Słodko i sexy, czyli kredki zapachowe od Victoria's Secret

13 lutego
Zestaw kredek zapachowych Victoria's Secret



Lubicie piękne rzeczy? Uwielbiacie dodawać sobie uroku? Jakie ma to dla Was znaczenie? 


Przyznam się Wam bez bicia, że dla mnie duże. Jestem kobietą i kocham piękno i harmonię, co widać w moim najbliższym otoczeniu. Ale to nie wszystko, bo w grę wchodzą również zapachy. Perfumy to jedna z rzeczy, która mnie określa. Dlatego też nie mogłam się oprzeć, gdy podczas zakupów... zobaczyłam coś absolutnie fantastycznego. 


Marka Victoria’s Secret stała się kultową, a jej produkty to must have każdej fanki ubrań i kosmetyków. Znacie jakąś kobietę, która nie posiadałaby choć jednej rzeczy od VS, lub nie żywiłaby chęci posiadania jej? Ja nie. Nawet moja mama używa ulubionej mgiełki, a do jej kolekcji powędrowały kolejne zapachy. Gdyby w sklepach marki pojawił się kolejny zapach lub coś, co mnie absolutnie zauroczy, na pewno nie żałowałabym na niego pieniędzy. W końcu mając w swoim otoczeniu coś ślicznego, na pewno będzie mi milej, a piękny zapach sprawi, że poczuję bardziej kobieco i sexy. 


Tym razem w moje ręce wpadł zestaw kredek zapachowych lub jeśli wolicie takie określenie - perfum w kremie. Przeglądając półki w TK Maxx w poszukiwaniu świątecznych prezentów, ujrzałam małe, różowe opakowanie, starannie zabezpieczone twardym pudełkiem i alarmem przeciwkradzieżowym. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że po chwili zobaczyłam rząd znajomych, kuszących nazw. Tease, Very Sexy, Bombshell... Myślałam, że śnię! Taki łup w TK Maxx, dacie wiarę? Zestaw 6 zapachów to rarytas a możliwość przetestowania ich i wybrania ulubionego to świetna okazja. To była chwila, w której wiedziałam, że jak nie posłucham swojej intuicji, to stracę całkiem fajne cacko. 


„Bierz, bo kto inny to sprzątnie!” 
zadziałało na mnie bardzo trzeźwiąco. 
Momentalnie wsadziłam zestaw kredek zapachowych
do koszyka i poszłam szukać innych rzeczy. 
Dzięki temu mogę napisać dla Was fajną recenzję! 


Zestaw kredek zapachowych Victoria's Secret


Począwszy od opakowania, które jest maksymalnie mobilne, fikuśne i praktyczne, wizualnie rzecz biorąc, perfumy są absolutnie prześliczne. Forma kredki jest pomysłowa, a wielkość sprawia, że te perfumy można spokojnie zabrać ze sobą w podróż. Zatyczka jest twarda i solidna a po dociśnięciu nie ma szans, by kosmetyk się otworzył. Opakowanie jest wykonane ze świetnej jakości plastiku i myślę, że nie zniszczy się podczas noszenia i użytkowania. Połączenie różu z kolorem złota, srebra czy czerni jest świetnie przemyślane i przyciąga oko. Design jest ekstra! 



Z samymi zapachami nie miałam niestety wcześniej do czynienia, więc były dla mnie sporą zagadką. Nie wiedziałam czego się spodziewać, bo nie poznałam wcześniej żadnego z nich... Wyrafinowania, słodyczy czy może delikatności? Przecież to wszystko definiuje Victoria’s Secret! Nie musiałam się martwić, bo dostałam wszystko w pakiecie. Bez czytania opisów zabrałam się za ocenę! 
Ciekawi, jak je zinterpretowałam? 


Heavenly - mydlany, kojarzący się z domem rodzinnym i przemijającym czasem. Wiecie, wyobraźcie sobie przytłumione, popołudniowe słoneczne światło przebijające się przez koronkowe firanki, padające na jasne ściany. Gdzieś w rogu pokoju stoi wazon z różami. Za oknem widać zielony ogród skąpany w popołudniowym blasku i niebieskie niebo zdobione złoto różowymi obłokami. Jest przytulnie i całe pomieszczenie jest wypełnione czymś słodkim. 

Victoria - zapach lata, owoców i kwiatów. Dzień się kończy, znad horyzontu wzbija się księżyc. Ogród wypełnia bliżej nieokreślony słodko kwiatowy zapach. 

Bombshell to słodsza i delikatniejsza wersja orchideowego zapachu z Zary. Jest zdecydowanie bardziej subtelny. 

Angels Only - mocny, kwiatowy, nieco mydlany, wyrazisty zapach. Po wywietrzeniu wydaje się być delikatniejszy, aczkolwiek jest to zapach na chłodniejsze dni, gdy chcemy pachnieć kwiatowo, a niepotrzebna duchota dnia nie zniszczy uroku tego zapachu. 

Very Sexy to mocna woń. Jest w niej coś owocowego i kwiatowego, ale czuć w niej coś, mocniejszego, wyrafinowanego. To dwuznaczny zapach wielkomiejskiej nocy i imprezy na dachu albo... kwiaciarki, której ciężkie, orientalne perfumy zostały dopełnione całym dniem pracy wśród kwiatów. 

Tease to piękny i delikatny, słodki zapach letniego ogrodu otulonego promieniami słońca i skóry obdarzonej delikatną opalenizną. Wiecie, czuć tę świeżość, ale to już lato i gęste powietrze nadaje słodyczy całemu otoczeniu. 



Wszystkie zapachy niesamowicie przypadły mi do gustu. Wśród nich mam swoich ulubieńców, którymi oczywiście są Tease, Bombshell i Victoria. Po części Very Sexy... Mam wrażenie, że to właśnie one idealnie dopełniają mnie i moje absolutnie romantyczne wyobrażenia. Ba, one mi je przywracają! To dzięki nim zobaczyłam oczyma wyobraźni letni dzień i kwiatowy ogród. W myślach pojawiły się obłoki w kolorze waty cukrowej i poczułam lato. Powróciłam nie tylko do dzieciństwa, ale poczułam także swoją kobiecość i wolność siebie jako osoby dorosłej, która delektuje się każdym, pięknym momentem, jaki został jej dany. Na moment oderwałam się od rzeczywistości i przywołałam wiosnę, lato i kwiaty. 

Zestaw 6 zapachów w kremie od Victoria’s Secret był jednym z moich najlepszych, zimowych łupów. Nie jestem pewna czy dostaniecie go w Polsce, bo przeszukując internet, znalazłam go jedynie na eBay i Amazon (chyba że gdzieś jeszcze się pojawiły, a ja tego nie znalazłam), ale mam nadzieję, że moje opisy poszczególnych zapachów nakierują Was w wybraniu tego jedynego zapachu.




Zestaw kredek zapachowych Victoria's Secret

Podsumowanie roku 2017 i NOWY START bloga

29 stycznia


Dziwnie mi z tym, że dodaję to tak późno, ale do tej pory nie miałam czasu na dodanie tego wpisu. Wolny czas poświęcałam na odpoczynek ale jednocześnie czułam, że jak nie spuszczę z siebie powietrza, to wybuchnę. A to, co chciałam napisać to to, że czuję się tak, jakbym zostawiła za sobą ciężki wór który dźwigałam tyle czasu. Jak zwykle, po noszeniu ciężarów odczuwa się zmęczenie i wszystko ze zmęczenia boli, więc na swój sposób jestem obolała, ale i to przechodzi, prawda?

Za każdym razem gdy publikuję coś równie osobistego, jestem w ogromnym szoku, że to potrafię. Nigdy nie byłam specjalnie wylewna, ale... czasem trzeba dać ujście emocjom. 2017 był z jednej strony spokojnym, a z drugiej mocnym i bogatym w emocje, niestety nie zawsze te pozytywne. Zdecydowanie różnił się od 2016 roku. Jak to mówią, w przyrodzie musi być równowaga, no i jest. Nie podobał mi się ten czas, naprawdę. I wręcz nie mogłam się doczekać, aż w końcu się skończy… Było męcząco, ale nie dostałam żadnej lekcji. Dostałam jedynie mocno po dupie i to całkiem nie z mojej winy. Moje znajomości same się zweryfikowały i rozczarowałam się kilkoma osobami. Fizycznie spokój, mentalnie śmietnik. Psychiczny rozgardiasz jest gorszy niż fizyczna harówa. Mogłabym po tym spać latami. 

________________________________


W 2017 roku totalnie nie zwracałam uwagi na to, czym zachwycałam się wcześniej. Dostrzegałam piękno, ale gdzieś z tyłu. Nie robił na mnie wrażenia śpiew ptaków czy przyroda. Niebieskie niebo czy zachody słońca były piękne, ale przy moich zmartwieniach nie podnosiły mnie na duchu. Notorycznie zasypiałam z makijażem na buzi i nie wysypiałam się. Nie miałam czasu myśleć o małych, prozaicznych rzeczach, którymi zachwycałam się wcześniej. Mało myślałam o sobie. Za dużo myślałam o innych rzeczach by myśleć o tym co mam obok.

W strefie zawodowej nastąpił spory przełom bo pracę zdalną zastąpiła praca z ludźmi. Była to dla mnie bardzo duża zmiana - jak myślicie - jak to jest wyjść z cichego, sterylnego domu i zmienić otoczenie o 180 stopni? Od tłumów się pochorowałam tak, że myślałam, że chyba umrę! L4 i antybiotyki towarzyszyły mi przez jakiś czas. Przez taką zmianę brakowało mi czasu na wcześniej bieżące rzeczy. W wolnym czasie spałam... Ale nie było tak źle. Poznałam nowych ludzi, dzięki którym uświadomiłam sobie to, że jako mama i kobieta odwalam ogromną robotę. Moja asertywność wzrosła o kolejne 100%. Bujałam się z fajnymi ludźmi po miłych knajpkach. Pomimo uwielbienia do zakupów stałam się strasznym skąpiradłem (nie działa na wyprzedażach :D). To nawet dobrze, bo to dobra droga do oszczędzania, niezależnie od tego, czy ta kasa pójdzie na życiowe sprawy czy wymarzony Londyn. 


Powiem Wam z grubej rury - 2017 był strasznie męczący, a ja mam wrażenie, że z tego zmęczenia postarzałam się o kilka lat w środku. Niestety i stety, stałam się o 10000% chłodniejsza i ostrożniejsza wobec innych, a moja nieufność rozrosła się do ogromnych rozmiarów. Moje znajomości zweryfikowały się same a ja zostałam z najwierniejszą mi garstką ludzi u boku. Przestałam starać się o atencję osób, do których żywiłam ciepłe odczucia bez wzajemności. Poziom powagi się nie zmienił, ale na mojej twarzy często gości chłód...


Czy dostrzegłam jakieś pozytywy? Oczywiście! 
Odkryłam, że warto postawić na swoim i nie dać się stłamsić. Trzeba mieć swoje zdanie, trzeba być sobą i nie rezygnować z tego tylko po to, by się komuś przypodobać. Warto pokazać, że potrafi samemu potrafi się wszystko. Moja dewiza by inwestować w siebie, jest zawsze aktualna. Kolejna rzecz to NIE TRACIĆ KLASY i SZACUNKU DO SIEBIE. NIGDY. Mając klasę zawsze będziesz wyżej od buractwa nawet, jeśli wydaje ci się, że jest inaczej. Szacunek do siebie buduje twoją pozycję w oczach innych. Szanuj siebie a inni będą szanować ciebie

________________________________


No dobra, ale co za tym idzie? Wszystko w 2017 roku miało wpływ na bloga, który podupadł. Dlatego…
… pomyślałam, że wprowadzę zmiany. Na początku pomyślałam sobie, że przeniosę bloga na Wordpress. Planowałam to już kilka razy, ale zawsze brakowało mi czasu i motywacji, a potem o tym zapominałam. Tym razem bardzo dobrze o tym pamiętałam, ale dałam sobie czas na zastanowienie. Od dawna czułam pewne ograniczenia w Bloggerze - nie umiem tego nazwać, ale miałam wrażenie, jakbym była zamknięta jak biedna kurka w małym gospodarstwie. Kurka miała tylko 50m2 trawki do biegania. Dlatego już dawno temu Wordpress stał się dla mnie ucieleśnieniem wolności, odbiciem zielonej łąki po której chodzą szczęśliwe kurki. A co idzie za byciem szczęśliwą, bloga chcę prowadzić lekko, wracając do tego co kiedyś robiłam. Na świeżo recenzować ulubione rzeczy. Wstawiać zestawienia ulubionych, kobiecych zdjęć. Znowu dodawać posty z cyklu „family photo diary". Czynić to, co sprawiało mi przyjemność. Ale, ale, ale… Gospodarstwa się powiększają i rozwijają. Trawy jest więcej, więc kurki zyskują miejsce do biegania. Pojawiają się udogodnienia i ułatwienia, gospodarstwo pięknieje, a co najważniejsze - jest bezpieczne i w jego granicach wszystko niesie się szybciej. Gospodarz chroni swoje kurki. Na łące kurka może sobie nie poradzić, lub dopadnie ją lis albo inne szkodniki. Dlatego zastanowiłam się nad tym, czy naprawdę jest mi to potrzebne i czy naprawdę mam potrzebę uciekania z Google do Wordpressa?
Yyy… Sama nie wiem.

Blog nie jest firmą, prowadzę go dla przyjemności i luzu. Domena to pikuś za 50 zyla, ładny motyw można kupić w internecie. Googlowe blogi szybciej się pozycjonują nawet, jeśli posty nie zawierają klikbajtowych nagłówków. Google chroni swoje dziecko przed wirusami, doskonali własną, blogową platformę. Statystyki wcale mi nie wzrosną, jeśli na Wordpressie będę pisać z podobną częstotliwością. Jeszcze kilka dni temu byłam na 100% pewna przenosin a dziś mam to w dupie. Ciekawe, czy zacznę wkrótce marudzić. Pewnie tak :D

________________________________


Ostatecznie i po dłuższej przerwie pozostałam więc przy zmianie motywu i wrzuceniu archiwum z 6 lat prowadzenia bloga, do jego stopki (dół bloga). Te kilka lat to kawał czasu, a wpisy to jedna z moich najpiękniejszych pamiątek. Ten krok pozwolił mi na NOWY START z jednoczesnym zachowaniem wspomnień. Jeśli jeszcze mogę coś wspomnieć o motywie, to wybrałam taki, który najbardziej odpowiadał moim potrzebom w tym czasie. Teraz blog nie jest nudny ani typowo blogowy, a tym bardziej nie przypomina magazynu. Ta zmiana była świetnym krokiem zwłaszcza, że poprzedni motyw miał prawie 2 lata! 


Rok 2018 to czas nowej energii, czuję to w kościach... Zresztą nie tylko ja! Mam wrażenie, że wiele osób ma takie poczucie. Jestem tego pewna.
I nawet mam postanowienie noworoczne. Moje pierwsze!

Mniej przeklinać!


Uściski!