Slider

Przepis na wiosenny tort cytrynowy

27 maja 2017

Tort cytrynowy

Dzisiaj przychodzę do Was z całkowicie innym postem, bo miałam coś zupełnie innego w planach. Mimo to uznałam, że warto się podzielić przepisem na niesamowicie pyszny i wilgotny tort! Powiem Wam szczerze, że nie spodziewałam się, że wyjdzie tak smaczny, a to przecież klasyka. Bez zbędnego gadania zachęcam Was do skorzystania z przepisu!


Tort cytrynowy


SKŁADNIKI

2x Biszkopt na formę 14 x 7 (polecam wyższą formę)
• 3 jajka
• 100-150 g cukru
• sok z połówki cytryny
• łyżeczka mąki ziemniaczanej
• 150 g mąki
• szczypta soli
opcjonalnie łyżeczka proszku do pieczenia (ja piekłam bez)


Sos cytrynowy
2 duże cytryny
woda w proporcji 1:1 z sokiem
• cukier puder (do smaku!)
• 50g masła
• jajko
• łyżeczka mąki ziemniaczanej


Krem
• 2 x śmietana 36%
• opakowanie sera mascarpone
• łyżka cukru pudru
ewentualnie śmietanfix, jeśli jest ryzyko, że krem popłynie (temperatura itp.)


Spływająca polewa
• pół tabliczki czekolady mlecznej lub białej
• złoty barwnik w proszku


• kwiatowa herbata do nasączenia blatów


• dowolne kwiaty do dekoracji


Przepis na tort cytrynowy


2 x biszkopt

Białka ubić jak na klasyczną bezę tzn.
Do surowych białek dodać szczyptę soli i ubić na sztywno – aż zaczną się robić górki.
Następnie powoli dodawać cukier i ubijać. Ubite białka będą zwiększały swoją objętość i będą gęstsze. Po ubiciu z cukrem, dalej ubijając dodać sok z połówki cytryny a następnie mąkę ziemniaczaną. Na koniec dodać żółtka jedno po drugim. Ważne jest, by po dodaniu każdego składnika dalej ubijać. Gdy masa jajeczna będzie gotowa, dodawać mąkę po łyżce i mieszać szybko ale bardzo zręcznie. Ciasto przelać do formy nasmarowanej masłem. Piec w 170 stopniach przez około 40 minut. Po tym czasie sprawdzać patyczkiem i jeśli będzie wilgotny, piec jeszcze chwilę, do suchego patyczka. Po upieczeniu wystudzić.
Wskazówka!
Ze względu na ryzyko wylewania się wyrośniętego ciasta na boki, dno i boki wykładam papierem do pieczenia (przyklejam do formy wysmarowanej masłem).


Sos cytrynowy

Sok z cytryn wycisnąć, skórkę zetrzeć. Dodać do garnka z wodą w proporcji 1:1 i zagotować. Dodać masło i rozpuścić. Doprawić cukrem pudrem wg własnych upodobań – ja dodałam dwie łyżki cukru pudru by zrównoważyć kwaśny smak. Jajko roztrzepać w osobnej misce i (dodając po łyżce płynu z garnka) powoli hartować, a następnie dodać do garnka i mieszać aż troszkę zgęstnieje. Na koniec dodać łyżeczkę mąki ziemniaczanej i cały czas mieszać. Gdy całość delikatnie zabulgocze w garnku, zdjąć z ognia i odstawić do ostudzenia.


Krem

Śmietankę 36% i ser mascarpone ubić razem z cukrem pudrem na gęsty krem. Po ubiciu krem nie może spływać – ma być sztywny i trzymać się ścianek miski :)


„Tynk”

50g masła + 50 g cukru pudru (1:1) ubić na puszystą masę.


Do nasączenia zaparzyć kwiatową herbatę.



Pomysły na tort weselny


Składanie tortu krok po kroku

Biszkopty przekroić na blaty, najlepiej na 3. Dolne blaty każdego z biszkoptów najlepiej zostawić na dół i górę tortu, żeby tort był równy i by się nie osypywał.

Wszystkie blaty nasączyć kwiatową herbatą, a całą resztę oprócz górnego posmarować kremem oraz sosem cytrynowym.

Złożyć w całość i schłodzić przez kilka godzin, żeby całość się ze sobą przegryzła.

Po paru godzinach całość „otynkować” masą maślaną – nakładać odrobinę w każde miejsce i rozsmarować. Taka ilość spokojnie wystarczy na całość. Ja robię to po to, by nic się nie osypywało i nie brudziło kremu.

Następnie schłodzić w lodówce i po około 30 minutach posmarować wierzch i boki biszkoptu kremem.

Ponownie schłodzić i udekorować czekoladą  oraz dowolnymi kwiatami. Czekoladę malować pędzelkiem zamoczonym w złotym barwniku.


Prawda, że proste? Zachęcam Was do skorzystania z przepisu.
Pięknego dnia!



O tym, jak nowa rola odmienia relację • Czerwona sukienka i piknik, czyli The Oak View challenge

24 maja 2017 Ogród Saski, Warszawa

Piknik w parku zdjęcia 

Od kiedy pamiętam, moja relacja z mamą należała do tych trudniejszych, bo obie jesteśmy charakterne i ciężko nam było w czymkolwiek ustąpić. Jak to w życiu bywa, kiedyś musiał nadejść ten czas, w którym nasza relacja uległa zmianie na lepszą. Przeszłam niesamowitą transformację i zmieniłam się niewyobrażalnie, gdy dostałam jedną z najważniejszych ról w moim życiu. 


Polska kobieta


Po pierwsze, zaczęłam doświadczać tego samego co ona, 
i zmagałam się z tym samym, z czym ona się zmagała, spoważniałam. 
Nie chodzi mi o typową powagę i dojrzewanie. Traktowałam 
poważnie wszystko - swoją nową rolę, czas i ludzi.

Po drugie, poczułam, co to znaczy ODPOWIEDZIALNOŚĆ
Taka prawdziwa. 
Odpowiedzialnym można być za różne rzeczy i sprawy, ale to nic 
w porównaniu z odpowiedzialnością za drugiego człowieka. 
Serio.

Po trzecie, doświadczyłam prawdziwego strachu o moją córeczkę. 
Obaw, które dręczyły mnie codziennie.

Po czwarte - intuicyjnie wyluzowałam w wielu nieistotnych kwestiach,
dzięki czemu różne konflikty umarły śmiercią naturalną.
Zobaczyłam, że to co denerwowało mnie wcześniej,
to zwykłe pierdoły.

Piąte - zaczęłam żyć z moją mamą w całkowitej symbiozie.
Ona pomagała mi przy dziecku, a ja pomimo swoich zajęć
pomagałam jej w domu. Życie dojrzałego człowieka nie zawsze
jest łatwe, więc potrzebowała mojej obecności. Przebywanie
ze sobą wyglądało już inaczej niż wcześniej, bo było po prostu... ok.


Szóste i ostatnie - poczułam się bardziej kobieca niż kiedyś.
Nowa rola dodała mi zdecydowanie więcej
kobiecości i pewności siebie.

Kobieta w czerwonej sukience

Z czasem dostrzegłam, że ja i moja mama posiadamy wiele wspólnych cech. 
Okazało się, że moje silne poczucie indywidualności i kobiecości 
nie wzięło się znikąd, bo ona była taka sama. Rodzinna i uczuciowa też nie 
jestem bez powodu. Delikatność posiadamy taką samą. I tak dalej, i tak dalej. 
Pomimo tych wszystkich fajnych rzeczy odczuwałam jednak dziwne przygnębienie. 
Zastanawiasz się dlaczego?




Do tej pory zastanawiam się, jak moja mama zniosła moje zachowanie całe lata temu. Jak bardzo musiało być jej przykro, gdy stawiałam się i nie słuchałam się jej. Gdy myślę, jak bardzo musiała się o mnie bać, gdy wystawiałam się na różne niebezpieczeństwa, to jest mi smutno. Trochę winy jest w mojej nieświadomości i niewiedzy o świecie, bo byłam przecież młoda. Mówi się, że nic się nie dzieje bez powodu, więc myślę, że choć nie musiało tak być, to przeszłość nie mogła być inna. Nie dało się uniknąć mojego buntu i wszystkich, szalonych rzeczy które robiłam 10 lat temu. Gdyby było inaczej, to nie nauczyłabym się tak wiele, nie otworzyłabym oczu na to, co istotne. Mimo to jest mi jakoś przykro, bo choć mi to się przysłużyło, to jej nie koniecznie. Nawet nie jestem sobie w stanie wyobrazić, ile przysporzyłam jej nerwów. Myślisz, że mogę jej to jakoś wynagrodzić? Jeśli tak, to masz rację. Mogę być po prostu wspaniałą mamą i dobrym człowiekiem. Myślę, że to wystarczy.




26 maja to dzień dla mnie szczególny. Nie przeczę że powodem jest to, że teraz to mój dzień, ale teraz jeszcze bardziej doceniam to, że mogę podziękować mojej mamie za wszelkie wyrzeczenia i sprawić, by poczuła się miło. Dlatego też marka Oak View po raz kolejny rzuciła mi wyzwanie! Moim zadaniem było wymyślenie czegoś szczególnego dla mojej mamy. A że ciężko mi idzie wyrażanie uczuć słowami, to przekształciłam je w czyn i pomyślałam o pikniku w parku. Dla mojej mamy to dość oryginalna rzecz i prawda jest taka, że od dawna nie robiła czegoś tak fajnego. W końcu przyjemnie jest zjeść i napić się czegoś dobrego w zupełnie innych okolicznościach niż w domu, prawda? A w przyszłym tygodniu sushi. Szczęśliwego Dnia Matki!


 

#jakdorosnęzostanę...

23 maja 2017


Zawsze uważałam, że najbardziej powinno się dbać o wszystkie dzieci, i to bez wyjątku. Czasem są takie z większymi potrzebami lub te, które mają kiepskie warunki do zdobywania kolejnych życiowych szczytów, lub… nie mają ich wcale. W domu może być kiepska sytuacja rodzinna, która źle wpływa na dziecko, albo bieda, którą często się dziedziczy. W takich sytuacjach ważne jest, by otoczyć je opieką i dać mu szansę na pokazanie swoich możliwości. Przecież jego przyszłość wcale nie musi zależeć od przeszłości! Zwłaszcza, jeśli ma się marzenia…

Kim chcieliście zostać w przyszłości, gdy byliście mali? Marzyliście o karierze muzyka, baletnicy lub o byciu kosmonautą? A może przez myśl przechodziło Wam fryzjerstwo, lub aktorstwo? Wydaje mi się, że każdy miał takie marzenia, ale nie każdemu przyszło je spełnić. Czasem życie układa się w zupełnie innym kierunku, a czasem przychodzi nowa pasja i wszystko układa się inaczej, niż myśleliśmy. I wcale nie musi być to złe, bo ważnym jest, by mieć w sobie siłę do przezwyciężania życiowych przeciwności przy przeżywanych wzlotach i upadkach.
Właśnie o to chodzi w tegorocznej akcji charytatywnej, zorganizowanej przez TK Maxx i Akademię Przyszłości. Kto śledził moją aktywność z marką TK Maxx w zeszłym roku ten wie, że przyszło mi wesprzeć blogowo ubiegłoroczną akcję. Gdy tylko dowiedziałam się, że w tym roku marka znowu będzie wspierać dzieciaki, bez wahania zgodziłam się na to, żeby napisać o tej akcji, tym bardziej, że Akademia Przyszłości pomaga dzieciom zdobyć motywację do nauki, poznać silne strony i zdobyć pewność siebie. To daje im dawkę pozytywnej energii i siły, dzięki której osiągają lepsze wyniki w nauce i lepiej radzą sobie w życiu. Co za tym idzie? Akademia Przyszłości pomaga dzieciakom w drodze ku dorosłości, która może być naprawdę cudowna!

Żeby pomóc dzieciom, w tym roku marka TK Maxx połączyła siły z projektantem Michałem Szulcem, który stworzył niesamowitą kolekcję przypinek i breloków. Warto się za nimi rozejrzeć, ponieważ są idealne dla osób które kochają minimalizm i styl. Dochód z ich sprzedaży zostanie przekazany na rzecz Akademii Przyszłości, którą TK Maxx wspiera od kilku lat. Poza charytatywną kolekcją, we wszystkich sklepach TK Maxx, prowadzona jest zbiórka funduszy. W okresie trwania kampanii, między 20 maja a 1 czerwca, przy wszystkich kasach znajdują się specjalne puszki, w których można zostawić datek na rzecz Akademii. Dodatkowo, w weekend 27-28 maja we wszystkich sklepach w Polsce odbywać się będą specjalne atrakcje dla dzieci. Skusicie się? Zachęcam Was gorąco do wsparcia akcji, bo dzięki niej TK Maxx i Akademia Przyszłości będą mogli pomóc aż 2000 dzieci w całej Polsce.
Warto, bo dobro wraca!



Gładsza skóra w 10 minut! Jak wygładzić skórę na lato?

19 maja 2017



Kto śledzi moje wpisy, ten wie, że mam obsesję na punkcie stanu mojej skóry i ogromnie dbam o jej nawilżenie, a także elastyczność. Mam w nosie wagę, mam w nosie to, że tłuszczyku jakby więcej… Nie muszę być super szczupła. Wolę, żeby moja skóra była gładka, piękna i nawilżona. Wiecie dlaczego?

Bo nawet najszczuplejsza sylwetka nie wygląda ładnie, jeśli będzie się marszczyła od nadmiaru cellulitu.

Dlatego wklepuję w nią balsamy i regularnie peelinguję. W ubiegłym roku chętnie sięgałam po peelingi kawowe DIY, dlatego, gdy marka Body Boom zaproponowała mi przetestowanie ich produktów do pielęgnacji ciała, nie wahałam się i zgodziłam się od razu. Pakiet, jakim jest dużo ruchu, peeling kawowy, masło antycellulitowe i balsamy, zdziałały cuda, przybliżając moją skórę do takiego stanu, o jakim marzę. Ciekawi?


Mniej więcej 3-4 tygodnie temu rozpoczęłam przedwakacyjną kurację, 
bo stwierdziłam, że fajnie byłoby zniwelować efekty zimowego obżarstwa 
i fajnie wyglądać w krótkich ciuchach. Ze względu na ubiegłoroczne efekty 
peelingu DIY i bodywrappingu, byłam ciekawa tego, jaki skutek 
może dać mi pielęgnacja produktami od Body Boom, tym bardziej 
że skład peelingów robi naprawdę dobre wrażenie.

Tak jak powiedziałam, skład jest całkiem fajny. Obok samej kawy 
a dokładniej kawy robusta, w składzie znajdziemy brązowy cukier, 
olejek macadamia, arganowy, migdałowy, a dalej idąc czekoladę, 
witaminę E i sól himalajską, której działanie czułam naprawdę solidnie. 
Brzmi słodko, naturalnie i przyjemnie, prawda?




Aplikacja peelingu jest również całkiem przyjemna. Wystarczy zwilżyć skórę wodą, wmasować produkt w wilgotną skórę i pozostawić go na niej na czas od 5 do 10 minut. Ja oczywiście długo masowałam nim skórę i trzymałam go najdłużej, czyli 10 minut, bo chciałam, żeby efekty naprawdę były ok. Wiadomo, że taki produkt nieco się osypuje, ale nie odczułam zbytniej jego utraty. Ma specyficzną konsystencję, bo czekolada i olejki podgrzewają się na skórze i stają się kremowe, dzięki czemu wszystko się fajnie trzyma i nie ścieka podczas całego zabiegu. Peeling nieźle zdziera martwy naskórek, ponieważ kawa jest zmielona i zawiera twardsze drobinki. Dzięki temu, że nie była parzona, to kofeina jest cały czas na miejscu i zabieg daje lepsze efekty. Olejki i czekolada natłuszczają skórę, a sól himalajska stanowi odżywczy, zdzierający dodatek.


Na moje oko peeling jest mocny, dlatego masaż nim 
wspomaga krążenie limfy. Taki masaż wraz ze wspomnianą 
wcześniej kofeiną nie pozostaje bez wpływu na cellulit i przy regularnym 
stosowaniu przynosi przyjemne efekty w postaci gładszej, 
niepomarszczonej w specyficzny sposób skóry.




Antycellulitowy efekt to coś oczywistego, ale warto się skupić również na szybkim efekcie piękniejszej skóry, jaki można uzyskać po 10 minutach jednego zabiegu. Gładsza i natłuszczona skóra to jedno, bo zwróciłam uwagę na jedną, fajną rzecz. Mianowicie na to, że skóra nabrała pięknego, żywego i ciepłego koloru. Na dodatek wyglądała zdrowiej niż wcześniej i przyjemnie się błyszczała. Niby nic dziwnego, bo kawa sama w sobie ma właściwości barwiące, ale miło jest widzieć taką odmianę po wielu miesiącach bladości.


Peeling stosowałam mniej więcej co 2-4 dni i codziennie wcierałam w skórę ud, bioder i brzucha masło antycellulitowe. Do tego dużo się ruszałam (przy małym dziecku to oczywiste) i urozmaiciłam swoją dietę w owoce, które zawierają dużo wody. Zrobiłam to, ponieważ nie lubię dużo pić a woda z owoców i tak lepiej się wchłania. Poza tym zawierają one błonnik, który pomógł w oczyszczaniu układu pokarmowego. Nie będę kłamać, że nie grzeszyłam, bo miałam swoje zapotrzebowanie na słodkie, ale za to nie jadłam fast foodów i czipsów. Szczerze, to nie było dla mnie trudne, ponieważ nie lubię takiego jedzenia. Zdradzę Wam, że po tych kilku tygodniach mojego planu, skóra na udach i pośladkach zdecydowanie się wygładziła, stała się miła w dotyku i nabrała ładniejszego kolorytu.




Przyjemny, kawowy zapach jest super, ale doceniam go zaraz po działaniu. 
No ale jest super, tak dla jasności. 
Peeling zarówno, jak i masło do ciała posiadają cudowną, kawową woń, 
która długo zostaje na ciele i… w łazience :))

Zamierzam dalej pociągnąć tę kurację, lecz tym razem 
chcę robić peeling 2 razy w tygodniu i trzymać na skórze dłużej, 
i na dodatek z pomocą folii spożywczej. 
Chyba wiecie, co mam na myśli?




Z mojej strony leci polecenie, bo produkty są naprawdę fajne, 
ich stosowanie przynosi efekty i są bardzo wydajne. 
Niewielka ilość masła wystarczy do pokrycia skóry, 
a peeling jest naprawdę wydajny. 
Kieszonkowe peelingi oczywiście zostawiam sobie na podróż.


Z racji tego, że testowanie wyszło całkiem fajnie, mam dla Was kod rabatowy, dzięki któremu kupicie produkty polskiej marki Body Boom o 20% taniej.
Kod to kreuje_swoje_zycie i jest ważny do następnego piątku.


A Wy jakie macie sposoby na gładszą skórę w 10 minut?

Co robicie by pozbyć się cellulitu?
Stosujecie peelingi kawowe?

Relacja z konferencji prasowej, czyli dawka informacji o Beauty Days 2017!

16 maja 2017 Restauracja Akademia


Jedno z najbardziej wyczekiwanych wydarzeń roku zbliża się wielkimi krokami. Mowa oczywiście o głównym punkcie kosmetycznego tygodnia - targach kosmetyczno fryzjerskich Beauty Days! To dni, w których każdy, kto ma bzika na punkcie kosmetyków, ma okazję do totalnego szaleństwa, poznania ciekawych ludzi, nowości i trendów. Targi Beauty Days to świetna opcja dla tych z Was, które rozglądają się w poszukiwaniu interesujących, biznesowych kontaktów.


Skąd o tym wszystkim wiem?


Kilka dni temu miałam okazję uczestniczyć w poświęconej właśnie tym wydarzeniom konferencji prasowej, która odbyła się w warszawskiej restauracji Akademia i zebrała różne osobistości ze świata urody, blogosfery i mediów. Miałam okazję wysłuchać tego, co na temat samych targów mówili przedstawiciele PTAK Expo oraz zaproszeni goście. Byłam pod niesamowitym wrażeniem, ponieważ na scenie wypowiadały się fantastyczne kobiety z pomysłem, pasją i ogromną klasą! Była wśród nich m.in. Nina Ryszka - prezes zarządu Holding Ptak, Małgorzata Kucharska – jedna z właścicielek Happy Face Make Up Studio, a także Anna Pytkowska, której wykład z zakresu działań PR i marketingowych odbędzie się w strefie Meet Beauty. Miałam również okazję poznać przedstawicielkę Hydra Facial, która z ogromną pasją opowiadała mi o zabiegu, który świetnie oczyszcza, złuszcza i nawilża cerę (coś dla mnie!), a także Agnieszkę Niedziałek z bloga NapiękneWłosy. Tak btw. włosy Agnieszki naprawdę są piękne, wierzcie mi! Ale konferencja to nie tylko piękne kobiety i ciekawostki ze świata urody. To także spora dawka informacji o nadchodzących targach Beauty Days!




Targi kosmetyczno fryzjerskie Beauty Days to ogromne wydarzenie o charakterze biznesowym i edukacyjnym, ale również rozrywkowym.

Pojawi się na nich mnóstwo marek m.in.
Indigo Nails, Batiste, Orphica, Hydra Facial,
Inglot, Gosh, Pierre Rene, Orly, a także
Vianek, Sylveco, Golden Rose i wiele innych.

Goście targów będą mieli nie tylko okazję do zebrania ciekawych kontaktów, ale także do poznania marek, o których nie mieli pojęcia lub nie testowali ich kosmetyków. Biorąc pod uwagę to, że na każdych targach można dostać próbkę każdego produktu, to na pewno będzie okazja do bliższego poznania interesujących nas kosmetyków.


Poza kosmetykami i szukaniem okazji biznesowych nie zabraknie rozrywki, gdyż targi zostaną otwarte przez gościa specjalnego, którym będzie Edyta Górniak! Kto lubi makijaż, może spędzić czas w strefie Golden Rose, w której będą się odbywać warsztaty makijażu, albo chociażby w strefie szkoleń Gosh Copenhagen. Osoby, których hobby są paznokcie, mogą obejrzeć mistrzostwa stylizacji paznokci, których gościem specjalnym będzie Natalia Siwiec. Też ciekawa opcja, prawda?


Oprócz zajęć z zakresu makijażu, stylizacji paznokci czy fryzjerstwa, każdy będzie mógł spędzić czas na ciekawych wykładach czy też zajęciach, albo nawet przyjrzeć się, jak wyglądają różne zabiegi.
Nie zabraknie również strefy dla mężczyzn, a czas będzie wypełniony po brzegi różnymi atrakcjami i spotkaniami z ciekawymi osobami. Jeśli chcielibyście posłuchać, co ma do powiedzenia m.in. Patrizia Gucci, Maja Sablewska a do tego KatOsu i Red Lipstick Monster, to koniecznie wpadnijcie!


Beauty Days wyglądają całkiem ekscytująco, prawda? Jeśli jesteście zainteresowani, to koniecznie na nie wpadnijcie! Wydarzenie odbędzie się w PTAK Expo w Nadarzynie, w dniach 19-21 maja. Wstęp wolny. Skusisz się?



High Need Baby, High Need Child • Jak sobie z tym poradzić? Pozytywne podejście do HNB

8 maja 2017

Rozpoczynając czytanie tego wpisu, zapewne zastanawiasz się, dlaczego od tak dawna nie pojawiło się nic w tej tematyce? Dlaczego nie poszłam śladem innych mam blogerek i nie poszerzyłam tematyki rodzicielskiej na blogu? Dlaczego nie zaszalałam z dziecięcym pokoikiem i wszystkim, co tak rajcuje mamusie? Zanim przejdę do meritum, odpowiem Ci krótko – z perspektywy czasu widzę, że nie miałam na to czasu ani głowy do tego, ponadto nie miałam siły o tym myśleć, bo na głowie miałam zupełnie inne rzeczy i musiałam stawiać na wszystko, co praktyczne, szybkie i skuteczne.

Sam post kosztował mnie mnóstwo namysłu, wiecie? Chciałam go dodać po roku macierzyństwa, ale gdy tylko zdałam sobie sprawę z tego, że tak naprawdę jestem jeszcze za cienka w temacie, to odpuściłam sobie na dobre. I choć nie jestem wylewna w tematyce parentingowej (prawie wcale), to czułam, że ten wpis może naprawdę Wam pomóc.
Masz high need baby lub high need child w domu? Czujesz się bezradny, bo głowisz się i głowisz, a nic nie pomaga? W takim razie ten wpis jest dla Ciebie i mam nadzieję, że po jego przeczytaniu spojrzysz na wszystko pozytywniej. Bez zbędnego gadania, zaczynamy!
_____________________________


Twoje dziecko praktycznie od urodzenia należy do gatunku tych, które mają większe potrzeby. Gdy inne maluchy spokojnie spały w szpitalnych łóżeczkach, Twoje nie mogło spać i płakało, gdy tylko je odłożyłaś.

Twój dzidziuś praktycznie ciągle płakał. No, chyba że nosiłaś je na rękach.

Tak na marginesie, Ty nosiłaś je ciągle na rękach. Maluszek po prostu potrzebował Twojej bliskości.

Noworodek to tam jeszcze, ale większemu dziecku nic nie pasuje. Bardzo często się wkurza i jest strasznie wrażliwe, a emocje odczuwa z ogromną intensywnością.

Jeśli karmisz lub karmiłaś piersią, to było to bardzo często i może być tak, że odstawiasz lub odstawiłaś malucha późno. Próby wcześniejszego odstawienia dziecka okazują się być stresującymi nie tylko dla maluszka, ale i dla Ciebie.

Nie mogłaś uśpić dziecka. Próbując różnych trików, działałaś z szumem odkurzacza, suszarki czy z muzyką, ale to, że jakaś metoda przynosiła skutek jednego dnia nie oznaczało, że tak będzie następnym razem. Drzemka była marzeniem. Jeśli to się udawało, to kończyła się dość szybko. Dziecko nie mogło usnąć w nocy, jeśli nie było przy Tobie. Usypianie go było wyższą szkoła jazdy. Dni były i są długie.

Gdy chociaż na chwilę się oddaliłaś (po prostu musiałaś się wysikać), to dzidziuś wszczynał alarm. Tak poza tym, mama jest dłuuuugo na pierwszym miejscu. Stary mógłby dla niego nie istnieć.
Ps. Większe dziecko chodzi po prostu z Tobą do toalety i czeka, aż załatwisz potrzeby :D

Każdego dnia improwizowałaś z metodami, pomysłami na zabawy itp., które mogły uspokoić Twoje dziecko i pomóc mu skupić się na czymś. Improwizowałaś, bo to, co działało wcześniej, nie musiało działać obecnie.

Twój dzieciaczek jest bardzo aktywny i ma mnóstwo werwy. Po całym dniu siadasz i zastanawiasz się, czy przypadkiem w Twoje dziecko coś nie wstąpiło.

Prowadzisz dziecko w wózku? Idąc po parku, widzisz zaczytane mamusie z dziećmi w wózkach. Ty nie zatrzymujesz się nawet na chwilę, bo każdy postój równa się alarmem. Z jednej strony dobrze, bo chodzisz i trzymasz linię, prawda?

Widok cichutkiego lub długo śpiącego dziecka budzi w Tobie konsternację. Zastanawiasz się, czy mu nic nie jest, co nie?

Hajnid w okresie pierwszych buntów to prawdziwa szkoła przetrwania.

Choć jesteś szczęśliwa, to jesteś okropnie zmęczona.

Czasem jako mama potrzebujesz zrozumienia. Zwierzasz się bliskim i widzisz ich reakcję. Jeśli myślisz, że nikt Cię nie rozumie, to masz rację.
Chyba że w rodzinie pojawi się drugi HNB. Wiesz, co to oznacza?

________________________________


Zapewne nie raz jako rodzic spotkałaś się z sytuacją, że ktoś Cię poucza, choć jego dzieci od maleńkości są ostoją spokoju, lub ma takie wnuki (serio!) lub rodzeństwo. Nie raz usłyszałaś, że rozpieściłaś, to masz. Może nawet spotkałaś się z drwinami i oskarżeniami, że jesteś beznadziejnym rodzicem, który nie radzi sobie z własnym dzieckiem. Te wszystkie bzdury, które słyszysz, kończą się zazwyczaj, gdy takim ludziom rodzi się kolejne, bardzo wymagające uwagi dziecko. Maluch, przy którym nie ma czasu na nudę, organizacja czasu jest jedną wielką beką a remedium na wszystko to dużo ruchu, kontakt z innymi dziećmi, bliskość i cierpliwość. I duuuużo kawy. Z czasem kończą się głupie komentarze i przytyki, a ignorantom jest najzwyczajniej w świecie wstyd.


Moja mała była bardzo wymagająca od urodzenia. Począwszy od porodówki, do teraz. Wtedy jednak było gorzej. Domyślasz się dlaczego?
Spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Przez całą ciążę słyszałam, że przez pierwszy rok życia dziecka odpocznę, bo małe dzieci głównie śpią, budzą się na karmienie i kupę, i w zasadzie tyle po nich. Może nawet zapomnę, że mam dziecko a czas spędzę na książkach. Żebyście wiedziały, jak bardzo się zdziwiłam! Przez długie miesiące byłyśmy z małą przyczepione do siebie. Moja córeczka nie mogła oderwać się od piersi, płakała bardzo często (czasem całe dnie) i równie często okazywała swoje niezadowolenie. Podczas spacerów z wózkiem nie zatrzymywałam się, bo chwilowy postój powodował nieuzasadniony niczym niepokój. Niunia nieustannie potrzebowała mojej obecności, tatę długo odrzucała, a innych się panicznie bała. Dokuczał jej jakiś dziwny lęk separacyjny. Od czasu do czasu zdarzały nam się spokojne dni, podczas których ładowaliśmy baterie. Mała miała masę energii, którą mnie zadziwiała. Nie mogłam jej uśpić, więc w dzień prawie nie spała, a potem nie mogła usnąć z płaczu i zmęczenia. Spała z nami, bo bała się spać z dala od nas. Metody, które dawała mi rodzina nie skutkowały, a ja coraz częściej zastanawiałam się, czy nie robię czegoś źle, bo ta cała sytuacja była nienormalna. Poczucie bycia beznadziejnym rodzicem potęgował widok spokojnych, łatwych w obsłudze dzieci. W końcu mamą byłam po raz pierwszy i różne błędy mogłam popełnić, ale w tym wszystkim czułam się okropnie i byłam sobą bardzo rozczarowana.


Sytuacja zaczęła się rozjaśniać, gdy zaczęłam trafiać na rodziców z podobnym problemem. Okazało się, że ci ludzie również próbowali wszystkiego, ale żadna metoda nie przynosiła skutku. To były takie same osoby jak ja. Nie mogły wyjść do łazienki bez maluszka na rękach, padały z wyczerpania po aktywnym dniu bez drzemek, po dniu z płaczem. Płakały z wyczerpania, złości i bezradności. Gdy znalazłam na facebooku grupę wsparcia HNB, poczułam, że jest nas bardzo wiele. Jednak było w tym coś, co szczególnie mnie uderzyło - nigdy jednak nie widziałam tak wielu rodziców rozczarowanych rodzicielstwem.


Wiecie, że to był moment, w którym zdałam sobie sprawę z tego, że bardzo mało mi brakowało do bycia w takim stanie? Stwierdziłam, że ja tak nie chcę. Nie chcę żałować, nie chcę być wściekła i rozgoryczona. Mam przecież ukochane, upragnione maleństwo. Urodziłam małego człowieka, biorąc pod uwagę to, że różnie może być, nawet jeśli przygotowano mnie na coś innego, zwłaszcza że w rodzinie nie było takich dzieci. Jak prawdziwa optymistka, postanowiłam spojrzeć na całą sytuację całkiem inaczej i zaczęłam szukać jej dobrych stron. Stwierdziłam, że nie może być beznadziejnie cały czas, a dużo może zależeć od mojego podejścia. I nie mówię już o pokojowej relacji dziecka z rodzicem, ale o rozwoju malucha. Co jako rodzic mogę zrobić, żeby moja córeczka dobrze się rozwijała? Jak wykorzystać jej inteligencję i przekuć nadmiar energii, który w sobie posiada? 
BINGO


Wierzcie mi, że nie brakowało mi okazji do nowych spostrzeżeń. Nie było też łatwo. Wkrótce nadszedł pierwszy bunt i sprawdzian mojej cierpliwości oraz współpracy z maluchem. Każda zabawa ekspresowo się nudziła, a z racji tego, że spędzałam z nią najwięcej czasu, musiałam wykazywać się niesamowitą pomysłowością w wymyślaniu aktywności. Sama współpraca z maluszkiem to był jednak pikuś, bo największym wyzwaniem była właśnie cierpliwość. Drugi rok życia był czasem, gdy mojemu dziecku nic nie pasowało. Zupki nie smakowały, a karmienie łyżeczką, czy metoda BLW kończyły się sajgonem wokół małej. Wkurzało ją dosłownie wszystko. Czasem tak się wściekała, że robiła się czerwona ze złości, a uspokojenie jej było cudem. Drzemki były rzadkością, a jeśli się udało, to kończyły się dość szybko. Z racji tego wszystkiego, czasem potrzebowałam oddechu i wychodziłam z domu na kawę, jednak najczęściej kończyło się to jej płaczem i musiałam szybko wracać. Jak to się mówi – była tylko mama! Ten stan nie trwał tydzień lub kilka, tylko miesiącami. W międzyczasie zaliczyliśmy ciężką infekcję małej i wierzcie mi – modliłam się z całych sił o to, by była zdrowa i szczęśliwa, nawet jeśli oznaczałoby to mega bunt i kosztowało mnie mnóstwa cierpliwości. Z tym buntem mierzyłam się potem dalej, ale wierzcie mi, że z czasem było już lepiej.


Zdałam sobie sprawę z tego, że mała musi naprawdę dużo rozumieć i nieźle kombinować, skoro potrafi mnie testować. Jej zachowanie dało mi kopa do tego, by więcej od niej wymagać. Stwierdziłam, że skoro w okresie buntu różne metody nic nie dawały, to nie oznacza, że praca nad dzieckiem nie zacznie dawać teraz skutków. Choć często byłam bardzo zmęczona, to postawiłam na więcej uśmiechu i starałam się o to, by mała była zadowolona. To dawało efekty, bo moje tłumaczenia w końcu trafiały do małej główki, a mi coraz łatwiej było utrzymać pewną konsekwencję. Córeczka zaczęła się mnie słuchać i coraz mniej się denerwowała. Choć organizacja czasu praktycznie nie istniała, to wprowadziłam pewien rytm, dzięki któremu było prościej. Zdecydowana poprawa na lepsze nastąpiła, gdy mała zaczęła mówić i mogłyśmy się dogadać. Oczywiście muszę przyznać, że mała nadal potrafi mieć swoje humorki i złości się, ale dzięki temu, że urosła i nauczyła się komunikacji, jest mi łatwiej. Poznałam ją i wiem, dlaczego tak się zachowuje. Energię i nerwy mojego High Need Child przekułam na aktywność, rozmowy i wspólne działanie. I o to w tym wszystkim chodziło.


Wiecie, co jest w tym najfajniejsze?
Chociaż mam za sobą czas, w którym popełniałam masę błędów, to widzę, ile się nauczyłam. Dostrzegłam, że takie dziecko to wyjątkowy człowiek i zamiast walczyć (co robiłaby przynajmniej połowa osób które znam), zaakceptowałam wszystko. Moja córeczka jest ciekawa świata, lubi się uczyć nowych rzeczy, uwielbia, gdy jej czytam i widzę, że robi małe kroczki ku temu. Lgnie do dzieci i na swoje siły pomaga mi w domu. Lubi uczestniczyć w przygotowywaniu posiłków. Pięknie mówi dzień dobry i do widzenia, przepraszam, proszę, dziękuję. Uwielbia się bawić, kolorować, czytać książeczki, układać puzzle, klocki. Lubi się stroić. Widzę też, że jest niezłą cwaniurą i choć czasem mnie to wkurza, to wiem, że nie da sobie w kaszę dmuchać. Jest energiczna, żywiołowa i bardzo uczuciowa. Cechuje ją silna ekspresja i temperament.
Dostrzegłam to, bo otworzyłam swój umysł i zastanowiłam się nad tym, jak mogę jej pomóc. Nie chodziło mi o uciszenie jej, tylko o wykorzystanie jej niesamowitego potencjału. Wiedziałam, że skoro była tak energiczna w okresie niemowlęcym, to będzie taka sama później i tylko ode mnie zależy, jaką drogą pójdzie dalej.


Droga mamo, drogi tato… Dam sobie rękę uciąć, że męczą Was silne emocje, złość, i zmęczenie. Ale po prawie 4 latach z hajnidem, chciałabym dać Wam naprawdę dobrą radę. Myślę, że nie powinniście patrzeć na sytuację poprzez pryzmat negatywnych emocji. Zmiana nastawienia da Wam więcej, niż użeranie się i stosowanie metod, które najczęściej nie przynoszą upragnionego skutku. Uważam, że każdy znajduje sposób na swojego hajnidka. Posłuchałam swojej intuicji i wiecie co? Moim sposobem było przekucie energii, jaka drzemie w dziecku, na pozytywy. To się da, nawet jeśli łatwo się irytuje i nie chodzi spać od razu po wieczorynce. Nawet jeśli nie jest dzieckiem „łatwym w obsłudze” i często muszę się wykazywać sprytem w różnych sytuacjach.



Czego nauczyłam się przy high need baby, a potem high need child?
Co mogę Wam doradzić?

Moja rada to nie tylko zmiana nastawienia, ale i bycie cierpliwym. 
Mnóstwo cierpliwości, która się Wam naprawdę przyda.
Jeśli chodzi o dobre nastawienie to warto dbać o pozytywy, bo jeśli
Wy będziecie nastawieni negatywne, jeśli będzie buchać od Was złą
energią, to niestety maleństwo będzie to wyczuwać i
wpadniecie razem w błędne koło.
Be positive!



Polecam Wam swoiste rozładowanie energii i różne aktywności dostosowane 
do wieku malucha – codzienne wychodzenie na place zabaw, 
korzystanie z sal zabaw, długie spacery. 
Dziecko nie tylko się wybiega, ale również pooddycha 
świeżym powietrzem. Dotlenione dzieciątko to szczęśliwe 
dzieciątko i nawet jeśli nie uśnie o tej godzinie, o której marzycie, 
by usnęło, to będzie miało spokojniejszy wieczór. 


Taki maluch potrzebuje o wiele więcej bliskości i jest 
niesamowitą przylepą. Dlatego od maleńkości
lgnie do piersi i tak bardzo chce się przytulać. To ogromnie 
pogłębia bliskość i wzmacnia więź między Wami. 
Dlatego tulcie się!


Z własnego doświadczenia powiem Wam, że przy takim dziecku 
pomaga również rutyna. Mam na myśli czynności wykonywane 
o stałej porze, dzięki czemu maluch będzie miał swój rytm. 



I przede wszystkim pomoc innych, zwłaszcza w pierwszych miesiącach. 
Oczywiście potem też się przyda np. po to, 
żeby mama miała czas na zrobienie obiadu czy posprzątanie. 
Albo choćby dla odpoczynku, dla krótkiej drzemki czy dla 
wyjścia z koleżankami na kawę. 


Ostatnią, najważniejszą rzeczą, jaką chcę Wam doradzić, 
jest słuchanie swojej intuicji. 
Nie wiem jak u Was, ale u mnie wszelkie dane mi rady mające 
uspokoić chodzące hajnidztctwo nic nie dały, za to mój własny 
instynkt nigdy mnie nie zawiódł. Chętnie słuchałam rad, 
ponieważ macierzyństwo było dla mnie nową rzeczą i nie wszystko 
wiedziałam, ale gdybym miała po raz drugi zostać mamą 
high need baby, to nie brałabym rad innych do serca. 
Nie tylko dzięki doświadczeniu, ale również dlatego, 
że nie raz intuicja podpowiadała mi najlepiej, chociaż przeczyło to
danym mi radom. Tak poza tym myślę, że bezsensowne jest 
słuchanie rad osób, które nie znają tematu od środka.



Nie napisałam tego wpisu, by się powymądrzać. Piszę go, bo mam przeczucie, że ten konkretny tekst może Wam pomóc i nawet nie chodzi o sens praktyczny, ale o wsparcie. Proste wsparcie – że czasem wystarczy cierpliwość i świadomość tego, że ma się do czynienia z maluchem, który potrzebuje więcej bliskości i w głównej mierze nie rozumie swoich emocji. Zderzyłam się z tematem od razu, los rzucił mnie na głęboką wodę. Inaczej by było, gdyby urodził mi się low need, ale dostałam tam na górze inne zadanie i muszę włożyć w to więcej pracy, z nabytą podczas tej pracy pokorą. Patrzę na siebie wstecz i choć dziwnie to zabrzmi, okropnie szkoda jest mi Was, rodziców high needów. Nie dlatego, że to twardy orzech do zgryzienia, ale dlatego, że męczą Was takie same emocje, jakie męczyły mnie wcześniej i czasem ciężko jest sobie z tym poradzić, jeśli było się przygotowanym na coś innego. Sięgamy różnych metod i czasem można to porównać do poszukiwań w studni bez dna. Jesteśmy w sytuacji, która zmusza nas do większej kreatywności i ciągłego główkowania. W wyniku poszukiwań różnych sposobów, na poradzenie sobie z trudnościami takiego rodzicielstwa, czasem okazuje się, że problem high need mija, a maluch robi się spokojny po kilku miesiącach, no ale nie zawsze tak jest. Jeśli wszelkie oznaki hajnidztwa utrzymują się przez długie miesiące, to znak, że warto spojrzeć na sprawę szerzej i pomyśleć, co może pójść za tym dalej.


Tematyka high need urosła do rangi ciężkiego, życiowego doświadczenia, choć nie są to dzieci obłożnie chore czy kalekie, ale najzwyczajniej w świecie nadaktywne i bardzo wrażliwe, a co za tym idzie, po prostu potrzebują więcej. Nie raz spotykałam się z tym, gdy rodzice mówili, że nie dadzą rady, że nie będą mieli życia i zaraz zwariują. Przecież nie musi tak być! Pomijając nastawienie rodziców, zastanawiam się, dlaczego w zasadzie ciężko jest nam otworzyć oczy na to, co jest w naszym dziecku i dlaczego upieramy się przy tym, że ma być cichym, idącym za nami krok w krok milczkiem. Prawda jest taka, że jeśli nie otworzymy się bardziej na doświadczenia, to nie znajdziemy sposobu na malucha i co gorsze, cała sytuacja może wpłynąć na przyszłe relacje z nim.

Dajmy mu się wyszaleć, żeby był spokojniejszy. Słuchajmy intuicji i postępujmy na luzie, żeby współpraca przynosiła skutek. Przyjrzyjmy się zachowaniu dziecka, które w jakiś sposób próbuje coś od nas wyegzekwować. Czasem chodzi o więcej bliskości, a czasem jak to z dziećmi – o wymuszenie jakiejś zachcianki, kaprysy. Klucz do rozwiązania nurtującej nas sprawy jest w zasięgu ręki i wystarczy się otworzyć, by go dostrzec. Ja go dostrzegłam w zachowaniu mojej córeczki i choć codziennie jestem zaskakiwana nowymi doświadczeniami, to czuję się dumna z siebie i szczęśliwa, bo zaufałam swojemu instynktowi. Cieszę się z tego, że mam tak ekspresyjne maleństwo, które obdarza mnie swoim ciepłem i miłością. Obserwuję ją i czuję, że może z niej wyrosnąć fajny, dorosły człowiek, a obecne doświadczenia są tego warte. Patrzę na wszystko pozytywnie, bo jestem w stanie dostrzec plusy we wszystkim, cieszyć się nimi, a na dodatek wiem, że najpiękniejsze owoce wymagają intensywniejszej pracy. To jest tego warte :))


Dziecko high need baby

Latest Instagrams

© Kreuję swoje życie • Lekka i przyjemna strona lifestyle'u młodej mamy. Design by Fearne.