Slider

Pielęgnacja cery mieszanej ze skłonnością do przesuszenia • Foreo & The Ordinary

26 stycznia 2020

Cztery miesiące temu rozpoczęłam walkę o skórę bez niedoskonałości. Tak jak nawilżenie było moją piętą achillesową, tak było też ze wszelkimi wypryskami, zanieczyszczonymi porami czy intensywnym wydzielaniem sebum. Pomimo tego, że myłam buzię dwa razy dziennie i robiłam peelingi (najczęściej drobnoziarniste), nie uzyskiwałam żadnego, konkretnego efektu. Pory dalej były wypchane po brzegi ciemną, tłustą masą, a usuwanie mechaniczne mijało się z celem. Poza tym peelingi które stosowałam nie usuwały martwego naskórka... A jeden z moich ulubionych kremów nie chciał działać - więc ani nie mogłam buzi wyczyścić, ani nawilżyć. No nie dało się. Postanowiłam zmienić swoją pielęgnację. Na mojej półce łazienkowej pojawiły się zupełnie nowe produkty i zmienił się sposób oczyszczania.


Mój rytuał zaczynam od oczyszczania twarzy. Odkryłam, że moja cera potrzebuje codziennego złuszczania i masażu, więc gdy tylko zobaczyłam szczoteczkę Foreo Lunę Play Plus na promocji w Super Pharm, nie wahałam się ani chwili przed zakupem, który był pierwszym krokiem w mojej nowej pielęgnacji. Ale do zakupu nie skłonił mnie jedynie kiepski stan mojej skóry. Więc co?
Piękna buzia mojej Ani. Spotykamy się rzadko, wiec mam porównanie. Wierzcie mi, jej cera wyglądała zupełnie inaczej na kilka miesięcy przed tym spotkaniem. Była szara, zmęczona, niezbyt jędrna. Lecz gdy ją tylko zobaczyłam po tych wielu dniach, nie mogłam się nadziwić! Wygladała zdrowo, była miękka, sprężysta, rozjaśniona i świeża. A jej właścicielka pięknie i promiennie. Byłam w szoku, jak wiele potrafi zdziałać konkretne oczyszczanie i złuszczanie. To była moja największa motywacja.
Szczoteczka nie była tania, ale wiedziałam, że to będzie naprawdę dobry i wartościowy zakup. Już samo pierwsze użycie nieźle pokazało na co stać to urządzenie. Skóra była tak złuszczona, że aż sprawiała wrażenie tępej w dotyku, ale dzięki temu krem wchłonął się i to konkretnie! Potem przyszła pora na resztę...


Kolejnym krokiem stały się kwasy... W moje ręce trafiły te od The Ordinary. Słyszałam na ich temat wiele dobrego, ale jakoś nigdy nie miałam zbyt wiele motywacji do wprowadzenia takiego sposobu dbania o cerę u siebie. I wiecie co, żałuję, że zaczęłam ich używać tak późno! 
Kwas Glikolowy 7%  stosuję jako tonik w celu regulacji pracy gruczołów łojowych, delikatnego złuszczenia na co dzień, wygładzenia i wyrównania kolorytu mojej cery. Używam go praktycznie codziennie, poza dniami w których wykonuję peeling kwasami (AHA 30% + BHA 2%) i powiem Wam, ze na mojej buzi działa cuda. W końcu nie mam takiego problemu z czarnymi kropkami na nosie, a dzięki peelingowi kwasowemu który zostawiam na buzi na około 10 minut moja buzia jest ekstremalnie gładka i idealnie przygotowana do nakładania serum, kremów czy maseczek. Jeśli już mowa o czarnych kropkach czy wypryskach, to jest ich 80% mniej niż przed kuracją The Ordinary. Przestały też pojawiać się ropne pryszcze, a jedyne czym mogłabym się troskać to kaszka pod skórą, która jest tylko i wyłącznie wynikiem prowadzonego przeze mnie trybu życia. 
Ostatnim kwasem, który stosuję, jest kwas hialuronowy z dodatkiem witaminy B5. Używam go jako serum pod kremy i widzę, że cera jest dzięki niemu przyjemnie napięta.


Po oczyszczaniu, tonizowaniu i serum, następnym krokiem jaki wykonuję, jest nałożenie kremu nawilżającego z kwasem hialuronowym. Można powiedzieć, że krem jak krem, ale jak dla mnie to jeden z najlepszych produktów jakie używałam. Ma normalny skład i NAPRAWDĘ NAWILŻA. Świetnie sprawdza się pod makijaż a nakładany na noc działa cuda. 


Lubię krem nawilżający od The Ordinary łączyć z czymś innym... Albo po prostu go przykryć, lub użyć czasem czegoś innego. Sporym zaskoczeniem był dla mnie ten krem od Nivea. A dlaczego? Wszystkie kremy od Nivea jakich używałam były paskudnymi zapychaczami. Ten kupiłam w Biedronce i aż nie mogłam uwierzyć, że jest tak lekki, nie zapycha i tak dobrze nawilża. Nie wiem od czego to zależy, może po prostu trafiła tam dobra seria? W każdym bądź razie jest świetny. Zdarzało mi się go nakładać bez przygotowania cery po myciu a cera i tak była nawilżona, miękka i miła w dotyku :)



NUXE używam w kryzysowych momentach, gdy buzia potrzebuje czegoś innego, lub po prostu jest mocniej przesuszona. Ponadto zauważyłam, że dobrym sposobem jest stosowanie go na mocniej wysuszone fragmenty skóry, która wtedy szybciej dochodzi do siebie. Lubię go!


Patrząc na ilość tych kosmetyków i jakość, mogę spokojnie rzec, że moja pielęgnacja
 jest naprawdę minimalistyczna i nastawiona na rozwiązanie konkretnego problemu. 
Twarz po zmianie moich nawyków wygląda zupełnie inaczej i czuć, że jest dopieszczona.
Pory się uspokoiły bo są dobrze oczyszczone, skóra jest rozjaśniona dzięki kwasom i 
tak miękka przez mocne nawilżanie, że uwielbiam jej dotykać. Jeśli macie tak jak ja
skórę mieszaną ze skłonnością do przesuszenia, to polecam Wam właśnie te kosmetyki.
Będziecie zadowolone :)

Święta! Photo diary

26 grudnia 2019

Święta, święta... i po świętach! Na ten cudowny okres czekałam przez kilka miesięcy. Pisałam Wam już chyba, że jestem tak bardzo zafiksowana świętami, że plany robiłam już w październiku?! To pora Was zagiąć tym, że... już wiem, jak bym chciała przygotować się do następnych świąt :D Już z Julką ustaliłyśmy, że dostanie mini choinkę do swojego pokoju i będzie mogła ją udekorować takimi bombkami jakie chce, a ja kupię piękny pachnący świerk. W tym roku choinka jest wypasiona, w przyszłym roku będzie skromniejsza, i będzie na niej więcej starych ozdób. Już ja się o to postaram! :)


Choinka w wazonie to pikuś przy tym, co kupiliśmy na targu choinek. Przez wybór mojego dziecka trochę się wykosztowałam (:D), ale efekt robił naprawdę duże wrażenie! Zresztą możecie to zobaczyć w tym wpisie...



Na chwilę przed Wigilią w drodze do lekarza odwiedziliśmy park w naszym mieście, który był zamknięty przez długie miesiące. Miasto podjęło się jego rewitalizacji, a całość naprawdę powala. Na dodatek ogromna choinka jest absolutnym sztosem! Mam nadzieję, że w następnym roku będzie podobnie :)




Nie wiem czy Wam mówiłam, ale w tym roku sama organizowałam Wigilię u nas w domu. Zaprosiłam całą rodzinkę już miesiąc temu, i choć byłam pozytywnie nastawiona, to złapał mnie mały kryzys. Nie chciałam tysiąca potraw bo wiedziałam, że ciężko będzie to zjeść. Na dodatek moja mama rozchorowała się poważnie, i całe święta spędziła na antybiotyku w domu. Mimo wszystko było naprawdę fajnie - dominował gwar i ruch a to lubię - zawsze marzyłam o tym, żeby urządzić w domu kolację Wigilijną i żeby było właśnie tak!


Uwielbiam pobliski bazar!


Wieniec przygotowałam sama i zajęło mi to nieco ponad godzinkę. Było warto, w następnym roku takich ozdób będzie więcej :)


A to zdjęcia z 2014 roku. Taką choinkę chcę mieć za rok :)


Nasze ozdoby choinkowe - w przyszłym roku część idzie dla naszego maleństwa!


Własnoręcznie zrobiony karmelowy sernik z pomarańczami dla mojej mamy :)


Nasze prezenty pod choinką. Wieczorem było ich już tyle, że nie było jak ich tam wkładać! :D


Detale :)


Tradycyjny karp. Niespecjalnie przepadamy za tą rybą, ale cytryna i przyprawy załatwiają wszystko :D Mamy jeszcze tackę zamrożonego karpia w zamrażarce i za kilka dni zrobię Julce jeszcze raz to...


Wyszło niesamowicie pysznie!


Wigilijny stół a na nim sałatki - jarzynowa i śledziowa. Powiem Wam, że wbrew pozorom wcale nie obżarłam się na kolacji Wigilijnej. Najwięcej jedzenia trafiło do mojego brzucha wczoraj! Dziś czuję się taka ciężka... więc na obiad zrobiłam sałatkę ;)



Leśne zdjęcie :)


Urocza ławeczka za domami centrum w Warszawie. 


A na koniec ja i mój nowy sweter. Po tych świętach mam jedno postanowienie - migiem przygotuję teksty na przyszły rok :) Mam nadzieję, że ten czas upłynął Wam miło i rodzinnie. Buziaki!

Mikołajkowy prezent dla mnie, czyli łupy z Alie i NAKD + wishlista świąteczna

8 grudnia 2019


Mikołajki za nami... Mam nadzieję, że u Was było całkiem owocnie? Moja córa była zachwycona, ale nie ma się co dziwić jeśli Mikołaj pognał o 7 rano do sklepu po słodycze i mandarynki ;) U dzieciaków było słodko, ale i do mnie przyszły wyczekiwane rzeczy - część z NAKD, a część z Alie - na resztę rzeczy z Chin czekam, ale dobrze, że najlepsze przyszły w tak miłym czasie.




Na pierwszy ogień lecą różowe nowości, czyli... sweter i czapka! :) Muszę Wam powiedzieć, że byłam absolutnie zachwycona gdy tylko zobaczyłam je na stronie. Zimowa z pięknym splotem i OGROMNYM pomponem zrobiła na mnie ogromne wrażenie i stwierdziłam, że muszę ją mieć - co jak co, ale w żadnym sklepie nie widziałam dokładnie takiej czapki. Ta jest w różnych kolorach, więc może zamówię jeszcze jedną? ;) Jeśli chodzi o sweter, to pomimo składu gdzie dominuje akryl (!), jest niesamowicie ciepły... Jednak co jak co, ale najbardziej zachwyciła mnie ta gruba włóczka! 

Jeśli chciałybyście coś kupić na NAKD to koniecznie skorzystajcie z mojego kodu rabatowego, który da Wam 15% rabatu! 

Bierzcie kreujeswojezycie.15 i korzystajcie!

sweter tutaj
czapka tutaj






Słyszałyście o pędzlach JessUp? Czaiłam się na nie od dawna, ale czekałam na jakąś fajniejszą zniżkę... I dopiero gdy 11 listopada zeszły z ceny o ponad 20 zł, postanowiłam je zamówić. Jestem pod ogromnym wrażeniem jakości wykonania i tego, jak bardzo włosie jest mięciutkie! Myślę, że teraz makijaże będą jedną wielką przyjemnością!


Mało kto pokazuje bieliznę na blogu, ale ta jest niesamowicie piękna i uważam, że warto się z Wami podzielić wrażeniami. Moją bieliznę (zwłaszcza koronkową) od dawna zamawiam na Alie i uważam, że można znaleźć tam naprawdę wspaniałe rzeczy. Te dwa zestawy, które widzicie są absolutnie niesamowite - ciśnie mi się na usta wiele pozytywnych słów i mogłabym się rozpisywać, ale po co? Niżej macie link do sklepów, więc po prostu zajrzyjcie i przekonajcie się o tym same :)

biała bielizna tutaj
różowa bielizna tutaj





I teraz to co tygryski lubią najbardziej, czyli świąteczna wishlista... :)

Zaczynamy niezwykły czas! ✩ Co tam u nas i choinka w wazonie!

1 grudnia 2019


Za nami pierwszy dzień grudnia i grubo ponad trzy tygodnie do Gwiazdki. W końcu oficjalnie zaczyna się ten cudowny świąteczny czas, choć nie będę blefować, ale dla mnie ten czas trwa od połowy października, i naprawdę nie mogłam się doczekać aż będzie po Halloween, Święcie Zmarłych, 11 listopada i tym przerażającym Black Friday, żeby można było oficjalnie cieszyć się nadchodzącymi świętami! :D Brzmi zabawnie, ale nie, listopad wcale nie był takim zabawnym miesiącem. Mogłabym nawet stwierdzić, że to był dość chudy miesiąc co odzwierciedla moja mała utrata wagi :P Niby nic, ale w więcej było spłacania zaległości i zaciskania pasa niż czegokolwiek innego. Mimo to starałam się cieszyć nadchodzącymi dniami i cały czas myślałam pozytywnie nawet...


... gdy dopadła nas ospa wietrzna w parze z bostonką! Po jakże 3 tygodniach październikowego chorobowego combo z Julką w pakiecie, zdążyłam już przywyknąć do przyjemnej zawodowej rutyny i wiadomość od Damiana, że mała ma prawie 39 stopni gorączki zmroziła mnie jak zimny prysznic. Na nasze nieszczęście to był weekend, a wysypka specyficzna - byłam pewna, że to nie ospa, bo ospa wyłazi po 2-3 dniach, a wysypka była w formie czerwonych, rozlanych plamek. Na NPL lekarz stwierdził bostonkę i wysłał do pediatry. W niedzielę wyszła kolejna, zupełnie inna wysypka i już w poniedziałek było wiadomo, że to ospa. Zakaz wychodzenia to jedno, ale drugie - krostki wychodziły wszędzie PONAD TYDZIEŃ i jeszcze wczoraj smarowałam nowości gencjaną, a mała ciągle się drapała... Krostki pewnie jeszcze z tydzień będą się goić. Ale lepiej, że teraz przechodzi ospę nawet w pakiecie z innym wirusem, niż żeby to miało się pojawić w przyszłości.




Żeby Julce było lepiej (i mi też), postanowiłam przygotować pierwszą, świąteczną dekorację, czyli choinkę w wazonie - bukiet z różnych gałązek - świerku i sosny. Gałązki, które Damian przytargał kilka nocy temu, ozdobiłam starymi lampkami na drucie i mini bombkami. W tle widać też złotą gwiazdkę DIY, szyszki i małą czerwoną laleczkę. Ta dekoracja nastraja nas bardzo pozytywnie i nadaje w domu niesamowity klimat. A to nie wszystko, choć na prawdziwą choinkę jeszcze poczekamy... :)



Czy teraz potrzebuję lustrzanki...?

18 listopada 2019


Jeszcze kilka lat temu zastanawiałabym się jaki nowy, inspirujący post dla Was napisać... Dziś wiem, że staranie się na siłę nie jest za dobre. W każdej dziedzinie życia. Począwszy od związków po pracę, zdrowie, na przyjemnościach kończąc. Nie ma co się silić na inspirujący post, gdy chciałam Wam po prostu pokazać zdjęcia które zrobiliśmy z Damianem. Nie było by w nich nic szczególnego, gdyby nie to, że... nie robiliśmy ich lustrzanką!


Pamiętam zakup mojej pierwszej i jak dotąd jedynej lustrzanki. Canon 600D był szczytem moich blogowych marzeń i największym celem. Z (pozytywną) zazdrością obserwowałam poczynania blogowych koleżanek i ich wspaniałe sesje. Bardzo chciałam mieć równie piękne zdjęcia. Swoje marzenie spełniłam, gdy osiągnęłam finansową niezależność i mogłam sobie pozwolić na tak konkretny zakup. Chciałam robić przecudowne zdjęcia, uczyć się nowych rzeczy, więc zakup mojego Canona był kwestią czasu. 

Praktycznie cały blog jest wypełniony zdjęciami zrobionymi Canonem 600D. Gdy w międzyczasie dokupiłam stałkę, poczułam, że weszłam na najwyższy lvl. Moje zdjęcia były dla mnie absolutnym sztosem. 
A potem zabrakło mi czasu, chęci i siły. Blog i aparat poszedł w odstawkę. Już nie miałam czasu na fotografowanie nieba, bo musiałam rano wstać do pracy czy załatwić milion innych spraw. Nie mogłam się zgrać z innymi na fajne zdjęcia, a do tego przestało mi się uśmiechać dźwiganie ciężkiego aparatu. I tak z dnia na dzień pochłonęła mnie niemoc, a wena totalnie odpłynęła.  


Ale spokojnie. Technologia poszła do przodu, telefony robią tak imponujące zdjęcia jak aparaty. Może na komputerze to nie jest żyleta, ale to samo osiągnęłabym zwykłym kompaktem... Choć nawet nie. Kompakt nigdy nie rozmył mi tak fajnie tła jak iPhone XR :)

I to właśnie z nim się polubiłam. Szczerze Wam powiem, że nigdy nie byłam tak zadowolona z jakiejś inwestycji czy podobnego zakupu. Ten telefon jest tak świetny, że głowa mała. A to jakie robi zdjęcia, odejmuje mi mowę. Bo już nie potrzebuję tak lustrzanki jak kiedyś. W zasadzie nawet z niej nie korzystam, chyba że kiedyś dokupię teleobiektyw z myślą o fotografii nocnego nieba ;) W tym momencie zwykły aparat w iPhone jest dla mnie absolutnie wystarczający :)


No ale co jest na zdjęciach? :) Oczywiście OOTD, którego nie było od ponad roku!

czapka bezmarkowa
sweter z drugiej ręki
płaszcz NAKD
torebka NAKD
buty Converse
zegarek Daniel Wellington


Moja jesień / Photo diary

14 listopada 2019



Na wstępie chciałabym podziękować wszystkim osobom, które obejrzały mojego ostatniego vloga - nie sztuką jest wytrwać 45 minut oglądając malującą się i gadającą dziewczynę! :) Mimo wszystko świetnie się w tym czułam, ale nie ma co się oszukiwać i zaprzeczać, że są osoby, które jednak wolą formę pisaną i lubią czytać. To dla Was :)

Btw. Zanim przejdę do sedna, to sukienkę możecie znaleźć tutaj :)




A więc moja jesień była całkiem miła. Mówię - BYŁA, bo choć pogoda jest przyjemna, jest stosunkowo ciepło i można nadal zbierać grzyby, to w mojej głowie i w sercu już trwa przygotowanie do Świąt Bożego Narodzenia ;) Wracając do tematu - nie mogę narzekać, a zwłaszcza mentalnie. Choć zdrowie nie dopisywało, szczególnie przez trzy tygodnie chorowania, to cieszyło mnie piękne, jasne słońce i niebieskie niebo. Nie za bardzo mogłam cieszyć się cudowną pogodą bo choróbsko rozłożyło mnie i Julkę na łopatki, ale za to odpoczęłam psychicznie od pracy i skorzystałam z czasu z córeczką. Muszę Wam powiedzieć, że czas spędzony z nią jest dla mnie najcenniejszy na świecie :) Fajnie jest pobawić się ze znajomymi i iść do klubu na imprezę, ale bez porównania - sto razy bardziej wolę posiedzieć wieczorem w domu z Damianem i Julką, niż siedzieć w klubie i być na celowniku X facetów, którzy tylko czyhają na to, aż upolują swoją zdobycz :P Zresztą ostatnim razem w klubie podobno miałam branie, a nic nie zauważyłam, bo tańcząc myślałam o tym że tęsknię za Damianem i wolałabym, żeby był obok mnie, że chyba jestem za mało pijana (:D) i o tym, ile mogę właśnie schudnąć xD Tak więc dla mnie lepiej, gdy jest na 100% rodzinnie!

A my co porabialiśmy gdy zdrowie dopisywało? Jeździliśmy tu i tam, chodziliśmy na grzyby, nad jezioro, do Maka, na place zabaw - najważniejsze, że razem i to było super!




Te dwa cudowne zdjęcia to kwintesencja jesieni i nadchodzącego, cudownego okresu. Grzyby i mandrynki, czy to nie brzmi pięknie? Grzyby oczywiście najlepsze z makaronem i boczkiem, a mandarynki pochłaniane kilogramami bez niczego :)
Wyznam Wam, że oprócz czekolady, to właśnie grzyby i mandarynki najlepiej poprawiały mi humor jesienią. Nie ciasto marchewkowe, nie owoce, które latem jadłam jak szalona... Aż szok! Tak w ogóle największy apetyt na to dopadł mnie właśnie w trakcie choroby. A i z chorowaniem było całkiem nieźle... Rozłożyło mnie ekspresowo na popołudniowej, sobotniej zmianie w pracy. Z aktywnej, energicznej kobiety stałam się chwiejącym się chuchrem i z 38 stopniową gorączką pojechałam do lekarza. Wierzcie mi, że darowałabym sobie nocną pomoc lekarską, gdybym miała poniedziałek wolny, ale poniedziałek miałam zacząć turbo wcześnie i musiałam sobie dać radę. Wszystko byłoby ok, gdyby mój ulubiony lekarz (już kiedyś opowiadałam na stores o tym agencie) nie kazał mi się leczyć Ibupromem i iść w poniedziałek do rodzinnego po L4. A co mu szkodziło wypisać? Ach wiem, poprzednim razem uczył się tego przez telefon ze mną - wiem, że brzmię złośliwie, ale jestem na niego strasznie cięta po kilku irytujących wizytach. W każdym razie w poniedziałek poszłam do pracy, i nie byłam tam nawet pół godziny, bo moja szefowa dała mi do zrozumienia, żebym poszła do lekarza z marszu. Poszłam, dostałam receptę, leczyłam się w domu objawowo, nie przeszło. Po czterech dniach nadal miałam gorączkę i skończyło się na ogromnych dawkach antybiotyków, a potem rozwaliło Julę. Wyszłyśmy z tego na początku listopada i odpukać - nie chorujemy :)




Wiecie co? To, że byłam w domu i chorowałam nie oznacza, że odpuszczę sobie miłe dla mnie rzeczy. Wręcz przeciwnie - u mnie miło połechtana próżność oznacza to, że na bank będę mieć lepszy humor, a to oznacza, że lepiej się poczuję. Dlatego wspaniale było cieszyć się nowymi botkami na obcasie, lekką, białą sukienką i nowymi t-shirtami. Ten z księżniczkami wymiata!



botki TUTAJ
sukienka TUTAJ
bluzka TUTAJ


t-shirt w księżniczki ZARA
różowy t-shirt Z DRUGIEJ RĘKI




Apropo tych naszych wypadów, często jeździliśmy tak, żeby pojeździć. Taka jazda bez powodu jest dla mnie jedną z najbardziej relaksujących rozrywek. Uwielbiam patrzeć na krajobrazy za oknem i poznawać nowe, bliskie zakątki.

Mało dzisiaj było, co? No ale niestety, nie robiłam zdjęć na zwolnieniu lekarskim, bo raz, że się tego nie robi, to dwa, ani nie miałam siły, ani nie wyglądałam za specjalnie.
Szykuje się przede mną trochę pracy, więc do następnego!



Latest Instagrams

© Kreuję swoje życie • Lekka strona lifestyle'u młodej mamy. Design by FCD.