Slider

Walentynkowy red velvet cake

15 lutego 2017


Już jest po walentynkach, ale stwierdziłam, że fajnie byłoby Wam dać ten przepis na mój walentynkowy red velvet cake. Jest to normalny tort, z tym, że biszkopt ma swój określony kolor. Tort może być tęczowy, może być niebieski, zielony, a nawet czarny... Do wyboru, do koloru! Wszystko zależy od Waszej inwencji twórczej :)

składniki

200g mąki
150g cukru
6 jaj
sok z jednej cytryny
łyżeczka mąki ziemniaczanej
łyżeczka proszku do pieczenia (opcjonalnie, ja o tym zapomniałam)
szczypta soli
czerwony barwnik spożywczy

200g masła
100g cukru pudru

500ml śmietanki kremówki
2 opakowania śmietanfixu
dowolna ilość cukru pudru

500g mrożonych truskawek
dowolna ilość cukru

odrobina mleka
tabliczka białej czekolady
czerwony barwnik spożywczy

dowolne dekoracje


sposób przygotowania


Suche składniki połączyć w misce.
Formy (mam niskie formy 15 cm średnicy) nasmarować masłem. Piekarnik nastawić na 160 – 170 stopni.
Białka oddzielić od żółtek. Dodać szczyptę soli, ubijać do uzyskania sztywności po czym dodawać pomału cukier i ubijać aż białka będą pięknie błyszczeć. Do ubitych z cukrem białek dodać sok z cytryny i ubijając dalej dodać mąkę ziemniaczaną. Ubijać. Następnie dodawać po jednym żółtku (każde żółtko ubić z białkiem do końca) i gdy masa jajeczna będzie już gotowa, dodać barwnik spożywczy. Następnie przesypując przez sitko dodawać powoli suche składniki. By ciasto nie straciło puszystości, mieszać delikatnie łyżką aż całość się połączy. Gotowe ciasto przelać do foremek. Wstawić do piekarnika i piec do tzw. suchego patyczka (około 45 minut). Po upieczeniu upuścić na podłogę (z wysokości około 50 cm). Studzić w piekarniku.
Po wystudzeniu przekroić każdy z biszkoptów na 3 warstwy. Okruszki zostawić do dekoracji.

Truskawki gotować z cukrem i niewielką ilością wody do uzyskania konfitury.

Miękkie masło ubić z cukrem pudrem.

Śmietankę ubić ze śmietanfixem wg instrukcji na opakowaniu.

Aby ciasto się nie ślizgało, powierzchnię na której będzie stało, posmarować odrobiną maślanego kremu. Warstwy ciasta smarować na przemian konfiturą truskawkową i bitą śmietaną. Po przełożeniu odstawić na godzinę do lodówki aby całość zrobiła się stabilniejsza. Po godzinie posmarować ciasto masą maślaną i powtórzyć czynność po następnej godzinie. Następnie odczekać również godzinę i posmarować ciasto bitą śmietaną. Odstawić do stężenia. Dekorować wg uznania. Ja postawiłam na minimalistyczną dekorację z masy plastycznej (masa marshmallow) i polewy mleczno czekoladowej (odrobina mleka + barwnik + biała czekolada) oraz okruszków jakie zostały po przekrojeniu biszkoptu.

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest...

14 lutego 2017


Dziś na blogu miał się pojawić zupełnie inny wpis. Mogłam napisać o tym, jak strasznie wkurza mnie negowanie wszystkiego, w tym Walentynek. Mogłam błagać Was o to, byście zignorowali wszystko, co Was irytuje, by ten świat był piękniejszy. Ale jakoś mi się nie chce. To, czy wkurzają Was Walentynki, święta Bożego Narodzenia i Wielkanoc, to Wasza sprawa. Choć wkurza mnie hejt rzucany w Annę Lewandowską, to zostawię to dzisiaj w tyle. Wszędzie wyskakują negatywy, ale... Mam to gdzieś, bo czuję, że ogrom uczuć bucha z mojego serca. I nachodzi mnie prosta refleksja - choć czasem mam ochotę wysłać bliskich w kosmos, to gdyby nie oni, nie miałabym nic. Są dla mnie WSZYSTKIM.

Gdy tylko otworzyłam oczy drażniona ostrymi promieniami słonecznego światła, poczułam, jak bardzo jest mi dobrze. Poczułam, że czuję się bezpiecznie i komfortowo, że mam obok dwójkę najukochańszych ludzi. W tym jego. Choć droga, jaką przeszliśmy, nie była usłana różami, to przetrwaliśmy i jesteśmy razem, na dobre i na złe.
Historie o miłości można pisać ciągle. Można się tym chwalić bez końca, bo nie ma nic piękniejszego na świecie. Ale czasem chodzi o coś więcej.

Wspaniale jest rozumieć się i bez słowa dawać sobie znaki. Idealnie jest, gdy robicie dla siebie te wszystkie miłe rzeczy.
Gdy luby przynosi ci herbatę i nakrywa ciepłym kocykiem.
Gdy bez gadania bierze śmieci i leci je wyrzucić do zsypu, bo tobie się nie chce.
Gdy sprząta cały dom, bo maluch dał popalić i nie dałaś rady wszystkiego zrobić.
Ciebie to też się tyczy. Fajnie jest, kiedy nie zgrywasz królewny i działasz po partnersku. To takie prozaiczne rzeczy, o których się nie pamięta i robi mimowolnie, a przynajmniej po czasie, bo bywa, że niektórzy muszą się tego nauczyć. Choć potraficie się sprzeczać o pierdoły, to z czasem okazuje się, że to są bzdury… a między Wami jest cudowne uczucie, którego nic nie jest w stanie zepsuć. Ale nie zaprzeczycie, że czasem los lubi wystawiać je na próbę?

Gdy pewnego wiosennego dnia wróciłam do domu sama z lotniska, czułam się, jakby moje serce wyrwało się z piersi i poleciało hen daleko. Przymusowa rozłąka była dla mnie czymś tak okropnym, że przez pierwsze trzy tygodnie chodziłam struta i nie miałam na nic ochoty. Pytacie się, czy tylko ja? Oczywiście, że nie. Miesiące z daleka od siebie były dla nas obojga bardzo trudne. Męczyła nas samotność i tęsknota. Brakowało nam dotyku ust, rąk… Dopadały nas lęki. Mogliśmy się obawiać tego, czy druga połówka nie puści nas kantem. I na tym się kończyło, bo choć rozłąka mieszała w głowach i budziła niepokój, to po raz kolejny w życiu czuliśmy, że nie mamy wątpliwości. Nie baliśmy się, bo nie było czego.
Jesteśmy ze sobą. Jesteśmy razem. Jesteśmy dla siebie.
Ufamy sobie i po prostu wiemy, że nie mamy się czego bać.

Kiedy patrzę na to wszystko z perspektywy czasu, to widzę, że to nie było takie trudne. Jeśli chodzi o mnie, to czasem było mi nawet łatwiej, bo nikt nie rozwalał mi rytmu dnia, nikt nie dawał małej luzu, dzięki czemu Julia chodziła jak w zegarku. Wstawałam, rozpoczynałam dzień i leciałam do pracy. Wracałam, bawiłam się z małą, załatwiałam sprawy blogowe, przygotowywałam materiały, a potem leciałam na Skype. Kładłam się spać późno w nocy i spałam czasem po 4h, bo miałam tyle zajęć. Choć byłam sama, to nie czułam się samotna. Wiedziałam, że on ciągle o mnie myśli i wkrótce się zobaczymy. To była dla mnie największa motywacja.
Po czasie widzę też, że była to dla nas niezła próba. Mogliśmy przecież odpuścić i dać sobie spokój. Wielu ludzi nie jest w stanie przetrwać związku na odległość, bo ważniejsze są dla nich cielesne uciechy i wrażenia. Nie przeczę, że fizyczna bliskość jest istotna, bo jest jedną z najważniejszych rzeczy, ale nie można zapomnieć o tym, że dwoje ludzi powinna łączyć przede wszystkim przyjaźń, zaufanie i zrozumienie.

Gdy miłość jest szczera, wierna i prawdziwa, to nie ma rzeczy nie do przeskoczenia. Choć czasem wydaje się, że dzieją się rzeczy trudne, to przetrwanie ich, bycie razem, trwanie przy sobie w trudach i radości jest proste, naturalne i dziejące się bez żadnego ale.

„Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.”*


Cudownych Walentynek!

*fragment 1 Listu do Koryntian

Długi, czarny sweter z golfem w zimowej stylizacji. Spacer po lesie.

12 lutego 2017

Wiosenne nowości czyli tropikalny print, róż i minimalizm

10 lutego 2017


Od jakiegoś czasu idzie zwariować z pogodą. Na wszystkich palcach, jakie mam, mogę policzyć słoneczne dni od połowy września. Nie pamiętam tak paskudnej pogodowo jesieni i zimy – pór roku, które powinny być piękne i magiczne. Mnóstwo energii uzyskanej latem wykorzystałam na codzienne funkcjonowanie przez minione, szare miesiące i… na ten moment brak mi energii do tego stopnia, że ogarnęło mnie takie zniechęcenie, jak nigdy. Tegoroczna zima wychodzi na plus tylko pod względem ilości śniegu i temperatur, dzięki którym dzieciaki mogą zobaczyć, jak naprawdę powinna wyglądać ta pora roku. Lubię śnieg i mróz, ale wolałabym, żeby towarzyszyły nam przez cały grudzień i styczeń a… w lutym mogłoby być już całkiem ciepło. Przez obecną aurę NIE CHCE MI SIĘ NIC.

W związku z tym, że brak mi chęci do wszystkiego, to staram się robić to, co może poprawić mi nastrój. Słodkości, pyszna herbata, owoce, ulubione kanały na YT i pozytywne myślenie to standard więc potrzebuję czegoś więcej. Dlatego buszuję w sieci i szukam nowości na wiosnę ;) Zakupy działają na mnie odmóżdżająco i rozweselająco, a jeśli są przemyślane, to łupy będą działać pozytywnie przez kolejne miesiące. Coś na zasadzie – jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz. Dlatego też postawiłam na żywe kolory, tropikalny print i minimalizm. Wiecie, co mi poprawi nastrój?


kurtka tutaj 
bikini tutaj

Tropikalny print i zielony kolor
Choć mnie znacie i wiecie, że otaczam się stonowanymi kolorami, to uwielbiam zieleń i gdybym mogła, to pomalowałabym ścianę w salonie na jeden z odcieni zieleni. Na przykład ciemnozielony… Ta barwa działa na mnie niesamowicie odprężająco. Nie bez powodu zakochałam się w tropikalnym princie, który będzie towarzyszył mi przez całą wiosnę i lato. Zamówiłam więc tropikalne bikini i kurtkę przeciwdeszczową. Strój jest bez skazy, posiada wkładki na piersi i świetnie trzyma biust. Dół od stroju jest dwustronny, więc wygląda bardzo estetycznie. Nie da się bez słodzenia, bo jest idealny.
Co do kurtki, nada się na LEKKI deszcz, choć nawet jeśli przemoknie podczas silnej ulewy, to ekspresowo wyschnie. Taki materiał. Testowałam go pod strumieniem wody i choć kurtka nie jest rewelacyjnie przeciwdeszczowa, to daje radę i nie da się w niej zmarznąć. Materiał nie przepuszcza powietrza od wewnętrznej strony, więc kurtka jest ciepła i idealna na letni wieczór, podczas którego może trochę popadać.


różowa czapka bejsbolówka tutaj

Uwielbiam takie czapki i jestem im wierna w 100%. Kto ich nie lubi?:) Tym razem do mojej kolekcji dołączył aksamitny, różowy model. Będzie idealna w stylizacjach!


czarny długi sweter z golfem e-margeritka

Wierzcie mi, że ten sweter jest naprawdę długi (do połowy łydki), ma genialny krój i co najważniejsze, jest bardzo ciepły. Jest to jeden z najbardziej uniwersalnych ciuchów, jakie mam, bo przydaje się teraz, i przyda się na wiosnę, gdy nie będę chciała zakładać kurtki. Dzisiaj po południu zrobiliśmy zdjęcia, więc wkrótce na blogu pojawi się stylizacja z nim.


uroczy notes TK Maxx

Jeśli szukacie pięknego zeszytu czy notesu, w którym będziecie chciały zapisywać plany, afirmacje i to, co Wam w duszy gra, to koniecznie odwiedźcie TK Maxx, a nie zawiedziecie się. Ten zeszyt kupiłam co prawda w okolicach nowego roku, ale nie przypominam sobie, żebym Wam go pokazywała, więc wrzucam go teraz. Jest przeuroczy!


płyn do mycia twarzy Ziaja liście manuka
krem do rąk Ziaja kokosowa

Marce Ziaja ufam od lat, więc postawiłam na konkretne nowości. W związku z leczeniem hormonalnym i oczyszczaniem cery postanowiłam zainwestować w delikatniejsze kosmetyki. Dlatego zamiast mydła jest ten żel do mycia twarzy (niedługo dołączy pasta peelingująca) a zamiast Neutrogeny jest ten krem do rąk. Nie mogę powiedzieć, że jest najlepszy, dlatego zamierzam przetestować krem do rąk z serii Kozie mleko, który jest podobno rewelacyjny. Oczywiście na razie wykończę ten krem, bo nie lubię wyrzucać pieniędzy w błoto.

cienie do powiek H&M
… czyli zwykła zachcianka. Jeden jest zielony (oczywiście z myślą o wiośnie), bo nie mogło być inaczej, drugi żółty, dla wykonania fajnego makijażu w letnie dni. Czasem mam ochotę na ombre na powiekach (nawet nie wiem jak to fachowo nazywać:D) lub makijaż inspirowany bukietem kwiatów, więc jak mnie najdzie, to nie ma przebacz.

I na tym skończę. Jest skromnie, ale to dobrze. Jeszcze zdążę dostać zakupowego szału :D

Druga połowa stycznia czyli spóźniony DWUTYGODNIK

6 lutego 2017


Sprawy sprawami, obowiązki obowiązkami, ale dwutygodnika nie mogę sobie odpuścić. Jest skromnie, bo druga połowa stycznia miała ślimacze tempo, ale nie przeszkadzało mi to. W głównej mierze zajęłam się swoim zdrowiem i cieszę się, że w końcu poświęciłam na to więcej czasu, gdyż praktycznie od lat nie zwracałam na siebie uwagi. Prawda jest taka, że nie można dłużej przeciągać spraw związanych ze zdrowiem, bo może mieć to złe skutki. Nie raz spotykałam się z sytuacją, w której człowiek nie chodził przez całe lata do lekarza, aż dochodziło do zasłabnięć i diagnozy były tragiczne… A można było zapobiec temu, badając się. Tak btw. przed nami kolejne wielkie mrozy i mam nadzieję, że to już finisz. Wiosenne ptaki, o których Wam ostatnio wspominałam, chyba się pogubiły. Dziwne rzeczy dzieją się z tą przyrodą, oj dziwne.

ZDROWIE

Męcząca mnie od miesięcy sytuacja w końcu musiała znaleźć rozwiązanie, a wiem, że to jeszcze nie koniec. Mowa oczywiście o hormonach, które są naprawdę poważną sprawą i NIGDY nie należy ich lekceważyć. Od ponad roku męczyły mnie silne pms trwające nawet dwa tygodnie, chroniczne zmęczenie, osłabienie i wzrost wagi. Na dodatek wariowała mi cera i dokuczał lekki hirsutyzm, przez co nie czułam się komfortowo. Kilka lat temu byłam w identycznej sytuacji i leczono mnie hormonalnie, więc i teraz postanowiłam zgłosić się do lekarza. Dostałam skierowanie na badania krwi i wszystko poszło ekspresowo. Szybko wyszło szydło z worka, a główny cel to zbicie testosteronu. Leki biorę od niedawna i zdradzę Wam, że pierwsze dni to ciąg nieprzyjemnych objawów, na przykład brak apetytu, nudności, ból głowy... Spodziewałam się takich nieprzyjemności, bo organizm musi się przyzwyczaić. Przyznam szczerze, że choć miałam taki sam problem w wieku 18-19 lat, to zapomniałam już, jak to było oprócz tego, że miałam źle dobrane leki i jeśli chodzi o psychikę, to zachowywałam się jak kobieta w ciąży. Kończąc hormonowy monolog, dodam jeszcze, że mam się zgłosić szybko do lekarza po skierowanie do endokrynologa i zbadać tarczycę, bo sporo objawów wskazuje także na nią. Jeśli okaże się, że i tarczyca działa nieprawidłowo, to jestem ciekawa, jak zachowa się organizm po wprowadzeniu leczenia. Jest to dla mnie bardzo istotne, bo tak jak powiedziałam, hormony są po prostu ważne i nie należy ich lekceważyć. Prawda jest taka, że to one rządzą naszym organizmem. Warto się zapoznać z tematem, bo często ogarnięcie problemów z hormonami może rozwiązać wiele problemów z dolegliwościami, które dokuczają ludziom.

Idąc dalej, jeśli chodzi o zdrowie, to w grudniu (bo od grudnia się zaczęło) miałam wycinane znamię barwnikowe i niedawno odebrałam wyniki. Niestety w okresie ciąży i laktacji doszło do zmian w obrębie niektórych znamion i konieczne było sprawdzenie, co się z nimi dzieje. Niektóre zbladły, zmieniły barwę i uwypukliły się, a jeden (nad lewą piersią) poczerniał i jego granice się postrzępiły. Szczerze Wam powiem, że już od dawna miałam iść do lekarza, ale bardzo się bałam i unikałam tego… Jeszcze bardziej bałam się, gdy w końcu zapisałam się do lekarza, potem w oczekiwaniu na zabieg i na wyniki pobranego wycinka! Gdy dostałam wyniki, okazało się, że wszystko jest w porządku i jest to TYLKO pieprzyk, a ja nie mam się czym martwić. Choć po zabiegu została pamiątka w postaci bliznowca, to cieszę się, że to zrobiłam i nie odkładałam tego dalej na później. Pani doktor powiedziała, że gdybym nie zbadała się, to dopiero mogłoby być źle, gdyby zmiana mogłaby zamienić się w tę złośliwą.

Często widzę, jak młodzi ludzie chorują i potwornie się męczą. Tak samo, jak ci, którzy nie badają się całe życie, bo czują się zdrowi jak ryby. Czy tak powinna wyglądać młodość? Przecież młodość jest jedna i trzeba dbać o to, by spędzić ją w spokoju, a nie zmarnować na męczenie się z różnymi dolegliwościami. Zapobieganie to klucz do zdrowia i warto o nie dbać.
BADAJCIE SIĘ!

W drugiej połowie stycznia kontynuowałam moją włosową kurację. Cały czas biorę CP, od ponad miesiąca nie karmię piersią i wcieram Jantar (z tygodniową przerwą) więc mam spory przyrost… Oczywiście nie zdradzę więcej, bo to będzie w aktualizacji włosowej, ale trzymam się dzielnie i nie pękam.

 

LIFESTYLE

Zdecydowałam się także na zakup nowego telefonu. Miałam problemy z poprzednim, więc postanowiłam zainwestować w nowość, a co za tym idzie, zaczęłam robić to, czego nie mogłam popełnić wcześniej - wkręciłam się w fajny serial, który oglądałam od czasu do czasu w tv. Wydaje się to dziwne, hmm? Prawda jest taka, że dzięki zakupowi nowego sprzętu miałam okazję obejrzeć 4 i 5 sezon w całości (i w spokoju!) czego tak naprawdę nie robiłam od dawien dawna, bo poprzedni telefon mi się zawieszał i wyłączał podczas oglądania różnych rzeczy, a z jednego komputera nie mogą korzystać dwie osoby naraz. Tak w ogóle mogę robić dużo rzeczy, których nie robiłam wcześniej. Mimo wszystko nie wkręciłam się aż tak, bo przywykłam do tego, że na sprzęcie nie mogę zrobić zbyt wiele i w sumie… nie potrzebuję tego :) Telefon ma śmigać, nie zawieszać się i robić ładne zdjęcia. Finito.
A serial, o którym mowa to Zaklinacz Dusz. Jeśli lubicie tematy paranormalne, ale w łagodniejszej formie (nic w stylu Obecności więc nie dostaniecie zawału serca), to serial dla Was. No i jest tam dużo miłości, więc jak najbardziej na plus!


Spróbowałam także nowego owocu… który wcale nie smakuje tak czadowo :D W sumie to w ogóle nie ma smaku. Jak woda. Ale za to ładnie wygląda, jest zdrowy i fajnie barwi smoothie. Rozejrzałam się także za fajnymi zleceniami na luty i mam kilka na oku. Planowałam, rozpisywałam, i narzekałam na brak czasu. Nie bez powodu wpis nie pojawił się na blogu. Strasznie mnie to wkurzało.


Na blogu zamieściłam również jeden z (moim zdaniem!) najfajniejszych wpisów i zachęcam Was do przeczytania, jeśli brak Wam wiary w siebie i chcecie zmienić coś w swoim życiu, zaczynając od nastawienia. Love!

Zrobiłam też przepyszne trufle z TEGO przepisu… Na mrozy są idealne, więc koniecznie zróbcie je sobie na wtorek i środę.

Znalazłam też genialny, cukierniczy blog, dzięki któremu podłapałam co nieco, i choć cały czas boję się masy cukrowej, to drip cake nie jest taki straszny. Zresztą ja uwielbiam robić drip cakes! :D


Na koniec powiem Wam, że zastanawiam się, czy w tym miesiącu robić dwutygodnik. Z racji tego, że może mi zabraknąć czasu, będzie trzeba nieco zmienić plany a na blogu może pojawić się podsumowanie miesiąca. Niedługo za to pojawią się nowości i aktualizacja włosowa, a idąc dalej temat mogący budzić emocje u mam ;) Ściskam Was mocno i śmigam. Buziak!

Dlaczego tak bardzo wierzę w siłę przyciągania?

31 stycznia 2017

Nic się nie dzieje bez powodu.
Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz.
Każdy jest kowalem własnego losu.
Karma wraca.
Co posiejesz, to zbierzesz.
I można by tak dalej, i dalej, i dalej… Ale wiadomo, że w tym wszystkim chodzi o jedno.

Prawo przyciągania działa czy chcesz tego, czy nie.

Na pewno w swoim życiu spotkaliście się z sytuacją, w której zobaczyliście coś, o czym wcześniej zdarzyło Wam się pomyśleć. Marzyliście o czymś, aż w końcu nadarzyła się okazja, by to zdobyć. Chcieliście iść na koncert ulubionego artysty i nagle odezwała się do Was koleżanka z biletami. Brzmi znajomo, co nie? Mniej więcej tak to działa.



W moim życiu niejednokrotnie spotkałam się z tym, że rzeczy, o których pomyślałam lub sobie je wymarzyłam, prędzej czy później przydarzały się mi lub miałam je w posiadaniu. Osoby, których nie widziałam od dawna, odzywały się do mnie, a na dodatek to, z jakim nastawieniem podchodziłam do życia, procentowało w przyszłości i wpływało na moje samopoczucie. Latem 2004 roku, mając niespełna 13 lat, pomyślałam, że bardzo chciałam być pewniejsza siebie. Energetyczny boom, jakiego dostałam niecały miesiąc później, doprowadził do tego, że miałam grupę świetnych znajomych w całym kraju. Inny przykład – kilka lat temu jeszcze ucząc się, miałam dość małych zleceń i chciałam dostać pewniejszą robotę. Niedługo później, na praktykach w kuchni hotelowej zaproponowano mi dorabianie po godzinach praktyk, po szkole i w weekendy. Zgodziłam się bez wahania. Te wszystkie rzeczy łączył jeden mianownik – miałam je w głowie i wierzyłam w nie mocno lub przyczepiły się do mnie jak rzep do psiego ogona. Marzenia się spełniały prędzej czy później a ja wiedziałam, że jeśli czegoś naprawdę chcę, to prędzej czy później to dostanę.
Na domiar tego zaczęłam przyglądać się pewnemu, oczywistemu prawu.

Jeśli dałeś dobro, dobro otrzymasz.
Jeśli komuś pomogłeś i dałeś wsparcie, ktoś pomoże ci w potrzebie.
Dobre uczynki zaprocentują.
Zło się odwróci do tego, kto je zadał.
Skłamałeś? Zostaniesz okłamany.
Ukradłeś coś? Ktoś okradnie ciebie.
Skrzywdziłeś? Inny człowiek skrzywdzi twoją osobę.
Obojętność pozostanie bez odzewu. Nie wniesie nic.

Nie było trudne do zauważenia to, że gdy zrobiłam coś dobrego, to zawsze to do mnie wracało. Gdy komuś pomogłam, ktoś potem pomagał mi. Albo dostawałam niespodziankę od rodziców. Zupełnie jakby to była nagroda za dobry uczynek. Oczywiście tak też było ze złymi rzeczami. Nie uszło mojej uwadze to, że i one wracały do mnie jak bumerang. Właśnie tak to działało.

Gdy zauważyłam moc wszelkich zależności, moja kumpelka podesłała mi film „Sekret”.

Chociaż wierzę w takie rzeczy i nie jestem sceptykiem, to film potraktowałam jako bełkot. Jedna rzecz powtarzana kilkanaście razy, ale w inny sposób, i tak specyficzny, że można poczuć się, jakby ktoś próbował zrobić mi pranie mózgu. Tylko temat taki nie jest. Jest fajny, do indywidualnego odbioru i można z niego wyciągnąć naprawdę fajne rzeczy, dzięki którym można poprawić sobie jakość życia, rozpoczynając od naprawy własnego nastawienia.

To działa w całkiem fajny (powtarzam się!) sposób.
To, co wysyłasz, wraca do Ciebie. Tak jak karma. I możesz to wykorzystać do projekcji swoich marzeń i pragnień. Przykładowo – chcesz odwiedzić jakieś miejsce? Myśl o nim tak, jakbyś tam był. Chcesz mieć dom z ogródkiem? Już teraz myśl tak, jakbyś w nim mieszkał. Masz ochotę na totalną zmianę stylu, ale na razie brak ci funduszy? Wyobrażaj sobie siebie w wymarzonych ubraniach. Nie jest powiedziane, że to, czego pragniesz, otrzymasz od razu, ale na pewno przytrafią Ci się okazje, które pomogą w osiągnięciu celu. Na przykład świetna, dobrze płatna praca. Myślę, że to wyczujesz. Tak samo jest z pokonywaniem swoich słabości i ulepszaniem własnego ja. Myśl o sobie pozytywnie i wizualizuj sobie siebie tak, jakbyś chciał siebie widzieć. Warto też prowadzić notes, do którego można wklejać zdjęcia, wycinki z gazet, wpisywać afirmacje itd.. Dobrze jest też pisać o pewnych rzeczach jak o czymś, co jest – na tej samej zasadzie co wizualizacja. Taki zeszyt ma np. Ania, taki zeszyt mam i ja. Ma go mnóstwo ludzi. Szczerze Wam powiem, że tak też działają zwykłe, najzwyczajniejsze chciejlisty. Nawet na banalnym Pintereście. I przede wszystkim myśli. To siedzi w Waszej głowie.

Gdy mówię Wam o tym, przypomina mi się pewna sytuacja. Kilka lat temu powiedziałam lubemu podczas wakacji, że chciałabym pomieszkać nad morzem przez pewien czas. Powiedziałam, że nie na stałe, bo boję się silnych sztormów, które mogłyby nam zagrozić. Żebyście widziały mój wyraz twarzy, gdy kilka lat później stojąc nad brzegiem morza, przypomniałam sobie te słowa. To, czego chciałam, naprawdę się spełniło! Mieszkałam tam, rankiem budziły mnie mewy i zapach morza a do plaży miałam dwa kroki. To była chwila, w której byłam najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi :)

A to tylko jeden z przykładów. Sporo ich jest. Wśród znajomych też obserwuję tendencję do spełniania się wizualizowanych marzeń. Niektóre naprawdę mają powera i są wielkie:) A wśród tych ludzi po prostu pojawia się multum okazji do spełnienia własnych pragnień!
Gdybym mogła jednak Was przed czymś ustrzec – złe rzeczy również można łatwo zwizualizować, dlatego nie pozwólcie sobie na to, by opanowały Wasze myśli i podkopały Wasze samopoczucie. Zła energia wraca tak samo, jak ta dobra.

Jak dla mnie dusza jest energią. I nasze myśli to energia. A z energii składa się wszechświat. To, co wysyłamy i czym emanujemy, wraca do nas jak bumerang. Wierzę w to bardzo, bardzo mocno! To jest proste, logiczne i jeśli podumacie nad tym, odrzucając argument „BO NIE”, to na pewno to ogarniecie. Jeśli wierzycie w Boga, to powiedzcie mi, czy czujecie energię siły wyższej? Bo ja czuję. I dla mnie to jest dokładnie to samo, tylko by to dostrzec, wystarczy jeszcze bardziej otworzyć umysł.

Podsumowując - uwierz w coś, a to do Ciebie przyjdzie. Nawet szybciej niż myślałeś. Ale przede wszystkim bądź dobry dla siebie i dla innych, a to zaprocentuje!

Latest Instagrams

© Kreuję swoje życie • Lekka i przyjemna strona lifestyle'u młodej mamy. Design by Fearne.