Slider

Piernikowa Charlotte z musem z czekolady Karmelove - koniecznie musisz tego spróbować!

13 grudnia 2018


Pamiętacie uroczą, Charlotte Oreo sprzed kilku miesięcy? Do tej pory uważam, że to jedno z najładniejszych ciast, jakie zrobiłam do tej pory. Nie dość, że jest śliczne, to na dodatek jest bajecznie proste i nie wymaga zbyt dużo pracy. Biszkopty i wstążka robią wizualną robotę, a smak, choć już wymaga większych starań, to zdecydowanie najprostsza robota na świecie. Dlatego też postanowiłam, że przygotuję dla Was ten prosty, świąteczny przepis na ciasto, który jest w zasadzie przerobioną wersją Charlotte Oreo. Co powiecie na Piernikową, Bożonarodzeniową Charlotte z przepysznym musem? Musicie się skusić!



Składniki na biszkopt korzenny:
4 jajka
Pół szklanki cukru
Sok z połówki cytryny
Łyżeczka proszku do pieczenia
3/4 szklanki mąki
Łyżka gorzkiego kakao
Łyżka przyprawy korzennej lub cynamonu

Krem:
330 ml śmietanki 30%
Łyżka cukru pudru
Łyżka żelatyny rozpuszczona w ciepłej wodzie (proporcje 2:1 woda:żelatyna)
2 czekolady Karmelove Wedel


Dowolne owoce z konfitury
Biszkopty proste Vincenzo
Dekoracja dowolna - ja wybrałam normalne, domowe pierniczki z lukrem - możesz skorzystać z tego przepisu
Kawa lub herbata do nasączenia biszkoptu

Formy 18 cm i 15 cm (lub takie jakie macie o zbliżonych wymiarach)
Papier do pieczenia
Masło do smarowania form i do kremu

Świąteczna wstążka do dekoracji


Sposób wykonania


Biszkopt piernikowy

Piekarnik nastawić na 170 stopni. Suche składniki wymieszać. Postępować jak w przypadku bezy - białka oddzielić od żółtek i ubić na sztywno z cukrem, a następnie z sokiem z cytryny. 
Do ubitych białek dodać żółtka i ubijać do momentu aż białka połączą się z żółtkami a jaja będą puszyste. Do ubitych jaj dodawać po łyżce suchych składników i wymieszać (szybko ale ostrożnie). Pilnować tego, by nie zostały grudki - należy robić to bardzo dokładnie! Piec od 40 do 50 minut. Po upieczeniu i ostudzeniu biszkopt podzielić na cztery blaty - nasączyć je naparem, a ostatni podpiec w piekarniku i pokruszyć drobno do dekoracji.


Mus z czekolady Karmelovej

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie a następnie rozpuścić w gorącej i odstawić do schłodzenia.
Masło rozpuścić na patelni a następnie dodać pokruszoną czekoladę i rozpuszczać na małej mocy palnika. Gdyby czekolada się ważyła, dodać odrobinę mleka i wymieszać do uzyskania jednolitej masy.
Schłodzoną śmietanę ubijać z cukrem, aż będzie puszysta, ale nie sztywna. Do tak ubitej śmietany dodawać pomału schłodzoną czekoladę. Ważne, by masy miały podobną temperaturę bo inaczej krem może się zważyć! Po ubiciu dodać schłodzoną acz płynną żelatynę i dokończyć przygotowanie musu, mieszając delikatnie łyżką.


Jak dokończyć?

Większą formę wysmarować masłem i wyłożyć papierem do pieczenia - masło jest po to, by papier się nie ślizgał. Położyć na dnie pierwszy, nasączony blat i wyłożyć dookoła Lady Fingersami. Następnie położyć na biszkopcie owoce i nałożyć mus. W takiej kolejności dokończyć Charlotte i chłodzić przez całą noc w lodówce. 

Dekorować wg uznania - ja posypałam wierzch kremu okruszkami z czwartego blatu biszkoptowego i położyłam na tym samodzielnie wykonane pierniczki. Całość posypałam cukrem pudrem.

Prawda, że proste? :)



NOWY ETAP w naszym życiu. Zaadoptowaliśmy psa!

6 grudnia 2018


Mamy grudzień, miesiąc pełen nadziei i miłości. To czas, w którym łatwiej jest nam przetrwać niepowodzenia i z wiarą spojrzeć w przyszłość. Potrafimy dostrzec sens w niektórych rzeczach, często tak bezsensownych i niedorzecznych... Analizujemy minione miesiące, mając pełny wgląd we wspomnienia. Widzimy, co zrobiliśmy źle, dostrzegamy, ile dobra do nas przyszło. Zauważamy, że w natłoku spraw nie zauważyliśmy, że po spełniały nam się marzenia...




Zimny, jesienny wieczór. Właśnie jedziemy z Julią do domu. Ona spogląda na światła w oddali za oknem, ja delektuję się upragnionym powrotem do ukochanych czterech ścian. Jestem domatorką i tak bardzo kocham mój dom, że przebywanie w nim sprawia mi ogromną ulgę. W torebce rozbrzmiewa dźwięk wiadomości z messengera. O, to Damian! Otwieram...


Moim oczom ukazują się zdjęcia dwóch szczeniąt. Jedno z nich to puchata, czarna kuleczka z hipnotyzującymi, mądrymi oczami. Druga to żółty, krótkowłosy pulpecik. Moje serce przyspiesza gwałtownie, gdy pada pytanie... „Którą bierzemy?” Bez wahania odpowiadam, że czarną. Zakochuję się w niej od pierwszego wejrzenia. Pies jest z ogłoszenia, jakaś kobieta na cito oddaje szczenięta.
Kilkanaście godzin później Damian przynosi w rękach maleńkie, wystraszone szczenię. Ja jestem podekscytowana jak diabli, za to sunia trzęsie się ze zdenerwowania i obserwuje nas ze strachem. W końcu przełamuje się i otwiera, lecz nie dane jest mi z nią spędzić pierwsze godziny, bo muszę iść do pracy. Jula nie posiada się ze szczęścia! Żegnam się, daję buziaka i wychodzę. Nie jestem w stanie wyrazić tego, jakie zdziwienie czeka mnie w nocy, gdy odkrywam, że pies ma pchły i nie wygląda ani nie pachnie jak taki, którego trzyma się w domu. No cóż, na tą chwilę daję mu spokój, bo widzę, że chce spać. Z tematem zamierzam rozprawić się dopiero następnego dnia, bo na moje nieszczęście jest weekend i weterynarz nie przyjmuje.


Następnego dnia dokładnie oglądam psa. Sierść i łapy wyglądają, jakby były przykurzone, skóra jest pogryziona do krwi, a w pachwinach widzę strupy. Najgorsze są te okropne, przebiegające między sierścią pchły. Tak bardzo nie lubię robactwa, że aż mną telepie. Dzwonię do teściowej, radzi by psa polewać wodą z prysznica to pchły wyjdą. I pchły owszem wychodzą, a nawet wyskakują w desperacji, wszystkie topię z niesamowitą zajadłością, ale to nie wszystko. Do wanny spływa szaro brązowa struga brudnej wody. Perła się spina, ale w końcu na jej pysku widnieje ulga nie do opisania. Cholery wstrętne już nie gryzą. Sunia jest czysta i nie pachnie tak specyficznie. Następnego dnia pani weterynarz spryskuje sierść sprejem przeciw pchłom i kleszczom. Perełcia przestaje się drapać, a ja mam wrażenie, że ten pies nie miał nic poza matką, rodzeństwem i budą. Czuję, że my jako rodzina zrobiliśmy coś dobrego. Dla mnie osobiście było tak, jakby czyiś kłopot stał się dla mnie pewnego rodzaju wybawieniem. Miałam pod ręką kolejnego, kochanego malucha a moje problemy zdrowotne nie miały przy tym znaczenia. Moje marzenie się spełniło...





W tym momencie mijają prawie dwa miesiące od chwili, gdy Perła pojawiła się w naszym domu. Pierwszy miesiąc był bardzo trudny, bo skończyłam z nogą w gipsie, mając pod opieką dwa maluchy i dom. Los ufundował mi niezłą szkołę przetrwania, a ja kompletnie pogubiłam się w natłoku zdarzeń. Humorzasta córa, pies uczący się załatwiania swoich potrzeb na matę... Obiad sam się nie ugotował, dywan nie odkurzył. Było cholernie męcząco, ale dałam radę. Potem było już lepiej, a dziś mój pies bez problemu reaguje na moje komendy i załatwia się na dworze. A najsłodsze jest to, że potrafi przybić piąteczkę łapką i przybiega do kuchni na dźwięk otwierającej się lodówki.


To cudowne życzenie mogło się ziścić, dopiero gdy stanę się dorosła. Z niecierpliwością więc oczekiwałam na moment, w którym w życiu moim i Damiana, pojawi się pies. Zawsze marzyłam o suczce, o tym, by wychowywać ją od szczeniaka, i żeby moje dziecko miało czworonożnego przyjaciela. A najbardziej chciałam mieć kudłatego towarzysza i pieszczocha w jednym. Nowy etap w życiu przyniósł nie tylko radość, ale i frustrację. Przed nami pojawiło się ogromne wyzwanie, jakim stało się wychowanie zwierzęcia. Podobno jak wychowasz dziecko, to i z psem sobie poradzisz... A dziś myślę, że owszem da się, ale jest to niezwykle trudne i niekiedy bywa frustrujące. Ulgę przynosi mi to, że nie jestem z tym sama i że zachowania Perły bardzo przypominają te z życia małych dzieci. Dlatego też wszystkie złe emocje spływają po mnie jak po kaczce, a dobre zostają w sercu.


Dziś wiem, że nasze życie stało się pełniejsze a posiadanie psa to najlepsza rzecz, na jaką mogliśmy się zdecydować. Choć początki nie były łatwe, to ani razu nie poczuliśmy, że żałujemy. W końcu kto jak nie pies, cieszy się tak po naszych powrotach do domu? ;)




Hej, już jestem!

18 listopada 2018


Przyszłam tutaj. W dniu, gdy za oknem spadł pierwszy śnieg (co tam, że zaraz się roztopił). Małymi kroczkami, pomału, z nowym - starym wyglądem bloga i moim pierwszym, starym, samodzielnie wykonanym kilka lat temu logo w nagłówku. Jestem - w momencie, gdy naprawdę stałam się na to gotowa i na dodatek otwarta na nowe. Szykowałam się na ten dzień długo. Na raty pisałam posty, pomału ogarniałam zdjęcia. Czasami przez moje życie przechodziło jakieś tornado i musiałam skupić się na sprawach priorytetowych. Zajęło mi to całe tygodnie…

Nie chciałam odsuwać bloga na bok. Nie chciałam i broniłam się przed tym, ale dni wypełnione pracą na normalnym etacie i resztą zajęć nie pozwalały mi na cieszenie się moją pasją. Wieczory i ranki pomiędzy zmianami wykorzystywałam na wszystkie obowiązki i nie odpuszczałam sobie niczego. Czas, który mogłam wykorzystać na pasję, przesypiałam, bo jechałam na oparach. Wolałam poświęcić go na cenne minuty snu i nawet makijaż robiłam między odprowadzeniem Julii do babci a kolejną zmianą w pracy. Działało mi to na nerwy, ale jak to mówią - jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Są przecież takie momenty w życiu, że niebezpiecznym byłoby rzucanie się na głęboką wodę. Moja jakże szalona dyspozycyjność i skromne działania nie pozostawiały mi nic innego jak tylko wybór nudnego, bardzo prostego szablonu i posty bez wyrazu. Działałam sobie i starałam się wyciągać z tego maximum przyjemności, ale tak nie było. Na dodatek powoli dojrzewało we mnie to, że mam do powiedzenia trochę więcej. Wszak zakupy i stylizacje to nie wszystko, a ja coraz bardziej dojrzewałam do tego, by świadomie i PEWNIE pisać o rodzicielstwie.

___________________________



Moje pierwsze dziecko urodziłam ponad 5 lat temu. Byłam dość młodą i niedoświadczoną kobietą. Nigdy wcześniej nie miałam szansy trzymać dziecka w ramionach a co więcej, nie miałam okazji, żeby się takowym zaopiekować. Było to coś dla mnie tak nowego, że nadmiar wrażeń totalnie oderwał mnie od reszty rzeczy.
Nie będę się rozpisywać, bo przecież w tym tekście mowa o blogu. Początki macierzyństwa i ciąża były czasem, w którym oprócz propozycji współprac dostawałam mnóstwo pouczeń i rad dotyczących prowadzenia bloga oraz kanału social media. Te rady miały mi pomóc osiągnąć sukces w blogosferze i pieniądze, z tym że... rady, jakie dostawałam, nie grały z moim sumieniem. Powiem brutalnie - cały zarys rad zakładał wykorzystywanie wizerunku mojego dziecka do zarabiania na życie. Było to dla mnie coś niesłychanie bezczelnego i nie potrzebowałam wiele, by postawić przed sobą ogromny mur. Ten temat działał na mnie jak płachta na byka, a ja odsuwałam się od cioć dobra rada. Jak można widzieć w niemowlęciu czy rocznym dziecku sposób na pieniądze? Zupełnie jakby miało być lalką, którą można dowolnie ustawiać? Oj nie, nie...




Nie będę ukrywać, że minione 5 lat były czasem, w którym wielokrotnie chciałam stworzyć dla Was coś fajnego. Jednak ograniczało mnie jedno - czułam się za cienka, codziennie dostawałam lekcję pokory, a jedyną radą, którą dawałam innym koleżankom po urodzeniu dzieci, było proste stwierdzenie - nie zapominaj o sobie. Przecież jako mama HNB nałogowo czerpałam przyjemność z drobnostek i dogadzałam sobie, gdy tylko mogłam. Wtedy z łatwością dostrzegałam pozytywy w każdej sytuacji i cieszę się, że prosta rada dużo dała, a temat tak się rozniósł, że pisali o tym inni. Budzi we mnie satysfakcję fakt, że wiele mam zobaczyło, że zdrowy egoizm nie jest zły, choć nie pisałam Wam o tym bezpośrednio. Potem odważyłam się na temat High Need Baby/Child, bo tylko z tym się czułam pewnie. Nadal uważałam, że to nie był czas na jakiekolwiek inne rady, bo nie chciałam nikomu zaszkodzić i co najgorsze, wymądrzać się bez sensu.
TO NIE BYŁ MÓJ CZAS. Potrzebowałam go więcej, by zmądrzeć, zdobyć doświadczenie, nauczyć się. Dziś czuję, że TO TEN MOMENT i chcę to robić z sensem i pasją. W końcu wiem jak ugryźć temat, by to nikogo nie skrzywdziło. Lata obserwacji blogosfery parentingowej dały mi kilka dobrych lekcji, a sumienie pokazało zielone światło.

Lecz żeby móc o tym dobrze pisać i nie skrzywić przy tym relacji z dzieckiem, trzeba było dojrzeć do podjęcia się takiej tematyki. Dlatego nie zabrałam się za to, dopóki nie poczułam prawdziwej gotowości.

To dla mnie duża zmiana. Moje dziecko ma 5 lat, jest super świadome, a ja mam jeszcze większą radochę z macierzyństwa i czuję się wręcz nim zafiksowana! :) W końcu czuję, że chcę o tym pisać i że mogę o tym pisać! To jest dobry moment, a świadomość tego wszystkiego tchnęła energię w inne dziedziny, którymi się do tej pory tutaj zajmowałam.


Czy to oznacza, że Kreuję Swoje Życie stanie się blogiem parentingowym? Absolutnie! Po prostu idę o krok w przód. Nareszcie!

___________________________






Swoją drogą powrót po tak długiej przerwie przyniósł mi spore zaskoczenie i zobaczyłam, jak wiele zmieniło się w blogosferze. Wiele osób porzuciło blogi na rzecz Youtube czy Instagramu ALBO mniej pisało lub robiło sobie dłuższe przerwy. Mam w sobie pewną wiarę i myślę, że to po prostu taki czas - energia która niesie się po świecie, jest dość pasywna i wpływa na wielu z nas. Niektórzy po prostu ten okres przesypiają, a inni wybierają nową drogę. Minione miesiące były dla mnie okresem, w którym nie wiedziałam, na co się zdecydować - nie chciałam poświęcić się jedynie budowaniu konta na Instagramie, bo zależało mi na własnym miejscu w internecie. Nie chciałam porzucać bloga, w którego włożyłam 7 lat pracy i zaangażowania. Filmy nie wychodziły tak często, a ja coraz bardziej dostrzegałam to, dlaczego tak naprawdę warto postawić na bloga. Ostatnie rozmowy z przyjaznymi mi osobami tylko rozwiały moje wątpliwości. Prawda jest taka, że tutaj łatwiej będzie mi opowiadać o byciu młodą mamą, marzeniach, czy o hodowli muszek owocówek (oczywiście taki żart!)... A jeśli będę chciała Wam pokazać nowe łupy z Aliexpressu, to niech będzie - posiedzę kilka godzin przy zdjęciach i tekście, żebyście mogli dostrzec detale i przeczytać o wadach, zamiast słyszeć, jak jąkam się ze stresu przed kamerą.
Odczuwam niesamowitą ulgę i cieszę się, że energia, z jaką wracam, należy do tych sprzyjających. Tygodniami czekałam na to, aż poczuję „TO COŚ”!


Więc jestem, witajcie!



Najbardziej instagramowa kawiarnia w Warszawie • El Krepel

19 sierpnia 2018



Gdybym miała wskazać cukiernię, w której odwiedziny są moim must have, bez wątpienia wskazałabym Laudree w Paryżu. Urocze, kobiece klimaty i słodycz bijąca zewsząd to coś, co przyciąga mnie niesamowicie. W Warszawie jest coś równie miłego lecz zupełnie innego - styl skandynawski plus ściana w kwiatach to coś, co zdecydowanie wyróżnia El Krepel wśród innych kawiarni.




Do El Krepel wybrałam się z zamiarem zjedzenia najdroższego pączka w moim życiu, w towarzystwie Ani. Pierwsze wrażenie wynagrodziło mi 20 minutowy marsz w nierozchodzonych szpilkach i w towarzystwie felernej nawigacji Google Maps. Pierwsze spojrzenie na salę i już wiedziałam, że to idealne miejsce! Bijąca zewsząd biel ucieszyła moje stęsknione za nią oczy, kuchnia marzeń sprawiła, że poczułam ukłucie zazdrości, a różowe dodatki idealnie łączyły wszystko w całość. Jednak nie można odmówić stwierdzenia,  że to miejsce było jedynie tłem dla tych pysznych rzeczy, które zostały po całym dniu pracy kawiarni. Szczególnie ta jedna, jedyna - ostatni złoty pączek ze słonym karmelem w środku. Czekał na mnie.




Wiecie co? Wyjścia ze znajomymi mają to do siebie, że ZAWSZE próbujemy wzajemnie tego co zamówiliśmy :D Sernik z owocową polewą (nie pamiętam dokładnie, czy nie była żurawinowa?) i płatkami kwiatów był pyszny, ale pączek ze słonym karmelem, złotą polewą i jakimś dobrym kremem przebił wszystko - to było mistrzostwo świata. Gdybym miała wskazać miejsce z najlepszymi pączkami w Warszawie, to stawiam na cukiernię Pawłowicz - jednakże moje ulubione pączki z różą i migdałami smakują mi tylko na ciepło. Ba, ja w zasadzie jem pączki tylko na ciepło! Ten w El Krepel ciepły nie był, ale bez wątpienia stał się moim ulubionym. Wyprawa po najdroższego pączka w moim życiu (nie pamiętam, żebym wydała na pączka 8 zł!) okazała się bardzo udana. Nie wiem kiedy znowu po niego pójdę, ale na ten moment myślę, żeby smak odtworzyć w domu. W końcu złotko w proszku mam ;)




koszula NAKD
spodnie ZARA
szpilki ZARA
torba ZARA
zegarek Daniel Wellington


Tego dnia postanowiłam się ubrać inaczej niż zwykle. Założyłam ulubioną elegancką koszulę z wiązaniem w talii, spodnie w kratkę i szpilki. Jeszcze rok temu bym się tak nie ubrała, a teraz mam ochotę wyglądać tak codziennie! Na dodatek moja kwiatowa dziarka sprawiła, że naprawdę lubię się tak nosić - zaczęłam się świetnie czuć w takich stylizacjach!




Na koniec mini pocztówka i sprawca mojego zachwytu, czyli przecudna sukienka Ani. Wpasowała się w klimat miejsca i zdecydowanie przyciągała wzrok innych.


A Wy byliście już w El Krepel?




Latest Instagrams

© Kreuję swoje życie • Lekka strona lifestyle'u młodej mamy. Design by FCD.