Slider

Ulubieńcy kosmetyczni ostatnich miesięcy!

21 marca 2019




Ostatnio rozmyślałam sobie trochę o blogowaniu i powiem Wam, że gdybym miała być blogerką kosmetyczną, to by mi to po prostu nie wyszło. Nie mogłabym być tak monotematyczna, a poza tym nie lubię mieć w kosmetyczce za dużo. Zużycie czegokolwiek poza pudrem, podkładem i pomadkami nawilżającymi jest dla mnie dość ciężkie - skutki tego odczułam niedawno, sprzątając z niechęcią szufladę pełną kosmetycznych różności. Poza starymi szminkami wywaliłam m.in. lakiery, bo przecież nie maluję paznokci, nawet nie potrafię... Były stare, a ja walczę z nawykiem obgryzania pazurków. Bez sensu, prawda?
Choć wyrzucanie lakierów do kosza brzmi kosmicznie, to nie dajcie się temu zwieść. Jeśli czytacie mojego bloga od lat, to wiecie, że lubię minimalizm w szafie i kosmetyczce... Bardzo selekcjonuję rzeczy które używam, każdy wybór jest naprawdę przemyślany, no ale dopuszczam tą możliwość, że nie wszystko idzie po mojej myśli. Pomimo tego, że znajduję takie rodzynki (jak te lakiery), to mam swoje sprawdzone produkty, które naprawdę uwielbiam i uważam, że są warte wydanych pieniędzy. Przeczytajcie dalej, a może coś Wam się spodoba i postanowicie to przetestować!:)




Rozświetlacz od Make Up Revolution,
który kupiłam niecałe dwa lata temu w Kontigo, nadal mi świetnie służy i jest bardzo wydajny. Mix kolorów daje fajny efekt rozświetlenia, a i nad efektem możemy popracować, odpowiednio wybierając dowolny odcień z serduszkowej palety barw, lub je mieszając. Produkt fantastycznie trzyma się na buzi i KONKRETNIE dodaje blasku ;)


Korektor AA Wings of colors 
sprawdził mi się najlepiej ze wszystkich korektorów jakie używałam do tej pory. Bardzo dobrze kryje cienie pod oczami i inne niedoskonałości, dobrze się trzyma na skórze przez wiele godzin i co najważniejsze - nie szczypie mnie po nim skóra! Zawsze biorę go ze sobą w razie niespodziewanej awarii i mnie nie zawodzi ;)


Peeling do ust Dior
to najbardziej poręczny i praktyczny peeling jaki miałam do tej pory. Może i jest drogi jak diabli, ale robi z moimi ustami prawdziwe CUDA. Nie dość, że ZŁUSZCZA je i KONKRETNIE NAWILŻA, to na dodatek po nałożeniu czuć efekt chłodzenia, który uwielbiam. Ostatnią rzeczą jaką mogę na jego temat powiedzieć jest to, że cudownie smakuje i rewelacyjnie pachnie. Ten dostałam w prezencie ale gdybym miała sama kupić to nie żałowałabym pieniędzy - jest naprawdę super i dzięki komfortowi noszenia często jest dla mnie zamiennikiem szminki.


Tusz do rzęs Eveline Volume Celebrities
jest moim ulubionym tuszem zaraz po Lash Sensational od Maybelline. Choć nie jest wodoodporny, to ma wydłużać rzęsy i w tej kwestii sprawdza się świetnie. Ma genialną szczoteczkę, która naprawdę dobrze rozczesuje rzęsy.




Podkład Liquid Control od Eveline *baby face effect*
to najlepszy podkład spośród podkładów używanych w ciągu ostatnich dwóch lat. Razem z pudrem matującym dobrze radzi sobie z mocną klimą i nie waży się na buzi. Ponadto nie zapycha porów i dobrze się go rozprowadza na skórze. Jest tak świetny, że do tej pory kolejna nowość od Eveline nie jest w stanie go przebić!




Płynny róż  O. TWO. O 
zakupiony na Alie, był totalnym, ale za to bardzo pozytywnym zaskoczeniem! Można by sobie pomyśleć, że jestem durna, zamawiając kosmetyki których nie znam, ale... moje podejście do kosmetyków z Aliexpress jest całkowicie obojętne i myślę, że jeśli czytacie opinie pod aukcjami to raczej nie natniecie się na kompletny bullshit. Marka O. TWO. O ma swoją stronę internetową i normalny sklep na Alie, więc się nie bałam tym bardziej, że te kosmetyki wyglądają naprawdę bardzo kusząco. Tak było z tym różem, którego kolor bardzo przypomina mi Orgasm od NARS. Szata graficzna i opakowanie to jedno, ale jakość... Ten róż nie dość, że może być różem, pomadką czy cieniami do powiek, to na dodatek siedzi na skórze cały dzień. Jest obrzydliwie wydajny a pigment to najmocniejsza z jego stron. Szczerze powiedziawszy nie miałam fajniejszego różu!




Roż do policzków AA Wings 
to mój kompan w krótszych i dłuższych podróżach. Kupiłam go awaryjnie w Rossmannie bo szybko potrzebowałam czegoś do akcentowania policzków. Lubię go, bo jest przyjemny, bardzo aksamitny, nie spływa wraz ze smalcem, który uwalnia się w ciągu dnia :D Daje delikatny efekt lekko rozgrzanych (!) policzków i wizualnie dodaje zdrowia, gdy go nie ma ;)





I najlepszy smaczek na koniec, a jest nim...
Paleta cieni Natural Matte od Too Faced
Mam już ją ze sobą ponad rok i uważam, że to jedna z najlepszych paletek jakie miałam. Cienie są niesamowicie napigmentowane, wydajne i na dodatek bardzo długo utrzymują się na powiekach. Na dodatek kolor Sexspresso z przyjemnością wykorzystuję do podkreślenia brwi, a Lace Teddy awaryjnie jako... róż! Te cienie są idealne do makijażu dziennego i myślę, że posłużą mi jeszcze długo :)
Polecam, bo cena jest odpowiednia do jakości.

Pączki idealne - nie tylko na Tłusty Czwartek!

1 marca 2019



Gdybym kiedyś usłyszała, że stanę się w kuchni kimś jak typowa babcia gotująca na oko, bez receptur,  to wyśmiałabym autora tych słów od stóp do głów. Było to dla mnie coś tak niesamowicie nieprawdopodobnego, że nawet nie dopuszczałam tej myśli do siebie. Perfekcjonistka, ha! Gromadziłam przepisy jak matematyk wzory i przestrzegałam ich bardzo skrupulatnie. Żadna z moich potraw nie powstała bez dokładnego wzorowania się na przepisach. A dzisiaj...? Robię ZUPEŁNIE INACZEJ...

Dziś kupuję książki kucharskie tylko po to, by się zainspirować. By popatrzeć na ładne zdjęcia, poznać nowe składniki i dowiedzieć się, jak coś zrobić. Składniki są obowiązkowe, ale ich szczegółowe proporcje czy sposób wykonania... nie ma znaczenia. Oczywiście dla mnie nie ma znaczenia. Zrobię po swojemu i na dodatek dodam jeszcze coś od siebie.

Kiedyś podałam Wam przepis na pączki, ale to jak je robiłam, było bardzo bliskie mojemu ówczesnemu stylowi w kuchni. Tak, ten perfekcjonizm...

Dzisiejszy przepis na domowe pączusie jest totalną improwizacją. Począwszy od ciasta, które potraktowałam jak typową drożdżówę, a że nie chciało mi się wyrabiać rękoma to zrobiłam to mikserem ( :D ). Na dodatek zmieniłam nadzienie, bo nie przepadam za tradycyjnym nadzieniem z konfitury. Wolę czekoladę i karmel. Lukier też już nie jest moją bajką. 
Ciekawi, jak to zbroiłam? Mam nadzieję, że przepis się Wam przyda na następny Tłusty Czwartek i nie tylko!




SKŁADNIKI

Ciasto

Pół szklanki mleka
1/4 szklanki oleju
3 jajka
50 g drożdży
Pół szklanki cukru
Szczypta soli
500g mąki + trochę do podsypywania

Nadzienie + polewy

4 czekolady - 3 mleczne + biała
Odrobina mleka
50g masła
Pokruszone orzechy
Łyżka kakao lub kawy Inka
Smietanka 36%
Puszka masy kajmakowej

Dowolna dekoracja! Moja to polewy + pokruszone orzechy w złotym barwniku + cukier puder.

Olej do smażenia, około 1l.






Przygotować zaczyn - drożdże zalać mlekiem i wymieszać je z dodatkiem cukru oraz mąki, by zaczęły pracować.
Jajka ubić z cukrem, dodać zaczyn drożdżowy, szczyptę soli i wymieszać do powstania jednolitej, płynnej masy. Następnie dodawać mąkę małymi porcjami i miksować specjalnymi trzepaczkami do ciasta drożdżowego. Ciasto wyrabiać przez około 10 minut pilnując, czy nie jest zbyt lepiące. Podsypywać mąką. Wyrobione ciasto odstawić na około 40 minut w ciepłe miejsce. 

Po upływie tego czasu podzielić masę na 12 części i formować kuleczki. Aby pączki były ładne, polecam formować porcje ciasta w placek, a następnie ten placek zaginać do środka i zalepić, aż powstanie gładka kulka. Surowe pączki zostawić do wyrośnięcia na następne 40 minut. Z resztek ciasta przygotować kawałeczki do sprawdzenia ciepłoty oleju. 

Tłuszcz rozgrzać, aż będzie widać jego ruch w garnku. Wrzucić kawałeczek z resztek ciasta. Gdy będzie się smażył, wrzucić trzy pierwszy pączek do tłuszczu. “Obniżyć” ogień pod garnkiem, by temperatura spadła i by pączek się nie przypalił. Po usmażeniu rozkroić i sprawdzić czy dobrze się usmażył. Od tej pory resztę pączków smażyć na wyczucie i gdyby istniała wątpliwość czy się dobrze usmażyły, to wstawić je na 10 minut do piekarnika rozgrzanego do 170 stopni. 


Nadzienie / 2 rodzaje

Masło rozpuścić w rondelku, dodać mleko a następnie pokruszoną czekoladę mleczną. Gdy całość będzie płynna, dodać łyżkę kakao lub Inki i wymieszać. Masę czekoladową rozlać do dwóch miseczek - mniejszej na polewę i większej, do której polecam dodać pokruszone orzechy. Schłodzić.

Do tego samego garnka dodać 3 łyżki śmietanki 36% i całą masę kajmakową z puszki. Całość rozpuścić i podgrzać a następnie większą część przelać do większej miski. Do reszty masy w garnku dodać białą czekoladę i rozpuścić. To będzie kolejna polewa.



Gotowe pączki nadziewać i dekorować wedle uznania. 





ZIMOWE MIGAWKI

8 stycznia 2019


Dni  są  nadal krótkie,  a  obrażone słońce wciąż chowa się wcześniej. 
Nie   przeszkadza   mi  to  jednak  w cieszeniu się z tych chwil. Każda 
zima  jest  niezwykła,  ale ta  jest  jedną z tych wyjątkowych. W wolne 
dni   wstaję  bez  stresu  i  pośpiechu.  Robię  sobie herbatę, chodzę w 
puchatych  kapciach,  odpisuję  na  meile.  Jest  mnie więcej w domu, 
i  mogę  cieszyć   się   moją  rodziną.  Tak   bardzo   tego   pragnęłam, 
miesiącami   o   tym   marzyłam!   Ale   jest   jeszcze  jeden  powód... 
Ten  powód ma czarne futerko i leży mi na kolanach. Nie wiedziałam, 
że  tak cudownie  jest  mieć  w domu  psa. Ona naprawdę z nami jest! 
Żarłoczna  i  energiczna.  Wesoła,   czuła,   pieszczotliwa  i  kochana. 
Moja piękna sunia.


Priorytet na 2019 rok

2 stycznia 2019


Miniony rok był dla mnie niespecjalnie łatwy. Choć mam 26 lat i jestem młoda, to czułam się jak stara, zmęczona osoba. Nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Po beznadziejnym 2017 roku ciągnęło się za mną zmęczenie, którego nie byłam w stanie niczym zaleczyć. Nie pomagały mi witaminy i wszelakie suplementy. KAŻDEGO ranka budziłam się zmęczona jeszcze bardziej niż wtedy, gdy się kładłam do snu. Byłam nie do życia. Nie miałam siły wstać, robić najprostszych rzeczy, nie miałam siły myśleć. Wena dawała czasem znać, że puka do drzwi, ale ja nie miałam siły ich otworzyć. Moje samopoczucie było na bardzo niskim poziomie.
Przełomem było rozpoczęcie długiego lata. Promienie słoneczne trochę podbudowały moje zdrowie i zyskałam energię do przeżywania pięknej codzienności. Cudowne wakacje na Helu sprawiły, że psychicznie naprawdę odpoczęłam, ale fizycznie siły było mało. Zaczęłam podejrzewać, że mogę mieć problemy z tarczycą. Choć byłam ogólnie zdrowa, to od kilku lat ciągnęło się za mną narastające, chroniczne zmęczenie. Od dawna było mi zimno, zaczęłam tyć bez wyraźnego powodu, wszystko mnie bolało i byłam CIĄGLE SENNA, stan mojej cery i włosów pogorszył się, a problemy kobiece nie miały końca. Ten stan osiągnął w końcu swoje apogeum. Szereg objawów dodał mi lat i zmusił do podjęcia pewnych kroków. Jednak gdy już podjęłam pewne kroki, rozpoczął się ciąg zdarzeń o których nikt nie marzy... Poszło jak woda z kranu - noga w gipsie i miesiąc zwolnienia lekarskiego, szereg chorób w domu a u mnie grypa i zapalenie oskrzeli. Złe wieści od rodziny, bo niektóre sprawy musiały mieć swój koniec. W międzyczasie rozpoczęłam bolesne leczenie kanałowe - trucie i płukanie bolało mnie tak, że wolałabym przez ten czas rodzić kilkoro dzieci pod rząd. Wigilia była dniem wypadków - rozbiłam sobie głowę i spadłam ze schodów tłucząc sobie nogii. Wracając poobijana do domu pomyślałam, że gorzej być nie może. Limit pecha został TOTALNIE wyczerpany.

_______________________________________________


Podsumowując cały rok 2018 przyszła mi pewna, bardzo oczywista myśl, którą miałam gdzieś głęboko od dawna, ale nie miałam głowy do tego, by ją wyciągnąć na wierzch. Ta mysl jest przecież bardzo oczywista - nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, prawda?

Jeśli jestem tak bardzo zmęczona i dokucza mi szereg objawów pomimo ogólnego, dobrego stanu i względnego braku infekcji przez 3/4 roku, to może pora zadbać o siebie i zrobić sobie szczegółowe badania? Co z tego, że morfologia może być spoko jeśli tarczyca może być chora? 

Jeśli pojawiły się problemy rodzinne to może trzeba spojrzeć wstecz, poszukać przyczyny, przeżyć to, że coś się skończyło i szukać rozwiązania problemu? Może takie sytuacje są po to, by zostawić to, co nam nie służy? Może taki koniec jest nauczką i szansą na to, by zacząć od nowa z czystą kartą?

A nie leczone od lat zęby? Mam kosztowną nauczkę na przyszłość, ale i motywację do tego, by je wyleczyć zwłaszcza, że nieleczone zęby mogą być zagrożeniem dla serca i dla ciąży, która mogłaby się rozpocząć w przyszłości.

_______________________________________________


Zdarzenia w 2018 roku są przyczyną najważniejszego postanowienia, które chcę wprowadzić w tym roku. To postanowienie jest proste i DO ZREALIZOWANIA. Zajmę się swoim zdrowiem na poważnie i na całego, bo to ono jest najważniejsze. Wierzcie mi, że bez dobrego zdrowia nie zrobicie nic. Postanowiłam wziąć się za siebie jak tylko mogę, bo kwestie pecha jak wypadki to już zupełnie inna sprawa...

Z innych mniej ważnych postanowień jest to, że mam zamiar JESZCZE mniej przeklinać. Postanowienie na poprzedni rok jakim jest ograniczenie przeklinania wyszło mi naprawdę porządnie, a teraz idę o krok dalej i spróbuję moje emocje rozładowywać w inny sposób. Nie lubię przeklinania u siebie.  


Kończąc tego posta powiem Wam, że marzę o tym, by w 2019 po prostu spokojnie żyć. By to życie było łatwe i pozbawione pecha. W końcu nikt nie chce tłuc sobie ciągle nóg, prawda? ;) 

Piernikowa Charlotte z musem z czekolady Karmelove - koniecznie musisz tego spróbować!

13 grudnia 2018


Pamiętacie uroczą, Charlotte Oreo sprzed kilku miesięcy? Do tej pory uważam, że to jedno z najładniejszych ciast, jakie zrobiłam do tej pory. Nie dość, że jest śliczne, to na dodatek jest bajecznie proste i nie wymaga zbyt dużo pracy. Biszkopty i wstążka robią wizualną robotę, a smak, choć już wymaga większych starań, to zdecydowanie najprostsza robota na świecie. Dlatego też postanowiłam, że przygotuję dla Was ten prosty, świąteczny przepis na ciasto, który jest w zasadzie przerobioną wersją Charlotte Oreo. Co powiecie na Piernikową, Bożonarodzeniową Charlotte z przepysznym musem? Musicie się skusić!



Składniki na biszkopt korzenny:
4 jajka
Pół szklanki cukru
Sok z połówki cytryny
Łyżeczka proszku do pieczenia
3/4 szklanki mąki
Łyżka gorzkiego kakao
Łyżka przyprawy korzennej lub cynamonu

Krem:
330 ml śmietanki 30%
Łyżka cukru pudru
Łyżka żelatyny rozpuszczona w ciepłej wodzie (proporcje 2:1 woda:żelatyna)
2 czekolady Karmelove Wedel


Dowolne owoce z konfitury
Biszkopty proste Vincenzo
Dekoracja dowolna - ja wybrałam normalne, domowe pierniczki z lukrem - możesz skorzystać z tego przepisu
Kawa lub herbata do nasączenia biszkoptu

Formy 18 cm i 15 cm (lub takie jakie macie o zbliżonych wymiarach)
Papier do pieczenia
Masło do smarowania form i do kremu

Świąteczna wstążka do dekoracji


Sposób wykonania


Biszkopt piernikowy

Piekarnik nastawić na 170 stopni. Suche składniki wymieszać. Postępować jak w przypadku bezy - białka oddzielić od żółtek i ubić na sztywno z cukrem, a następnie z sokiem z cytryny. 
Do ubitych białek dodać żółtka i ubijać do momentu aż białka połączą się z żółtkami a jaja będą puszyste. Do ubitych jaj dodawać po łyżce suchych składników i wymieszać (szybko ale ostrożnie). Pilnować tego, by nie zostały grudki - należy robić to bardzo dokładnie! Piec od 40 do 50 minut. Po upieczeniu i ostudzeniu biszkopt podzielić na cztery blaty - nasączyć je naparem, a ostatni podpiec w piekarniku i pokruszyć drobno do dekoracji.


Mus z czekolady Karmelovej

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie a następnie rozpuścić w gorącej i odstawić do schłodzenia.
Masło rozpuścić na patelni a następnie dodać pokruszoną czekoladę i rozpuszczać na małej mocy palnika. Gdyby czekolada się ważyła, dodać odrobinę mleka i wymieszać do uzyskania jednolitej masy.
Schłodzoną śmietanę ubijać z cukrem, aż będzie puszysta, ale nie sztywna. Do tak ubitej śmietany dodawać pomału schłodzoną czekoladę. Ważne, by masy miały podobną temperaturę bo inaczej krem może się zważyć! Po ubiciu dodać schłodzoną acz płynną żelatynę i dokończyć przygotowanie musu, mieszając delikatnie łyżką.


Jak dokończyć?

Większą formę wysmarować masłem i wyłożyć papierem do pieczenia - masło jest po to, by papier się nie ślizgał. Położyć na dnie pierwszy, nasączony blat i wyłożyć dookoła Lady Fingersami. Następnie położyć na biszkopcie owoce i nałożyć mus. W takiej kolejności dokończyć Charlotte i chłodzić przez całą noc w lodówce. 

Dekorować wg uznania - ja posypałam wierzch kremu okruszkami z czwartego blatu biszkoptowego i położyłam na tym samodzielnie wykonane pierniczki. Całość posypałam cukrem pudrem.

Prawda, że proste? :)



NOWY ETAP w naszym życiu. Zaadoptowaliśmy psa!

6 grudnia 2018


Mamy grudzień, miesiąc pełen nadziei i miłości. To czas, w którym łatwiej jest nam przetrwać niepowodzenia i z wiarą spojrzeć w przyszłość. Potrafimy dostrzec sens w niektórych rzeczach, często tak bezsensownych i niedorzecznych... Analizujemy minione miesiące, mając pełny wgląd we wspomnienia. Widzimy, co zrobiliśmy źle, dostrzegamy, ile dobra do nas przyszło. Zauważamy, że w natłoku spraw nie zauważyliśmy, że po spełniały nam się marzenia...




Zimny, jesienny wieczór. Właśnie jedziemy z Julią do domu. Ona spogląda na światła w oddali za oknem, ja delektuję się upragnionym powrotem do ukochanych czterech ścian. Jestem domatorką i tak bardzo kocham mój dom, że przebywanie w nim sprawia mi ogromną ulgę. W torebce rozbrzmiewa dźwięk wiadomości z messengera. O, to Damian! Otwieram...


Moim oczom ukazują się zdjęcia dwóch szczeniąt. Jedno z nich to puchata, czarna kuleczka z hipnotyzującymi, mądrymi oczami. Druga to żółty, krótkowłosy pulpecik. Moje serce przyspiesza gwałtownie, gdy pada pytanie... „Którą bierzemy?” Bez wahania odpowiadam, że czarną. Zakochuję się w niej od pierwszego wejrzenia. Pies jest z ogłoszenia, jakaś kobieta na cito oddaje szczenięta.
Kilkanaście godzin później Damian przynosi w rękach maleńkie, wystraszone szczenię. Ja jestem podekscytowana jak diabli, za to sunia trzęsie się ze zdenerwowania i obserwuje nas ze strachem. W końcu przełamuje się i otwiera, lecz nie dane jest mi z nią spędzić pierwsze godziny, bo muszę iść do pracy. Jula nie posiada się ze szczęścia! Żegnam się, daję buziaka i wychodzę. Nie jestem w stanie wyrazić tego, jakie zdziwienie czeka mnie w nocy, gdy odkrywam, że pies ma pchły i nie wygląda ani nie pachnie jak taki, którego trzyma się w domu. No cóż, na tą chwilę daję mu spokój, bo widzę, że chce spać. Z tematem zamierzam rozprawić się dopiero następnego dnia, bo na moje nieszczęście jest weekend i weterynarz nie przyjmuje.


Następnego dnia dokładnie oglądam psa. Sierść i łapy wyglądają, jakby były przykurzone, skóra jest pogryziona do krwi, a w pachwinach widzę strupy. Najgorsze są te okropne, przebiegające między sierścią pchły. Tak bardzo nie lubię robactwa, że aż mną telepie. Dzwonię do teściowej, radzi by psa polewać wodą z prysznica to pchły wyjdą. I pchły owszem wychodzą, a nawet wyskakują w desperacji, wszystkie topię z niesamowitą zajadłością, ale to nie wszystko. Do wanny spływa szaro brązowa struga brudnej wody. Perła się spina, ale w końcu na jej pysku widnieje ulga nie do opisania. Cholery wstrętne już nie gryzą. Sunia jest czysta i nie pachnie tak specyficznie. Następnego dnia pani weterynarz spryskuje sierść sprejem przeciw pchłom i kleszczom. Perełcia przestaje się drapać, a ja mam wrażenie, że ten pies nie miał nic poza matką, rodzeństwem i budą. Czuję, że my jako rodzina zrobiliśmy coś dobrego. Dla mnie osobiście było tak, jakby czyiś kłopot stał się dla mnie pewnego rodzaju wybawieniem. Miałam pod ręką kolejnego, kochanego malucha a moje problemy zdrowotne nie miały przy tym znaczenia. Moje marzenie się spełniło...





W tym momencie mijają prawie dwa miesiące od chwili, gdy Perła pojawiła się w naszym domu. Pierwszy miesiąc był bardzo trudny, bo skończyłam z nogą w gipsie, mając pod opieką dwa maluchy i dom. Los ufundował mi niezłą szkołę przetrwania, a ja kompletnie pogubiłam się w natłoku zdarzeń. Humorzasta córa, pies uczący się załatwiania swoich potrzeb na matę... Obiad sam się nie ugotował, dywan nie odkurzył. Było cholernie męcząco, ale dałam radę. Potem było już lepiej, a dziś mój pies bez problemu reaguje na moje komendy i załatwia się na dworze. A najsłodsze jest to, że potrafi przybić piąteczkę łapką i przybiega do kuchni na dźwięk otwierającej się lodówki.


To cudowne życzenie mogło się ziścić, dopiero gdy stanę się dorosła. Z niecierpliwością więc oczekiwałam na moment, w którym w życiu moim i Damiana, pojawi się pies. Zawsze marzyłam o suczce, o tym, by wychowywać ją od szczeniaka, i żeby moje dziecko miało czworonożnego przyjaciela. A najbardziej chciałam mieć kudłatego towarzysza i pieszczocha w jednym. Nowy etap w życiu przyniósł nie tylko radość, ale i frustrację. Przed nami pojawiło się ogromne wyzwanie, jakim stało się wychowanie zwierzęcia. Podobno jak wychowasz dziecko, to i z psem sobie poradzisz... A dziś myślę, że owszem da się, ale jest to niezwykle trudne i niekiedy bywa frustrujące. Ulgę przynosi mi to, że nie jestem z tym sama i że zachowania Perły bardzo przypominają te z życia małych dzieci. Dlatego też wszystkie złe emocje spływają po mnie jak po kaczce, a dobre zostają w sercu.


Dziś wiem, że nasze życie stało się pełniejsze a posiadanie psa to najlepsza rzecz, na jaką mogliśmy się zdecydować. Choć początki nie były łatwe, to ani razu nie poczuliśmy, że żałujemy. W końcu kto jak nie pies, cieszy się tak po naszych powrotach do domu? ;)




Hej, już jestem!

18 listopada 2018


Przyszłam tutaj. W dniu, gdy za oknem spadł pierwszy śnieg (co tam, że zaraz się roztopił). Małymi kroczkami, pomału, z nowym - starym wyglądem bloga i moim pierwszym, starym, samodzielnie wykonanym kilka lat temu logo w nagłówku. Jestem - w momencie, gdy naprawdę stałam się na to gotowa i na dodatek otwarta na nowe. Szykowałam się na ten dzień długo. Na raty pisałam posty, pomału ogarniałam zdjęcia. Czasami przez moje życie przechodziło jakieś tornado i musiałam skupić się na sprawach priorytetowych. Zajęło mi to całe tygodnie…

Nie chciałam odsuwać bloga na bok. Nie chciałam i broniłam się przed tym, ale dni wypełnione pracą na normalnym etacie i resztą zajęć nie pozwalały mi na cieszenie się moją pasją. Wieczory i ranki pomiędzy zmianami wykorzystywałam na wszystkie obowiązki i nie odpuszczałam sobie niczego. Czas, który mogłam wykorzystać na pasję, przesypiałam, bo jechałam na oparach. Wolałam poświęcić go na cenne minuty snu i nawet makijaż robiłam między odprowadzeniem Julii do babci a kolejną zmianą w pracy. Działało mi to na nerwy, ale jak to mówią - jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Są przecież takie momenty w życiu, że niebezpiecznym byłoby rzucanie się na głęboką wodę. Moja jakże szalona dyspozycyjność i skromne działania nie pozostawiały mi nic innego jak tylko wybór nudnego, bardzo prostego szablonu i posty bez wyrazu. Działałam sobie i starałam się wyciągać z tego maximum przyjemności, ale tak nie było. Na dodatek powoli dojrzewało we mnie to, że mam do powiedzenia trochę więcej. Wszak zakupy i stylizacje to nie wszystko, a ja coraz bardziej dojrzewałam do tego, by świadomie i PEWNIE pisać o rodzicielstwie.

___________________________



Moje pierwsze dziecko urodziłam ponad 5 lat temu. Byłam dość młodą i niedoświadczoną kobietą. Nigdy wcześniej nie miałam szansy trzymać dziecka w ramionach a co więcej, nie miałam okazji, żeby się takowym zaopiekować. Było to coś dla mnie tak nowego, że nadmiar wrażeń totalnie oderwał mnie od reszty rzeczy.
Nie będę się rozpisywać, bo przecież w tym tekście mowa o blogu. Początki macierzyństwa i ciąża były czasem, w którym oprócz propozycji współprac dostawałam mnóstwo pouczeń i rad dotyczących prowadzenia bloga oraz kanału social media. Te rady miały mi pomóc osiągnąć sukces w blogosferze i pieniądze, z tym że... rady, jakie dostawałam, nie grały z moim sumieniem. Powiem brutalnie - cały zarys rad zakładał wykorzystywanie wizerunku mojego dziecka do zarabiania na życie. Było to dla mnie coś niesłychanie bezczelnego i nie potrzebowałam wiele, by postawić przed sobą ogromny mur. Ten temat działał na mnie jak płachta na byka, a ja odsuwałam się od cioć dobra rada. Jak można widzieć w niemowlęciu czy rocznym dziecku sposób na pieniądze? Zupełnie jakby miało być lalką, którą można dowolnie ustawiać? Oj nie, nie...




Nie będę ukrywać, że minione 5 lat były czasem, w którym wielokrotnie chciałam stworzyć dla Was coś fajnego. Jednak ograniczało mnie jedno - czułam się za cienka, codziennie dostawałam lekcję pokory, a jedyną radą, którą dawałam innym koleżankom po urodzeniu dzieci, było proste stwierdzenie - nie zapominaj o sobie. Przecież jako mama HNB nałogowo czerpałam przyjemność z drobnostek i dogadzałam sobie, gdy tylko mogłam. Wtedy z łatwością dostrzegałam pozytywy w każdej sytuacji i cieszę się, że prosta rada dużo dała, a temat tak się rozniósł, że pisali o tym inni. Budzi we mnie satysfakcję fakt, że wiele mam zobaczyło, że zdrowy egoizm nie jest zły, choć nie pisałam Wam o tym bezpośrednio. Potem odważyłam się na temat High Need Baby/Child, bo tylko z tym się czułam pewnie. Nadal uważałam, że to nie był czas na jakiekolwiek inne rady, bo nie chciałam nikomu zaszkodzić i co najgorsze, wymądrzać się bez sensu.
TO NIE BYŁ MÓJ CZAS. Potrzebowałam go więcej, by zmądrzeć, zdobyć doświadczenie, nauczyć się. Dziś czuję, że TO TEN MOMENT i chcę to robić z sensem i pasją. W końcu wiem jak ugryźć temat, by to nikogo nie skrzywdziło. Lata obserwacji blogosfery parentingowej dały mi kilka dobrych lekcji, a sumienie pokazało zielone światło.

Lecz żeby móc o tym dobrze pisać i nie skrzywić przy tym relacji z dzieckiem, trzeba było dojrzeć do podjęcia się takiej tematyki. Dlatego nie zabrałam się za to, dopóki nie poczułam prawdziwej gotowości.

To dla mnie duża zmiana. Moje dziecko ma 5 lat, jest super świadome, a ja mam jeszcze większą radochę z macierzyństwa i czuję się wręcz nim zafiksowana! :) W końcu czuję, że chcę o tym pisać i że mogę o tym pisać! To jest dobry moment, a świadomość tego wszystkiego tchnęła energię w inne dziedziny, którymi się do tej pory tutaj zajmowałam.


Czy to oznacza, że Kreuję Swoje Życie stanie się blogiem parentingowym? Absolutnie! Po prostu idę o krok w przód. Nareszcie!

___________________________






Swoją drogą powrót po tak długiej przerwie przyniósł mi spore zaskoczenie i zobaczyłam, jak wiele zmieniło się w blogosferze. Wiele osób porzuciło blogi na rzecz Youtube czy Instagramu ALBO mniej pisało lub robiło sobie dłuższe przerwy. Mam w sobie pewną wiarę i myślę, że to po prostu taki czas - energia która niesie się po świecie, jest dość pasywna i wpływa na wielu z nas. Niektórzy po prostu ten okres przesypiają, a inni wybierają nową drogę. Minione miesiące były dla mnie okresem, w którym nie wiedziałam, na co się zdecydować - nie chciałam poświęcić się jedynie budowaniu konta na Instagramie, bo zależało mi na własnym miejscu w internecie. Nie chciałam porzucać bloga, w którego włożyłam 7 lat pracy i zaangażowania. Filmy nie wychodziły tak często, a ja coraz bardziej dostrzegałam to, dlaczego tak naprawdę warto postawić na bloga. Ostatnie rozmowy z przyjaznymi mi osobami tylko rozwiały moje wątpliwości. Prawda jest taka, że tutaj łatwiej będzie mi opowiadać o byciu młodą mamą, marzeniach, czy o hodowli muszek owocówek (oczywiście taki żart!)... A jeśli będę chciała Wam pokazać nowe łupy z Aliexpressu, to niech będzie - posiedzę kilka godzin przy zdjęciach i tekście, żebyście mogli dostrzec detale i przeczytać o wadach, zamiast słyszeć, jak jąkam się ze stresu przed kamerą.
Odczuwam niesamowitą ulgę i cieszę się, że energia, z jaką wracam, należy do tych sprzyjających. Tygodniami czekałam na to, aż poczuję „TO COŚ”!


Więc jestem, witajcie!



Najbardziej instagramowa kawiarnia w Warszawie • El Krepel

19 sierpnia 2018



Gdybym miała wskazać cukiernię, w której odwiedziny są moim must have, bez wątpienia wskazałabym Laudree w Paryżu. Urocze, kobiece klimaty i słodycz bijąca zewsząd to coś, co przyciąga mnie niesamowicie. W Warszawie jest coś równie miłego lecz zupełnie innego - styl skandynawski plus ściana w kwiatach to coś, co zdecydowanie wyróżnia El Krepel wśród innych kawiarni.




Do El Krepel wybrałam się z zamiarem zjedzenia najdroższego pączka w moim życiu, w towarzystwie Ani. Pierwsze wrażenie wynagrodziło mi 20 minutowy marsz w nierozchodzonych szpilkach i w towarzystwie felernej nawigacji Google Maps. Pierwsze spojrzenie na salę i już wiedziałam, że to idealne miejsce! Bijąca zewsząd biel ucieszyła moje stęsknione za nią oczy, kuchnia marzeń sprawiła, że poczułam ukłucie zazdrości, a różowe dodatki idealnie łączyły wszystko w całość. Jednak nie można odmówić stwierdzenia,  że to miejsce było jedynie tłem dla tych pysznych rzeczy, które zostały po całym dniu pracy kawiarni. Szczególnie ta jedna, jedyna - ostatni złoty pączek ze słonym karmelem w środku. Czekał na mnie.




Wiecie co? Wyjścia ze znajomymi mają to do siebie, że ZAWSZE próbujemy wzajemnie tego co zamówiliśmy :D Sernik z owocową polewą (nie pamiętam dokładnie, czy nie była żurawinowa?) i płatkami kwiatów był pyszny, ale pączek ze słonym karmelem, złotą polewą i jakimś dobrym kremem przebił wszystko - to było mistrzostwo świata. Gdybym miała wskazać miejsce z najlepszymi pączkami w Warszawie, to stawiam na cukiernię Pawłowicz - jednakże moje ulubione pączki z różą i migdałami smakują mi tylko na ciepło. Ba, ja w zasadzie jem pączki tylko na ciepło! Ten w El Krepel ciepły nie był, ale bez wątpienia stał się moim ulubionym. Wyprawa po najdroższego pączka w moim życiu (nie pamiętam, żebym wydała na pączka 8 zł!) okazała się bardzo udana. Nie wiem kiedy znowu po niego pójdę, ale na ten moment myślę, żeby smak odtworzyć w domu. W końcu złotko w proszku mam ;)



koszula NAKD
spodnie ZARA
szpilki ZARA
torba ZARA
zegarek Daniel Wellington
Tego dnia postanowiłam się ubrać inaczej niż zwykle. Założyłam ulubioną elegancką koszulę z wiązaniem w talii, spodnie w kratkę i szpilki. Jeszcze rok temu bym się tak nie ubrała, a teraz mam ochotę wyglądać tak codziennie! Na dodatek moja kwiatowa dziarka sprawiła, że naprawdę lubię się tak nosić - zaczęłam się świetnie czuć w takich stylizacjach!



Na koniec mini pocztówka i sprawca mojego zachwytu, czyli przecudna sukienka Ani. Wpasowała się w klimat miejsca i zdecydowanie przyciągała wzrok innych.

A Wy byliście już w El Krepel?



Latest Instagrams

© Kreuję swoje życie • Lekka strona lifestyle'u młodej mamy. Design by FCD.