Slider

Wiosenne zakupy kosmetyczne na DOUGLAS.pl • The Ordinary, Clinique, MAC, NYX

26 lutego 2020



Dzień dobry moi drodzy :) Ostatnio pisałam Wam na stories na instagramie, dlaczego jest mnie tak mało. Z tego powodu pewnie nie wiecie również tego (to zamierzam zmienić!), że porządnie zabrałam się za siebie. I nie chodzi tylko o pielęgnację od wewnątrz, ale i na zewnątrz! Owszem, już wiecie jak dbam o moją cerę, ale to nie wszystko, bo postanowiłam wdrożyć do pielęgnacji całkiem nowe produkty. Na dodatek dostałam totalnego bzika na punkcie makijażu, więc tutaj również moje zasoby zaczęły się ładnie powiększać. Bardzo bym chciała się nauczyć robić piękne makijaże i wyćwiczyć ten konkretny warsztat. Sprzyja temu to, że mam rękę do artystycznych rzeczy i moja miłość do kolorów. Jeśli w naturze widzę inspiracje, to na pewno będę umiała przenieść to na skórę :)
Ale bez zbędnego gadania zapraszam Was do poznania moich kosmetycznych nowości! :) 

Moje zakupy zrobiłam w aplikacji DOUGLAS.pl - uwielbiam ją i nie znam bardziej funkcjonalnej apki jeśli mowa o takich sklepach :) No ale do rzeczy!




kofeinowe serum // tutaj

Pierwszym kosmetykiem jest kofeinowe serum 5% od The Ordinary
Jak już wiecie, pielęgnację z The Ordinary prowadzę od października i 
jestem zachwycona efektami. Moja cera zmieniła się nie do poznania,
 jest jędrna, nawilżona i przyjemnie napięta. Niedoskonałości zmniejszyły 
się o 80% i wyglądam zdecydowanie lepiej niż jeszcze kilka miesięcy temu. 
Moja cera jest po prostu rewelacyjna! :) A skoro pielęgnacja dała mi takie 
efekty, to postanowiłam zrobić coś z cieniami i opuchlizną pod oczami. 
Serum stosuję już kilka dni i mam wrażenie, że moje spojrzenie jest 
zdecydowanie świeższe, a skóra nie jest tak opuchnięta po przebudzeniu. 
Na dodatek czuć, że to serum to totalny konkret - po aplikacji po 
prostu czuć, że działa.




Drugim produktem jest krem nawilżający od Clinique. W zeszłym roku 
kupiłam sobie zestaw do pielęgnacji cery mieszanej skłonnej do przesuszenia, 
a że niedługo zamierzam go testować, to dokupiłam sobie jeszcze jeden krem 
tejże marki, Nigdy nie używałam kosmetyków od Clinique, więc jestem 
ciekawa, jak będzie się sprawdzał.

krem nawilżający // tutaj




Pora przejść do nowości makijażowych! Tym razem postawiłam na jeden sprawdzony produkt i dwie, bardzo kuszące nowości!




pomadka MAC Kinda Sexy // tutaj

Z pomadkami od MAC znam się już od dawna. Miałam odcień Creme Cup, 
który był totalnym słodziakiem, w tym momencie używam od czasu do 
czasu ciemniejszego nudziaka o nazwie MEHR, a kolor ktory widzicie na
 zdjęciu to KINDA SEXY - mój wieloletni must have! Powiem Wam, 
że tym razem oczekiwania dorównały rzeczywistości i pomadka jest 
naprawdę cudowna! Bardzo kremowa i przy tym trwała, smaczna (!) i pięknie
 pachnąca. Na dodatek to mój ukochany, herbaciany odcień :)

konturówka NYX // tutaj

Konturówka do ust o przepięknym odcieniu różu to coś, czego od dawna 
nie było w mojej kosmetyczce. Nie używam jej stricte jako konturówki,
 ale wypełniam nią również resztę ust. Całość zwieńczam balsamem do ust - 
wygląda to cudownie, choć jako mat też prezentuje się pięknie! Ta konturówka
 dobrze się sprawdza również jako baza. Cena była kusząca, bo zapłaciłam za 
nią tylko 11 zł w promocji :)


 

Ostatnią rzeczą jaką miałam w koszyku jest... ten piękny cień do oczu! 
Zdziwicie się, ale mocne oko robię sobie do pracy, a gdy nie mam na 
powiece chociaż brązowego cienia, czuję się dość niepewnie :P Ten 
zgaszony granat zaintrygował mnie już przy pierwszym spojrzeniu,
 a że cena była całkiem przyjemna, to pomyślałam, że dobrym pomysłem 
byłoby przetestowanie go na sobie. Bałam się efektu, bo granat zawsze był 
dla mnie trudnym kolorem, ale nie dość, że wyszło mi całkiem ładnie, to na 
dodatek cień był dość trwały... Myślę, że za 9, 90 PLN warto spróbować!

cień do oczu NYX Galactic // tutaj




Co sądzicie o moich nowościach? :) Skusiłybyście się na coś z tego posta? Zdecydowanie polecam Wam pomadkę od MAC i produkty od The Ordinary - zwłaszcza te od The Ordinary! :) Ja kupuję swoje tylko na Douglas bo paczki przychodzą szybko a wysyłka do sklepu jest darmowa - dzięki temu wczoraj poczyniłam kolejne zakupy i uzupełniłam swoje pielęgnacyjne zapasy... ;)


Do zobaczenia w kolejnym poście!:)
 

Podsumowanie lutego, czyli.... Szpital, jedzenie i zakupy on line.

24 lutego 2020


Przed nami końcówka lutego więc myślę, że przyzwoicie byłoby już podsumować ten miesiąc, bo przez nadchodzący tydzień nic więcej się nie wydarzy. Nie poleciałam w tym miesiącu na księżyc ani nie osiągnęłam piorunującego sukcesu, bo było nieco trudniej niż myślałam. Czy wiecie, że styczeń był jednym, jedynym miesiącem w tym jesienno zimowym okresie, gdy nie chorowaliśmy? Albo powiem inaczej - infekcje nie dały specyficznych objawów, po których wiadomo było, że coś się dzieje, więc miałam szansę na 100% wdrożyć się w życie zawodowe by móc zarobić lepszy hajs. Nie skończyło się to dobrze, bo luty dał czadu pod względem chorowania...


Zaczęło się od ciągnącego się u Julki zapalenia zatok. Przez cały styczeń mała po prostu smarkała, w międzyczasie pojawiły się ropne wycieki z oczu i nosa. Na początku miesiąca złapało ją konkretnie i nasza pani doktor wdrożyła antybiotyk. Julka się wyleczyła i wróciła do przedszkola, jednak tylko na dwa, trzy dni... bo potem znowu ją złapało. Powiem Wam szczerze, że gdy tylko dostałam telefon od Damiana, że Julia znowu gorączkuje, to dostałam okropnej nerwicy. Przez cały dzień w pracy denerwowałam się, bo poważnie obawiałam się, że dzieje się coś złego. Moje przeczucie było słuszne, bo następnego dnia po wizycie u pediatry dostałam skierowanie do szpitala dla Julki. Okropnie bolał ją kark i głowa, była konkretnie rozbita, a gorączka nie spadła jej przez cały dzień. W pewnej chwili zauważyłam, że dziwnie śpi (nie jak chore dziecko, to było coś innego) i migiem spakowałam nas do szpitala. Potem było już gorzej, bo mdlała mi i wymiotowała pod siebie.
W szpitalu wyszła GRYPA TYPU A... Do tej pory zastanawiam się jakim cudem mała to złapała, bo na ten typ chorują nie tylko ludzie, ale i zwierzęta!
Wiecie, ludzie nie traktują grypy poważnie, a prawda jest taka, że tą chorobę TRZEBA WYLEŻEĆ (niezależnie od typu choroby), bo nie leczona może skończyć się powikłaniami a nawet... nie chcę tego nawet mówić. My dostałyśmy izolatkę, na noc została podłączona kroplówka i mocne leki. Po weekendzie opuściłyśmy szpital, ale stan małej wcale się nie poprawił, bo niestety w praniu wyszły powikłania. Do podawanego już Tamiflu dołączył antybiotyk.
Oczywiście ja również złapałam tego wirusa i wtorek był dla mnie najgorszym dniem w moim życiu, serio, pod względem bólu poród był lepszy! Jeszcze o 11 rozmawiałam przez telefon (już z gorączką), a potem 39 stopni rozwaliło mnie do tego stopnia, że leżałam w okropnych bólach i płakałam, bo nie mogłam tego znieść. Jednocześnie było mi potwornie zimno i gorąco, nie miałam siły podnieść ręki, nic nie jadłam i nie piłam, a od 16 już przestałam chodzić do łazienki. Wieczorem Damian podał mi leki (już brałam Oseltamiwir, potwornie drogi, ale jaki skuteczny!) i dopiero o 2 podniosłam się z łóżka.
Także za nami podłe półtora tygodnia... Dobrze, że idzie wiosna!


Oto oznaki tej wiosny, ale raczej z początku miesiąca. Temperatura w lutym zaskakuje, kto by pomyślał, że może skakać do 13 stopni? :) I dobrze, niech skacze! Mi pasuje, może być jeszcze więcej na termometrze!


Z racji większej ilości czasu spędzanego w domu postanowiłam wziąć się nieco za książki. Mafijne tematy uwielbiam, ale coś są dla mnie za ciężkie, więc zaczęłam czytać "Małe Kobietki" :) Książka wydaje się być naprawdę lekka i sympatyczna - coś dla mnie! :)


Ale luty to nie tylko choroby, książki i ładna pogoda. To też jedzenie - ulubione! W tym miesiącu mogłabym jeść to samo na okrągło. Po pierwsze...


Ser pleśniowy na chrupiącej kromce chleba, obowiązkowo z dżemem żurawinowym. Wyjątkowy przysmak, zwłaszcza na gorąco!


Sushi, sushi, sushi... Raz zamówiłam, a tak to kręciłam już kilka razy. Nie miałam na nie tylko ochoty w czasie choroby, ale poza nią mogłabym jeść je ciągle :) W marcu jednak zamówię, nie będę miała tyle czasu na robienie rolek.


Na zdjęciu mój sztos zestaw czyli:
• surimi w tempurze, mango, majonezem, sałatą
• awokado
• burak, ogórek, awokado, mango, kiełki, szczypiorek


Nie obyło się bez pączków w Tłusty Czwartek - mój mały pacjent sobie zażyczył, więc musiałam spełnić tą zachciankę. Wyjątkowo - bo prawie cały tydzień nic sama nie gotowałam, a jedzenie non stop zamawiałam do domu - nie miałam siły stać przy garach. Też musiałam wyleżeć wirusa, żeby móc znowu pracować i zajmować się maluchem.


Przepyszne nuggersy z uda kurczaka - pierwszy raz wyszły mi tak smaczne. Mięso pokroiłam, rozbiłam tłuczkiem, zamarynowałam w przyprawie "złocisty kurczak" i zostawiłam na kilka godzin. Następnie obtoczyłam w mące, potem w jajku a potem w panierce i usmażyłam na... tłuszczu po smażeniu pączków :P Jadłyśmy je z sosem z jogurtu, ogórka i czosnku. Zrobiłam tylko jeden błąd - dodałam cztery ząbki czosnku, więc jak możecie się domyślić, nie za ciekawie potem się czułam, a dokładniej mówiąc - tak sobie podrażniłam język, że mi spuchł :D



Na koniec najprzyjemniejsze, czyli zakupy online :D


Kolorową paletkę Hean x NatalieBeautyyy znacie na bank dłużej niż ja, bo ta paleta jest już od kilku miesięcy (???) na rynku. Gdy ją tylko zobaczyłam, przypomniały mi się te wszystkie kolorowe cienie mojej mamy, którymi w tajemnicy malowałam się w łazience gdy byłam mała :D Mama nie pozwalała mi ich ruszać, więc jak wiadomo, nie była zadowolona gdy widziała moją twarz w różnych odcieniach tęczy :D Te kolory budzą sentyment i przywołują dzieciństwo, zwłaszcza te błyszczące, które są absolutnie cudowne :)


Na tym zdjęciu możecie zobaczyć kwarc różowy, kryształ górski, ametyst i kwarc niebieski. Kupiłam te kamienie u Astoneishing, bo niestety w okolicy nie mam sklepu z tego typu artykułami, a poza tym już od dawna planowałam zakup kamieni, w których moc naprawdę wierzę. Uważam, że minerały mają szczególne właściwości i warto korzystać z takich dobrodziejstw. Poza tym spójrzcie, jak pięknie przechodzi przez nie światło - czy to nie cudowne...? :)


A na koniec nasz mały, stróżujący piesek. Każdego dnia przekonuję się o tym, jaki jest z niej niezły numer :) Do następnego kochani!


Pielęgnacja cery mieszanej ze skłonnością do przesuszenia • Foreo & The Ordinary

26 stycznia 2020

Cztery miesiące temu rozpoczęłam walkę o skórę bez niedoskonałości. Tak jak nawilżenie było moją piętą achillesową, tak było też ze wszelkimi wypryskami, zanieczyszczonymi porami czy intensywnym wydzielaniem sebum. Pomimo tego, że myłam buzię dwa razy dziennie i robiłam peelingi (najczęściej drobnoziarniste), nie uzyskiwałam żadnego, konkretnego efektu. Pory dalej były wypchane po brzegi ciemną, tłustą masą, a usuwanie mechaniczne mijało się z celem. Poza tym peelingi które stosowałam nie usuwały martwego naskórka... A jeden z moich ulubionych kremów nie chciał działać - więc ani nie mogłam buzi wyczyścić, ani nawilżyć. No nie dało się. Postanowiłam zmienić swoją pielęgnację. Na mojej półce łazienkowej pojawiły się zupełnie nowe produkty i zmienił się sposób oczyszczania.


Mój rytuał zaczynam od oczyszczania twarzy. Odkryłam, że moja cera potrzebuje codziennego złuszczania i masażu, więc gdy tylko zobaczyłam szczoteczkę Foreo Lunę Play Plus na promocji w Super Pharm, nie wahałam się ani chwili przed zakupem, który był pierwszym krokiem w mojej nowej pielęgnacji. Ale do zakupu nie skłonił mnie jedynie kiepski stan mojej skóry. Więc co?
Piękna buzia mojej Ani. Spotykamy się rzadko, wiec mam porównanie. Wierzcie mi, jej cera wyglądała zupełnie inaczej na kilka miesięcy przed tym spotkaniem. Była szara, zmęczona, niezbyt jędrna. Lecz gdy ją tylko zobaczyłam po tych wielu dniach, nie mogłam się nadziwić! Wygladała zdrowo, była miękka, sprężysta, rozjaśniona i świeża. A jej właścicielka pięknie i promiennie. Byłam w szoku, jak wiele potrafi zdziałać konkretne oczyszczanie i złuszczanie. To była moja największa motywacja.
Szczoteczka nie była tania, ale wiedziałam, że to będzie naprawdę dobry i wartościowy zakup. Już samo pierwsze użycie nieźle pokazało na co stać to urządzenie. Skóra była tak złuszczona, że aż sprawiała wrażenie tępej w dotyku, ale dzięki temu krem wchłonął się i to konkretnie! Potem przyszła pora na resztę...


Kolejnym krokiem stały się kwasy... W moje ręce trafiły te od The Ordinary. Słyszałam na ich temat wiele dobrego, ale jakoś nigdy nie miałam zbyt wiele motywacji do wprowadzenia takiego sposobu dbania o cerę u siebie. I wiecie co, żałuję, że zaczęłam ich używać tak późno! 
Kwas Glikolowy 7%  stosuję jako tonik w celu regulacji pracy gruczołów łojowych, delikatnego złuszczenia na co dzień, wygładzenia i wyrównania kolorytu mojej cery. Używam go praktycznie codziennie, poza dniami w których wykonuję peeling kwasami (AHA 30% + BHA 2%) i powiem Wam, ze na mojej buzi działa cuda. W końcu nie mam takiego problemu z czarnymi kropkami na nosie, a dzięki peelingowi kwasowemu który zostawiam na buzi na około 10 minut moja buzia jest ekstremalnie gładka i idealnie przygotowana do nakładania serum, kremów czy maseczek. Jeśli już mowa o czarnych kropkach czy wypryskach, to jest ich 80% mniej niż przed kuracją The Ordinary. Przestały też pojawiać się ropne pryszcze, a jedyne czym mogłabym się troskać to kaszka pod skórą, która jest tylko i wyłącznie wynikiem prowadzonego przeze mnie trybu życia. 
Ostatnim kwasem, który stosuję, jest kwas hialuronowy z dodatkiem witaminy B5. Używam go jako serum pod kremy i widzę, że cera jest dzięki niemu przyjemnie napięta.


Po oczyszczaniu, tonizowaniu i serum, następnym krokiem jaki wykonuję, jest nałożenie kremu nawilżającego z kwasem hialuronowym. Można powiedzieć, że krem jak krem, ale jak dla mnie to jeden z najlepszych produktów jakie używałam. Ma normalny skład i NAPRAWDĘ NAWILŻA. Świetnie sprawdza się pod makijaż a nakładany na noc działa cuda. 


Lubię krem nawilżający od The Ordinary łączyć z czymś innym... Albo po prostu go przykryć, lub użyć czasem czegoś innego. Sporym zaskoczeniem był dla mnie ten krem od Nivea. A dlaczego? Wszystkie kremy od Nivea jakich używałam były paskudnymi zapychaczami. Ten kupiłam w Biedronce i aż nie mogłam uwierzyć, że jest tak lekki, nie zapycha i tak dobrze nawilża. Nie wiem od czego to zależy, może po prostu trafiła tam dobra seria? W każdym bądź razie jest świetny. Zdarzało mi się go nakładać bez przygotowania cery po myciu a cera i tak była nawilżona, miękka i miła w dotyku :)



NUXE używam w kryzysowych momentach, gdy buzia potrzebuje czegoś innego, lub po prostu jest mocniej przesuszona. Ponadto zauważyłam, że dobrym sposobem jest stosowanie go na mocniej wysuszone fragmenty skóry, która wtedy szybciej dochodzi do siebie. Lubię go!


Patrząc na ilość tych kosmetyków i jakość, mogę spokojnie rzec, że moja pielęgnacja
 jest naprawdę minimalistyczna i nastawiona na rozwiązanie konkretnego problemu. 
Twarz po zmianie moich nawyków wygląda zupełnie inaczej i czuć, że jest dopieszczona.
Pory się uspokoiły bo są dobrze oczyszczone, skóra jest rozjaśniona dzięki kwasom i 
tak miękka przez mocne nawilżanie, że uwielbiam jej dotykać. Jeśli macie tak jak ja
skórę mieszaną ze skłonnością do przesuszenia, to polecam Wam właśnie te kosmetyki.
Będziecie zadowolone :)

Mikołajkowy prezent dla mnie, czyli łupy z Alie i NAKD + wishlista świąteczna

8 grudnia 2019


Mikołajki za nami... Mam nadzieję, że u Was było całkiem owocnie? Moja córa była zachwycona, ale nie ma się co dziwić jeśli Mikołaj pognał o 7 rano do sklepu po słodycze i mandarynki ;) U dzieciaków było słodko, ale i do mnie przyszły wyczekiwane rzeczy - część z NAKD, a część z Alie - na resztę rzeczy z Chin czekam, ale dobrze, że najlepsze przyszły w tak miłym czasie.




Na pierwszy ogień lecą różowe nowości, czyli... sweter i czapka! :) Muszę Wam powiedzieć, że byłam absolutnie zachwycona gdy tylko zobaczyłam je na stronie. Zimowa z pięknym splotem i OGROMNYM pomponem zrobiła na mnie ogromne wrażenie i stwierdziłam, że muszę ją mieć - co jak co, ale w żadnym sklepie nie widziałam dokładnie takiej czapki. Ta jest w różnych kolorach, więc może zamówię jeszcze jedną? ;) Jeśli chodzi o sweter, to pomimo składu gdzie dominuje akryl (!), jest niesamowicie ciepły... Jednak co jak co, ale najbardziej zachwyciła mnie ta gruba włóczka! 

Jeśli chciałybyście coś kupić na NAKD to koniecznie skorzystajcie z mojego kodu rabatowego, który da Wam 15% rabatu! 

Bierzcie kreujeswojezycie.15 i korzystajcie!

sweter tutaj
czapka tutaj






Słyszałyście o pędzlach JessUp? Czaiłam się na nie od dawna, ale czekałam na jakąś fajniejszą zniżkę... I dopiero gdy 11 listopada zeszły z ceny o ponad 20 zł, postanowiłam je zamówić. Jestem pod ogromnym wrażeniem jakości wykonania i tego, jak bardzo włosie jest mięciutkie! Myślę, że teraz makijaże będą jedną wielką przyjemnością!


Mało kto pokazuje bieliznę na blogu, ale ta jest niesamowicie piękna i uważam, że warto się z Wami podzielić wrażeniami. Moją bieliznę (zwłaszcza koronkową) od dawna zamawiam na Alie i uważam, że można znaleźć tam naprawdę wspaniałe rzeczy. Te dwa zestawy, które widzicie są absolutnie niesamowite - ciśnie mi się na usta wiele pozytywnych słów i mogłabym się rozpisywać, ale po co? Niżej macie link do sklepów, więc po prostu zajrzyjcie i przekonajcie się o tym same :)

biała bielizna tutaj
różowa bielizna tutaj





I teraz to co tygryski lubią najbardziej, czyli świąteczna wishlista... :)

Czy teraz potrzebuję lustrzanki...?

18 listopada 2019


Jeszcze kilka lat temu zastanawiałabym się jaki nowy, inspirujący post dla Was napisać... Dziś wiem, że staranie się na siłę nie jest za dobre. W każdej dziedzinie życia. Począwszy od związków po pracę, zdrowie, na przyjemnościach kończąc. Nie ma co się silić na inspirujący post, gdy chciałam Wam po prostu pokazać zdjęcia które zrobiliśmy z Damianem. Nie było by w nich nic szczególnego, gdyby nie to, że... nie robiliśmy ich lustrzanką!


Pamiętam zakup mojej pierwszej i jak dotąd jedynej lustrzanki. Canon 600D był szczytem moich blogowych marzeń i największym celem. Z (pozytywną) zazdrością obserwowałam poczynania blogowych koleżanek i ich wspaniałe sesje. Bardzo chciałam mieć równie piękne zdjęcia. Swoje marzenie spełniłam, gdy osiągnęłam finansową niezależność i mogłam sobie pozwolić na tak konkretny zakup. Chciałam robić przecudowne zdjęcia, uczyć się nowych rzeczy, więc zakup mojego Canona był kwestią czasu. 

Praktycznie cały blog jest wypełniony zdjęciami zrobionymi Canonem 600D. Gdy w międzyczasie dokupiłam stałkę, poczułam, że weszłam na najwyższy lvl. Moje zdjęcia były dla mnie absolutnym sztosem. 
A potem zabrakło mi czasu, chęci i siły. Blog i aparat poszedł w odstawkę. Już nie miałam czasu na fotografowanie nieba, bo musiałam rano wstać do pracy czy załatwić milion innych spraw. Nie mogłam się zgrać z innymi na fajne zdjęcia, a do tego przestało mi się uśmiechać dźwiganie ciężkiego aparatu. I tak z dnia na dzień pochłonęła mnie niemoc, a wena totalnie odpłynęła.  


Ale spokojnie. Technologia poszła do przodu, telefony robią tak imponujące zdjęcia jak aparaty. Może na komputerze to nie jest żyleta, ale to samo osiągnęłabym zwykłym kompaktem... Choć nawet nie. Kompakt nigdy nie rozmył mi tak fajnie tła jak iPhone XR :)

I to właśnie z nim się polubiłam. Szczerze Wam powiem, że nigdy nie byłam tak zadowolona z jakiejś inwestycji czy podobnego zakupu. Ten telefon jest tak świetny, że głowa mała. A to jakie robi zdjęcia, odejmuje mi mowę. Bo już nie potrzebuję tak lustrzanki jak kiedyś. W zasadzie nawet z niej nie korzystam, chyba że kiedyś dokupię teleobiektyw z myślą o fotografii nocnego nieba ;) W tym momencie zwykły aparat w iPhone jest dla mnie absolutnie wystarczający :)


No ale co jest na zdjęciach? :) Oczywiście OOTD, którego nie było od ponad roku!

czapka bezmarkowa
sweter z drugiej ręki
płaszcz NAKD
torebka NAKD
buty Converse
zegarek Daniel Wellington


Moja jesień / Photo diary

14 listopada 2019



Na wstępie chciałabym podziękować wszystkim osobom, które obejrzały mojego ostatniego vloga - nie sztuką jest wytrwać 45 minut oglądając malującą się i gadającą dziewczynę! :) Mimo wszystko świetnie się w tym czułam, ale nie ma co się oszukiwać i zaprzeczać, że są osoby, które jednak wolą formę pisaną i lubią czytać. To dla Was :)

Btw. Zanim przejdę do sedna, to sukienkę możecie znaleźć tutaj :)




A więc moja jesień była całkiem miła. Mówię - BYŁA, bo choć pogoda jest przyjemna, jest stosunkowo ciepło i można nadal zbierać grzyby, to w mojej głowie i w sercu już trwa przygotowanie do Świąt Bożego Narodzenia ;) Wracając do tematu - nie mogę narzekać, a zwłaszcza mentalnie. Choć zdrowie nie dopisywało, szczególnie przez trzy tygodnie chorowania, to cieszyło mnie piękne, jasne słońce i niebieskie niebo. Nie za bardzo mogłam cieszyć się cudowną pogodą bo choróbsko rozłożyło mnie i Julkę na łopatki, ale za to odpoczęłam psychicznie od pracy i skorzystałam z czasu z córeczką. Muszę Wam powiedzieć, że czas spędzony z nią jest dla mnie najcenniejszy na świecie :) Fajnie jest pobawić się ze znajomymi i iść do klubu na imprezę, ale bez porównania - sto razy bardziej wolę posiedzieć wieczorem w domu z Damianem i Julką, niż siedzieć w klubie i być na celowniku X facetów, którzy tylko czyhają na to, aż upolują swoją zdobycz :P Zresztą ostatnim razem w klubie podobno miałam branie, a nic nie zauważyłam, bo tańcząc myślałam o tym że tęsknię za Damianem i wolałabym, żeby był obok mnie, że chyba jestem za mało pijana (:D) i o tym, ile mogę właśnie schudnąć xD Tak więc dla mnie lepiej, gdy jest na 100% rodzinnie!

A my co porabialiśmy gdy zdrowie dopisywało? Jeździliśmy tu i tam, chodziliśmy na grzyby, nad jezioro, do Maka, na place zabaw - najważniejsze, że razem i to było super!




Te dwa cudowne zdjęcia to kwintesencja jesieni i nadchodzącego, cudownego okresu. Grzyby i mandrynki, czy to nie brzmi pięknie? Grzyby oczywiście najlepsze z makaronem i boczkiem, a mandarynki pochłaniane kilogramami bez niczego :)
Wyznam Wam, że oprócz czekolady, to właśnie grzyby i mandarynki najlepiej poprawiały mi humor jesienią. Nie ciasto marchewkowe, nie owoce, które latem jadłam jak szalona... Aż szok! Tak w ogóle największy apetyt na to dopadł mnie właśnie w trakcie choroby. A i z chorowaniem było całkiem nieźle... Rozłożyło mnie ekspresowo na popołudniowej, sobotniej zmianie w pracy. Z aktywnej, energicznej kobiety stałam się chwiejącym się chuchrem i z 38 stopniową gorączką pojechałam do lekarza. Wierzcie mi, że darowałabym sobie nocną pomoc lekarską, gdybym miała poniedziałek wolny, ale poniedziałek miałam zacząć turbo wcześnie i musiałam sobie dać radę. Wszystko byłoby ok, gdyby mój ulubiony lekarz (już kiedyś opowiadałam na stores o tym agencie) nie kazał mi się leczyć Ibupromem i iść w poniedziałek do rodzinnego po L4. A co mu szkodziło wypisać? Ach wiem, poprzednim razem uczył się tego przez telefon ze mną - wiem, że brzmię złośliwie, ale jestem na niego strasznie cięta po kilku irytujących wizytach. W każdym razie w poniedziałek poszłam do pracy, i nie byłam tam nawet pół godziny, bo moja szefowa dała mi do zrozumienia, żebym poszła do lekarza z marszu. Poszłam, dostałam receptę, leczyłam się w domu objawowo, nie przeszło. Po czterech dniach nadal miałam gorączkę i skończyło się na ogromnych dawkach antybiotyków, a potem rozwaliło Julę. Wyszłyśmy z tego na początku listopada i odpukać - nie chorujemy :)




Wiecie co? To, że byłam w domu i chorowałam nie oznacza, że odpuszczę sobie miłe dla mnie rzeczy. Wręcz przeciwnie - u mnie miło połechtana próżność oznacza to, że na bank będę mieć lepszy humor, a to oznacza, że lepiej się poczuję. Dlatego wspaniale było cieszyć się nowymi botkami na obcasie, lekką, białą sukienką i nowymi t-shirtami. Ten z księżniczkami wymiata!



botki TUTAJ
sukienka TUTAJ
bluzka TUTAJ


t-shirt w księżniczki ZARA
różowy t-shirt Z DRUGIEJ RĘKI




Apropo tych naszych wypadów, często jeździliśmy tak, żeby pojeździć. Taka jazda bez powodu jest dla mnie jedną z najbardziej relaksujących rozrywek. Uwielbiam patrzeć na krajobrazy za oknem i poznawać nowe, bliskie zakątki.

Mało dzisiaj było, co? No ale niestety, nie robiłam zdjęć na zwolnieniu lekarskim, bo raz, że się tego nie robi, to dwa, ani nie miałam siły, ani nie wyglądałam za specjalnie.
Szykuje się przede mną trochę pracy, więc do następnego!



Latest Instagrams

© Kreuję swoje życie • Lekka strona lifestyle'u młodej mamy. Design by FCD.