do tej pory uważam, że to jedno z najładniejszych ciast, jakie zrobiłam do tej pory. Nie dość, że jest śliczne, to na dodatek jest bajecznie proste i nie wymaga zbyt dużo pracy. Biszkopty i wstążka robią wizualną robotę, a smak, choć już wymaga większych starań, to zdecydowanie najprostsza robota na świecie. Dlatego też postanowiłam, że przygotuję dla Was ten prosty, świąteczny przepis na ciasto, który jest w zasadzie przerobioną wersją Charlotte Oreo. Co powiecie na Piernikową, Bożonarodzeniową Charlotte z przepysznym musem? Musicie się skusić!



Składniki na biszkopt korzenny:
4 jajka
Pół szklanki cukru
Sok z połówki cytryny
Łyżeczka proszku do pieczenia
3/4 szklanki mąki
Łyżka gorzkiego kakao
Łyżka przyprawy korzennej lub cynamonu

Krem:
330 ml śmietanki 30%
Łyżka cukru pudru
Łyżka żelatyny rozpuszczona w ciepłej wodzie (proporcje 2:1 woda:żelatyna)
2 czekolady Karmelove Wedel


Dowolne owoce z konfitury
Biszkopty proste Vincenzo
Dekoracja dowolna - ja wybrałam normalne, domowe pierniczki z lukrem - możesz skorzystać z tego przepisu
Kawa lub herbata do nasączenia biszkoptu

Formy 18 cm i 15 cm (lub takie jakie macie o zbliżonych wymiarach)
Papier do pieczenia
Masło do smarowania form i do kremu

Świąteczna wstążka do dekoracji


Sposób wykonania


Biszkopt piernikowy

Piekarnik nastawić na 170 stopni. Suche składniki wymieszać. Postępować jak w przypadku bezy - białka oddzielić od żółtek i ubić na sztywno z cukrem, a następnie z sokiem z cytryny. 
Do ubitych białek dodać żółtka i ubijać do momentu aż białka połączą się z żółtkami a jaja będą puszyste. Do ubitych jaj dodawać po łyżce suchych składników i wymieszać (szybko ale ostrożnie). Pilnować tego, by nie zostały grudki - należy robić to bardzo dokładnie! Piec od 40 do 50 minut. Po upieczeniu i ostudzeniu biszkopt podzielić na cztery blaty - nasączyć je naparem, a ostatni podpiec w piekarniku i pokruszyć drobno do dekoracji.


Mus z czekolady Karmelovej

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie a następnie rozpuścić w gorącej i odstawić do schłodzenia.
Masło rozpuścić na patelni a następnie dodać pokruszoną czekoladę i rozpuszczać na małej mocy palnika. Gdyby czekolada się ważyła, dodać odrobinę mleka i wymieszać do uzyskania jednolitej masy.
Schłodzoną śmietanę ubijać z cukrem, aż będzie puszysta, ale nie sztywna. Do tak ubitej śmietany dodawać pomału schłodzoną czekoladę. Ważne, by masy miały podobną temperaturę bo inaczej krem może się zważyć! Po ubiciu dodać schłodzoną acz płynną żelatynę i dokończyć przygotowanie musu, mieszając delikatnie łyżką.


Jak dokończyć?

Większą formę wysmarować masłem i wyłożyć papierem do pieczenia - masło jest po to, by papier się nie ślizgał. Położyć na dnie pierwszy, nasączony blat i wyłożyć dookoła Lady Fingersami. Następnie położyć na biszkopcie owoce i nałożyć mus. W takiej kolejności dokończyć Charlotte i chłodzić przez całą noc w lodówce. 

Dekorować wg uznania - ja posypałam wierzch kremu okruszkami z czwartego blatu biszkoptowego i położyłam na tym samodzielnie wykonane pierniczki. Całość posypałam cukrem pudrem.

Prawda, że proste? :)



NOWY ETAP w naszym życiu. Zaadoptowaliśmy psa!

6 grudnia 2018


Mamy grudzień, miesiąc pełen nadziei i miłości. To czas, w którym łatwiej jest nam przetrwać niepowodzenia i z wiarą spojrzeć w przyszłość. Potrafimy dostrzec sens w niektórych rzeczach, często tak bezsensownych i niedorzecznych... Analizujemy minione miesiące, mając pełny wgląd we wspomnienia. Widzimy, co zrobiliśmy źle, dostrzegamy, ile dobra do nas przyszło. Zauważamy, że w natłoku spraw nie zauważyliśmy, że po spełniały nam się marzenia...




Zimny, jesienny wieczór. Właśnie jedziemy z Julią do domu. Ona spogląda na światła w oddali za oknem, ja delektuję się upragnionym powrotem do ukochanych czterech ścian. Jestem domatorką i tak bardzo kocham mój dom, że przebywanie w nim sprawia mi ogromną ulgę. W torebce rozbrzmiewa dźwięk wiadomości z messengera. O, to Damian! Otwieram...


Moim oczom ukazują się zdjęcia dwóch szczeniąt. Jedno z nich to puchata, czarna kuleczka z hipnotyzującymi, mądrymi oczami. Druga to żółty, krótkowłosy pulpecik. Moje serce przyspiesza gwałtownie, gdy pada pytanie... „Którą bierzemy?” Bez wahania odpowiadam, że czarną. Zakochuję się w niej od pierwszego wejrzenia. Pies jest z ogłoszenia, jakaś kobieta na cito oddaje szczenięta.
Kilkanaście godzin później Damian przynosi w rękach maleńkie, wystraszone szczenię. Ja jestem podekscytowana jak diabli, za to sunia trzęsie się ze zdenerwowania i obserwuje nas ze strachem. W końcu przełamuje się i otwiera, lecz nie dane jest mi z nią spędzić pierwsze godziny, bo muszę iść do pracy. Jula nie posiada się ze szczęścia! Żegnam się, daję buziaka i wychodzę. Nie jestem w stanie wyrazić tego, jakie zdziwienie czeka mnie w nocy, gdy odkrywam, że pies ma pchły i nie wygląda ani nie pachnie jak taki, którego trzyma się w domu. No cóż, na tą chwilę daję mu spokój, bo widzę, że chce spać. Z tematem zamierzam rozprawić się dopiero następnego dnia, bo na moje nieszczęście jest weekend i weterynarz nie przyjmuje.


Następnego dnia dokładnie oglądam psa. Sierść i łapy wyglądają, jakby były przykurzone, skóra jest pogryziona do krwi, a w pachwinach widzę strupy. Najgorsze są te okropne, przebiegające między sierścią pchły. Tak bardzo nie lubię robactwa, że aż mną telepie. Dzwonię do teściowej, radzi by psa polewać wodą z prysznica to pchły wyjdą. I pchły owszem wychodzą, a nawet wyskakują w desperacji, wszystkie topię z niesamowitą zajadłością, ale to nie wszystko. Do wanny spływa szaro brązowa struga brudnej wody. Perła się spina, ale w końcu na jej pysku widnieje ulga nie do opisania. Cholery wstrętne już nie gryzą. Sunia jest czysta i nie pachnie tak specyficznie. Następnego dnia pani weterynarz spryskuje sierść sprejem przeciw pchłom i kleszczom. Perełcia przestaje się drapać, a ja mam wrażenie, że ten pies nie miał nic poza matką, rodzeństwem i budą. Czuję, że my jako rodzina zrobiliśmy coś dobrego. Dla mnie osobiście było tak, jakby czyiś kłopot stał się dla mnie pewnego rodzaju wybawieniem. Miałam pod ręką kolejnego, kochanego malucha a moje problemy zdrowotne nie miały przy tym znaczenia. Moje marzenie się spełniło...





W tym momencie mijają prawie dwa miesiące od chwili, gdy Perła pojawiła się w naszym domu. Pierwszy miesiąc był bardzo trudny, bo skończyłam z nogą w gipsie, mając pod opieką dwa maluchy i dom. Los ufundował mi niezłą szkołę przetrwania, a ja kompletnie pogubiłam się w natłoku zdarzeń. Humorzasta córa, pies uczący się załatwiania swoich potrzeb na matę... Obiad sam się nie ugotował, dywan nie odkurzył. Było cholernie męcząco, ale dałam radę. Potem było już lepiej, a dziś mój pies bez problemu reaguje na moje komendy i załatwia się na dworze. A najsłodsze jest to, że potrafi przybić piąteczkę łapką i przybiega do kuchni na dźwięk otwierającej się lodówki.


To cudowne życzenie mogło się ziścić, dopiero gdy stanę się dorosła. Z niecierpliwością więc oczekiwałam na moment, w którym w życiu moim i Damiana, pojawi się pies. Zawsze marzyłam o suczce, o tym, by wychowywać ją od szczeniaka, i żeby moje dziecko miało czworonożnego przyjaciela. A najbardziej chciałam mieć kudłatego towarzysza i pieszczocha w jednym. Nowy etap w życiu przyniósł nie tylko radość, ale i frustrację. Przed nami pojawiło się ogromne wyzwanie, jakim stało się wychowanie zwierzęcia. Podobno jak wychowasz dziecko, to i z psem sobie poradzisz... A dziś myślę, że owszem da się, ale jest to niezwykle trudne i niekiedy bywa frustrujące. Ulgę przynosi mi to, że nie jestem z tym sama i że zachowania Perły bardzo przypominają te z życia małych dzieci. Dlatego też wszystkie złe emocje spływają po mnie jak po kaczce, a dobre zostają w sercu.


Dziś wiem, że nasze życie stało się pełniejsze a posiadanie psa to najlepsza rzecz, na jaką mogliśmy się zdecydować. Choć początki nie były łatwe, to ani razu nie poczuliśmy, że żałujemy. W końcu kto jak nie pies, cieszy się tak po naszych powrotach do domu? ;)




Latest Instagrams

© Kreuję swoje życie • Lekka strona lifestyle'u młodej mamy. Design by FCD.