Slider

Czy Feniks odrodzi się z popiołów?

20 czerwca 2019


Gdy to piszę, jest środek pięknej, czerwcowej nocy. Siedzę w łóżku i myślę o tym, jak bardzo jestem szczęśliwa :) Jak cudownie się czuję, jak jestem uskrzydlona i wewnętrznie wolna...

A co najlepsze, naprawdę nie wierzę, że to piszę! Jestem w szoku, że całkiem inna rzeczywistość wywarła na mnie tak ogromny wpływ! Niby jest tak samo, niby tylko jeden element się zmienił, a jest zupełnie inaczej... Czy naprawdę musiałam zmienić pracę te dwa lata temu, by tak przetransformowało się moje życie? 

Kilka lat wstecz.
Żyję sobie spokojnie. Moja praca oprócz tej w domu to głównie pisanie, zdjęcia i ich obróbka, odpisywanie na meile i chodzenie w te wszystkie miejsca w których dzieją się rzeczy, o których często piszę. W międzyczasie mam te swoje wychodne i choć jest mi dobrze, to jednak z czasem przychodzi myśl, że niektóre rzeczy mogę robić lepiej. Wiem, że jestem sobą, a mimo wszystko coś mnie pcha ku mocniejszemu działaniu. Staram się nie brać udziału w wyścigu szczurów i jednocześnie się nie wykoleić. Choć tworzę przyjazne, wartościowe materiały i spalam się pracując nocami, jakoś nie udaje mi się przebić. Nie idę z nowinkami, jestem taka zwyczajna, normalna. To nie jest chwytliwe. Jeszcze się wściekam nie wiedząc, że za parę lat uznam, że dobrze było mieć to wszystko w dupie. O tak, za parę lat będę wiedziała, że najlepiej jest być sobą. Tak naprawdę będę miała czyste sumienie i poczucie, że nigdy nie zrobiłam nic wbrew sobie i nie podjęłam się tego, co mogło być w parze z nieszczerością wobec Was, czytelników... 

______________

Najpierw szło na luzie. Pamiętacie, jak pisałam Wam o moim życiu, zmianach, wakacjach, wyrażałam siebie z największą mocą? Gdy zaszłam w ciążę i pojawiła się masa ciekawskich osób, złapałam dystans. Nie umiałam wtedy poradzić sobie z cudzą ciekawością na mój temat i to była jedyna forma obrony. Dystans to jedno, ale “nie pisz o tym, bo po co”, “nie bądź aż tak szczera”, “po co mają o tym wiedzieć”, sprawiło, że blog, mój ukochany pamiętnik, stał się stroną tematyczną. Broniąc się i ograniczając wybrałam łatwiejszy kierunek. Wiecie, może on pozwolił na to, bym weszła w ten świat, w którym poznaje się milion osób, zarabia się na pisaniu w internecie lecz nie spodziewałam się, że akurat to sprawi, że w wykończę się twórczo... 




Przyszedł taki moment, że miałam dość. Byłam okropnie zmęczona ale nie fizycznie. Nie cieszyła mnie taka praca, miałam poczucie, że nie tak miało to wyglądać. Jedna decyzja ucięła wszystko. Zrezygnowałam wtedy z wielu rzeczy na rzecz spokoju, odpoczynku i mentalnej wolności. Dlatego też u mnie blogowo zmieniło się wszystko i obecnie widzę, że jest inaczej. Skończyły się współprace reklamowe, eventy, nie jeżdżę już na konferencje ani blogerskie imprezy, nie poznaję nowych osób. Nie mam na to czasu i szczerze powiem, że nawet mi się nie chce. Nie mam z tym problemu i powiem więcej - to właśnie dzięki temu mam poczucie wolności. Powiem Wam, że blogerski świat wcale nie jest taki różowy, jak można sobie wyobrazić. Tak jak w innych branżach, tak i w tej są te wszystkie rzeczy jakich doświadczycie na etacie. Są piękne rzeczy, jest poczucie spełnienia i posiadania swojej pasji, ale i ciemna strona bycia w takim środowisku. Ta profesja nie różni od innych stref zawodowych. Z perspektywy czasu myślę jednak, że działo się tak wiele i była to rzecz tak nowa, ciekawa i interesująca, że nie dało rady się nie wkręcić.


Dziś jestem sobie na etacie i mam mentalny luz. Życie zawodowe toczy się TYLKO w pracy, a gdy z niej wychodzę, jestem totalnie odcięta od wszystkiego. I choć freelancing i blogowanie jest naprawdę wspaniałe, a wszystko ma swoje dobre i złe strony (!), to na tą chwilę jest mi po prostu dobrze. Tak PO PROSTU. 


Pierwsze założenie było dla mnie lepsze. Być sobą. Dużo zrobiłabym w ogóle inaczej, mądrzej. Ale na myśleniu się kończy. Włożyłam w to wtedy tak wiele pracy, że się po prostu wypaliłam. Feniks chyba nie jest całkowicie gotowy, by odrodzić się z popiołów. Myślę jednak, że to wewnętrzne poczucie szczęścia, to dobry znak.

Nie MUSISZ. MOŻESZ.

28 maja 2019

Od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy jestem tak bardzo przemęczona, że nie umiem inaczej tego odbierać, czy faktycznie ludzi ogarnęła jakaś dziwna przesada. Z każdej strony słyszę “MUSISZ”, dolatuje do mnie ciągle MOTYWACJA. Pęd za karierą, za doskonaleniem siebie... Wszędzie NOWE WRAŻENIA. NAPISZ KSIĄŻKĘ, ZRÓB DZIESIĘĆ KURSÓW, ZOSTAŃ TRENEREM PERSONALNYM. WYZWANIA, WYZWANIA, WYZWANIA! Wszystko jest OK, jeśli nie przeradza się to w jakiś chory bieg. Czuję się osaczona i że MUSZĘ, choć wcale nie muszę.
Czy ludzie oszaleli?

Dajmy sobie taką opcję. Żyjesz sobie spokojnie, jesteś domatorem, albo nawet kimś pomiędzy. Lubisz swoje spokojne życie. Może nie ma w nim większych rewelacji, ale wcale Ci to nie przeszkadza. Jest cool.
Ale wchodzisz sobie któregoś dnia na Youtube czy Instagram, i nagle wyskakuje Ci Tomek, Marysia i Kasia. Cała trójka opowiada o motywacji do nowych działań. Myślisz sobie - FAJNIE, każdy ma swój sposób na życie. Ty też przecież możesz zrobić coś dla siebie, prawda?
No więc robisz. Zaczynasz detox, po którym czujesz się świetnie. Zmotywowana włosami do pasa wsuwasz mega suplement już drugi miesiąc. Mniej przeklinasz, bo po co kląć, brzydko to brzmi. Zapisujesz się na dziarę, bo zawsze o tym marzyłaś. Stawiasz sobie cel - być jeszcze lepszym w swojej pasji. Super cele, super motywacja. Wszystko spoko, bo łączysz swoje cele z rolami życiowymi. Ich ilość jest wystarczająca i nie wysysa z Ciebie sił witalnych.

Lecimy dalej. Masz te swoje motywacje, cele i tak dalej, a tu nagle social media atakują Cię ze zdwojoną siłą. Kolejna Asia, Zosia, Mareczek, Przemeczek i inny Janusz wyskakują Ci z tym samym. Myślisz sobie - fajnie, fajnie, ludzie dzięki nim zyskają inspirację do budowania lepszego życia. ZONK. Coś jest nie tak. Wszystko by było w porządku, gdyby nie zaczęło się ocenianie ludzi, którzy nie mają ochoty na zmiany w swoim życiu. A to że leniwi, bezcelowi, nudni, monotonni, NO ONI TO NA PEWNO ŚCIĄGNĄ CIĘ W DÓŁ, USUŃ ICH ZE SWOJEGO ŻYCIA BO SĄ TOKSYCZNI.

Drodzy KOŁCZE, serio???



Od kiedy pamiętam, byłam osobą pełną nowych pomysłów i inspiracji. Widząc piękno natury, miałam w głowie nowy makijaż czy stylizację inspirowaną przyrodą. Róża w ogrodzie oświetlonym promieniami popołudniowego słońca, oznaczała cudowny, ciepły makijaż z domieszką zieleni. Błękit nieba inspirował mnie do buszowania w lumpeksie w poszukiwaniu swetra w intensywnym, niebieskim kolorze. Burzowa chmura zachęcała do stworzenia obrazu, nawet najbardziej amatorskiego, a sukces filmowej bohaterki do szukania szczęścia w zakresie własnych talentów. Potrafiłam się zmotywować do zrzucenia nadprogramowych kilogramów, czy zmiany własnego nastawienia, bo miałam otwartą głowę. Inspirowałam nawet innych! Ale w tym wszystkim dostrzegałam, że są oprócz mnie ludzie, którzy wcale nie muszą mieć obranych i postawionych przed sobą celów. Mają marzenia ale i tak spokojne, ustabilizowane życie, że nie przeszkadza im ich realizacja w późnej przyszłości. Nie chcą zmian, lubią swoje życie i co najważniejsze SIEBIE. 

Dziś jestem dużo starsza, a zdania nie zmieniłam. Każdy z nas jest zupełnie inny, mniej lub bardziej ekspresyjny. Jedni są ciągle pobudzeni, inni wręcz przeciwnie i nie potrzebują nowych stymulantów. Taki jest np mój tata. Nigdy nie przepadał za gonitwą, nie stawiał przed sobą wyzwań typu “odwiedzę 100 krajów w 5 lat”, żył tu i teraz realizując swoje spokojne hobby jakim jest ogród i majsterkowanie. Na słowo “MUSISZ” do tej pory reaguje alergicznie i nie przyjmuje tego do wiadomości. Wiecie dlaczego? Bo on nic nie musi. ON MOŻE. MOŻE postawić sobie cel wyjazdu, i pojedzie z nami nad jezioro 2 km od mojego domu. MOŻE chcieć od nowa stworzyć ogródek warzywny. MOŻE kupić sobie farby olejne i malować na płótnie jak kiedyś. Nie że MUSI, tylko MOŻE. I w tym jest różnica. 

Jesteśmy LUDŹMI, nie zwierzętami które można wytresować. Każdy z nas ma wolną wolę i możliwość decydowania o własnym życiu. NIKT nie może nam narzucić tego, jak mamy żyć. 
A co najważniejsze, nikt nie ma prawa nastawiać ludzi negatywnie do osób, które są odmienne od nas światopoglądowo. Możesz być super fit laską, która codziennie robi nowe rzeczy a co miesiąc leci w kolejną daleką podróż. Myślisz jednak, że masz prawo oceniać ludzi, którzy żyją inaczej? A co powiesz na sytuację, w której ktoś ci to narzuca? Wzgardzisz znajomością z koleżanką, która ma inne życie wolne od gonitwy (dzieci i dom), ALE jest cholernie dobrym człowiekiem? Jeśli tak, to postępujesz bardzo, BARDZO płytko. Jeśli nie, to gratuluję, masz świetny, twardy charakter.

Na koniec mam taką małą dygresję - social media są jak kościół. Ludzie tworzą kościół, kościół tworzy zasady - jak im nie sprostasz, to odpadasz. Ja odpadłam bo nie akceptuję narzucania mi różnych rzeczy. O ile fajnym jest wyciągnięcie czegoś dla siebie z różnych rzeczy, tak branie do siebie wszystkiego co powiedzą Wam pseudo kołcze już nie.

Nie musisz sobie stawiać nowych celów, nie musisz każdego ranka się motywować do zrobienia nowych rzeczy. Nie musisz pisać książek, nie musisz być człowiekiem sukcesu. Jeśli nie potrzebujesz nowych wyzwań i wrażeń, TO ICH NIE POTRZEBUJESZ. Możesz być nawet dziadem, któremu radochę sprawia wyjście do sklepu i na tym kończą się Twoje wrażenia. To Twoja decyzja i nikomu nic do tego. WSZYSTKO JEST Z TOBĄ W JAK NAJLEPSZYM PORZĄDKU. 

Photo diary / kwiecień, maj

9 maja 2019


Od kiedy zdałam sobie sprawę, że blog stał się moim obowiązkiem, kompletnie straciłam ochotę na  działania w tym zakresie. Prawda jest taka, że najpiękniejsza pasja straci w oczach gdy będzie jej towarzyszyć słowo "muszę"... Nawet w najfajniejszym związku trzeba mieć chwilę oddechu. Nie będę robiła nic na siłę, ale dzisiejszy typowo zdjęciowy wpis to spontan o jakim marzyłam od dawna!

________________________


Pięknie rozpoczęła się ta wiosna! Uwolniłam się mentalnie, złapałam oddech i nareszcie mogłam cieszyć się tym, co proste. Tak bardzo tęskniłam za radością z błękitnego nieba, kwiatów i małych radości...





Jakiś czas temu urządziłam sobie mały kącik przy kuchennym oknie. Przytargałam tam stół, kupiłam lampki i co jakiś czas dokonuję małych zmian. Najpiękniejsze jest w tym ciepłe światło popołudniowego słońca... 
Pewnie część z Was sobie pomyśli, czemu nie kupiłam sobie jeszcze toaletki? ;) Szkoda mi kasy, poza tym na ten moment nie miałabym jej gdzie postawić.





Wiosenne ciasta, oba nasączane lemoniadą cytrynową. Pierwsze jest o smaku borówkowym, drugie to truskawka plus Oreo.




Przez ostatnie dwa tygodnie niesamowicie często odwiedzaliśmy to miejsce. Małe jezioro i jeszcze mniejsza plaża, a do tego łąka obok... Do tego typowy, sielski klimat. Nie ma lepszego miejsca na relaks z rodziną. Następnym razem zabierzemy ze sobą naszą suczkę, by mogła się wybiegać :)





Prawda, że tam jest pięknie? :)



Prawdziwa wolność... :)





Pierwsze polne kwiaty w tym roku... Cudowne!





A tu już troszkę z Warszawy ;) Dobrze, że nie zawsze muszę tam być z obowiązku, bo praktycznie codzienne dojazdy są irytujące i męczące. Łatwiej by było tam mieszkać ze względu na pracę (po prostu wrócić), ale nie po to uciekłam z tego miasta, by tam wracać. Dojazdy do pracy stały się moją rutyną, jednak wymagają logistyki przez to, że przed i po pracy zabieram ze sobą Julkę. Droga z humorzastą (prawie) sześciolatką, to wyższa szkoła jazdy ;)


A co porabiałam, gdy nie musiałam jechać do pracy?

1 maja oczywiście byliśmy z Damianem w kinie na Avengers: Endgame ;) Choć film był naprawdę długi, to wbił mnie totalnie w fotel! Było w nim tyle emocji i akcji, że oglądało się go z niesamowitą przyjemnością! :D Na dodatek fabuła jest strzałem w dziesiątkę - wszystko było tak, jak powinno być i skończyło się niesamowicie szczęśliwie nawet, jeśli dwójka najważniejszych bohaterów odeszła na tamten świat.


Co jeszcze porabiałam?

Kilka dni później wybrałam się do ukochanej Charlotte Menora na lunch z Anią. Jadłam kanapki z piersią z indyka z dodatkiem żurawiny i naprawdę dobrego majonezu. Nie byłabym sobą gdybym nie zjadła jeszcze pieczywa z tym cudownym kremem z białej czekolady...!


Mam nadzieję, że pierwsze dni maja minęły Wam równie przyjemnie jak mi :) I że nie robiliście nic na siłę :D



Najlepsze co mogłam dla siebie zrobić...

1 kwietnia 2019

Gdy ktoś Was skrzywdzi, Wasza samoocena ląduje na dnie. Tak jest zawsze. Choćbyście miały najmocniejsze charaktery to złe czyny innych w Waszym kierunku, zawsze Was dotkliwie poranią. Zawsze możecie w odpowiednim momencie się wycofać, ale gonitwa myśli zrobi Wam to samo co inni ludzie. 

Gdy utracicie coś na czym Wam zależy, szukacie przyczyny i winy w sobie. A nie zawsze się coś traci na własne życzenie, czasem pomagają w tym osoby trzecie licząc na zysk z Waszej krzywdy. Wasza wiara w ludzi redukuje się do zera. 

Czasem jednak bywa tak, że pechowe wydarzenia idą jednym ciągiem miesiącami, jak nie latami… A Wy zastanawiacie się, co jest do cholery jasnej nie tak, że spotykają Was różne, niefajne rzeczy. A to przyjdzie Wam do głowy, że ktoś rzucił na Was złe słowo, albo urodziliście się pod pechową gwiazdą. A może po prostu jesteście…? Tu dopowiedzcie sobie sami, w każdym razie to wszystko co przechodzicie mocno podkopuje Waszą samoocenę i sprawia, że nie jesteście w stanie myśleć pozytywnie.

Naprawdę nie jesteście w stanie myśleć pozytywnie.
NIE POTRAFICIE, NIE DA SIĘ.

I to spotkało mnie. 

Nie będę tu pisać o swoich niepowodzeniach, bo po co? Wystarczy Wam to, że jestem chronicznie zmęczona i nie znam przyczyny tego, a tak bardzo zmęczona nie byłam w stanie się obronić.




___________________________


Wejście w nowy rok przyniosło mi coś czego się nie spodziewałam. Przez jedną ważną rozmowę dostałam niesamowitego kopa do tego by wrócić do tego, co utraciłam przez niekorzystne zdarzenia w moim życiu i nie umiałam się z tego wyplątać. Winić siebie mogę w tym tylko dlatego, że na to pozwoliłam…

Ciężko w to uwierzyć, ale utrata mega dobrej samooceny i pozytywnego myślenia spotkała i mnie. Kto czyta mojego bloga od lat ten wie, że chyba nie było w internecie bardziej pozytywnie myślącej osoby ode mnie i że wręcz sprawiałam wrażenie chodzącego słoneczka :D A jak widać i mi było trudno ten stan utrzymać. Niestety ciągle kopany człowiek nie jest w stanie dłużej się trzymać w ryzach i w końcu zaczyna przez to niedomagać, tracić powłokę. Trochę jak nasza planeta bombardowana przez cząsteczki wiatru słonecznego - za silny strumień przebija się przez ochronną warstwę i dotkliwie ją parzy….

Wiecie jak się czuje człowiek, który nie potrafi myśleć pozytywnie? Na pewno wiecie, jest Was wielu. Znam mnóstwo pesymistów, lub osób które doświadczone trudami życia nie umiały się otworzyć na dobro. Ja nie potrafiłam, zgubiłam zdolność dostrzegania dobra w małych rzeczach. Moją głowę zdominował strach, masa lęków… Czułam, że gorzej być nie może. Przełomową okazała się być JEDNA rozmowa z dobrą koleżanką. Ta dziewczyna uratowała moją wiarę w siebie i uświadomiła mi, że krzywda krzywdą, ale myśląc negatywnie i bojąc się nadmiernie mogę ściągać te wszystkie negatywne rzeczy, których się boję. Pomyślałam, że coś w tym jest - w końcu kiedyś sama pisałam Wam kiedyś o sile przyciągania, pamiętacie?


No ale do rzeczy.



Gdy byłam w kulminacyjnym momencie, że tak bardzo ale to bardzo myślałam, że jestem głęboko w dupie, jedna myśl uderzyła we mnie jak piorun…! Zdałam sobie sprawę, że nie mogę dalej tkwić w strachu, myśleć negatywnie i słuchać obaw, bo naprawdę się wykończę. To był ostatni dzwonek na uratowanie mojej rzeczywistości. I nie chodzi tu o innych, ale o mnie. Tak długo i mocno płakałam nad rozlanym mlekiem, że straciłam czujność i doprowadziłam się do okropnego stanu… Pal licho innych, mam ich w dupie. Powinnam skupić się na własnym szczęściu, a skupiłam się na tym, jak bardzo po tej dupie dostałam. Oczywiście, że to niesprawiedliwe, podłe i wredne. Poczułam się jak najprawdziwsza frajerka. Ale dopiero po tym dotarło do mnie, że to nie ze mną jest problem. Jest pełno ludzi którzy mają złe intencje i robiąc swoje nie interesuje ich co Wy czujecie. Wiecie co? To z nimi jest coś nie tak! To oni robiąc Wam pod górkę pokazują, że sami mają ze sobą problem i próbują sobie wzbogacić swoje nędzne ego Waszym kosztem. 
Moje myśli niesamowicie mnie męczyły. Po tej rozmowie wiedziałam, że zrobiłam sobie krzywdę. Nie dość, że byłam zmęczona przez dolegliwości fizyczne, to i dusza zaczęła cierpieć. Długotrwały stres mi nie służył… Dłużej już tak ze sobą żyć nie mogłam i postanowiłam, że muszę coś z tym zrobić.



Pierwszym krokiem 

było uświadomienie sobie tego, dlaczego tak się stało. 
Może i świat jest pełen nieuczciwych ludzi, ale nawet 
oni są nam potrzebni na drodze do doskonałości. Nic 
nie dzieje się bez przyczyny.



Drugim krokiem 

było wyciągnięcie wniosków - że nawet jeśli coś jest 
bardzo bolesne, to zawsze nas czegoś uczy. Nasza 
sprawa co z tym zrobimy, ale tak właśnie jest w życiu. 



Trzecim krokiem 

było ogarnięcie sobie tego, że ja naprawdę muszę 
zacząć znowu dostrzegać piękno w małych rzeczach 
bo życie nie jest tylko słodko pierdzącym pasmem 
niespodzianek i trzeba sobie je umilać. Kiedyś potrafiłam 
się cieszyć z tego, że nadeszła wiosna i na drzewie zaczęły 
rosnąć zielone listki, a dziś miałabym to w dupie? 
Ooo nie, tak nie może być!



Czwartym krokiem 

była wizualizacja marzeń i dobra. To jak lek dla duszy, ale 
na początku musiałam się do tego zmusić, bo samo nie poszło. 



Piątym i najważniejszym krokiem 

była walka ze strachem i wewnętrznymi lękami. To zdecydowanie 
najtrudniejsze wyzwanie bo nie jest tak łatwo się ich pozbyć. W 
zasadzie człowiek ciągle się boi, ale nie ma wyjścia jeśli chce się 
czuć dobrze - MUSI SIĘ TYCH LĘKÓW POZBYĆ, musi je 
neutralizować dobrymi myślami. Osoby wierzące w siłę przyciągania 
wiedzą, że bojąc się przyciągamy i urzeczywistniamy nasze lęki, 
więc z całej siły musimy je od siebie odsunąć. Ja w to wierzę, ale 
odsuwam ten strach również dla własnego dobrego samopoczucia, 
by tylko nie porzygać się ze stresu.






To ja KREUJĘ SWOJE ŻYCIE i odpowiadam za swoje samopoczucie - lepsze bądź gorsze. 
To JA MUSZĘ ZAPANOWAĆ nad swoimi myślami niezależnie czy to kwestia mojej wiary 
czy stanu mojego zdrowia.



Na koniec apropos wiary - wierzę, że ta rozmowa była mi pisana. I gdyby nie ona, nie odkopałabym się. To najlepsze co mogłam dla siebie zrobić i najlepsze, co obca osoba zrobiła dla mnie całkiem nieświadomie.


Dziękuję. Jestem wdzięczna, naprawdę wdzięczna.

Ulubieńcy kosmetyczni ostatnich miesięcy!

21 marca 2019




Ostatnio rozmyślałam sobie trochę o blogowaniu i powiem Wam, że gdybym miała być blogerką kosmetyczną, to by mi to po prostu nie wyszło. Nie mogłabym być tak monotematyczna, a poza tym nie lubię mieć w kosmetyczce za dużo. Zużycie czegokolwiek poza pudrem, podkładem i pomadkami nawilżającymi jest dla mnie dość ciężkie - skutki tego odczułam niedawno, sprzątając z niechęcią szufladę pełną kosmetycznych różności. Poza starymi szminkami wywaliłam m.in. lakiery, bo przecież nie maluję paznokci, nawet nie potrafię... Były stare, a ja walczę z nawykiem obgryzania pazurków. Bez sensu, prawda?
Choć wyrzucanie lakierów do kosza brzmi kosmicznie, to nie dajcie się temu zwieść. Jeśli czytacie mojego bloga od lat, to wiecie, że lubię minimalizm w szafie i kosmetyczce... Bardzo selekcjonuję rzeczy które używam, każdy wybór jest naprawdę przemyślany, no ale dopuszczam tą możliwość, że nie wszystko idzie po mojej myśli. Pomimo tego, że znajduję takie rodzynki (jak te lakiery), to mam swoje sprawdzone produkty, które naprawdę uwielbiam i uważam, że są warte wydanych pieniędzy. Przeczytajcie dalej, a może coś Wam się spodoba i postanowicie to przetestować!:)


Rozświetlacz od Make Up Revolution,
który kupiłam niecałe dwa lata temu w Kontigo, nadal mi świetnie służy i jest bardzo wydajny. Mix kolorów daje fajny efekt rozświetlenia, a i nad efektem możemy popracować, odpowiednio wybierając dowolny odcień z serduszkowej palety barw, lub je mieszając. Produkt fantastycznie trzyma się na buzi i KONKRETNIE dodaje blasku ;)


Korektor AA Wings of colors 
sprawdził mi się najlepiej ze wszystkich korektorów jakie używałam do tej pory. Bardzo dobrze kryje cienie pod oczami i inne niedoskonałości, dobrze się trzyma na skórze przez wiele godzin i co najważniejsze - nie szczypie mnie po nim skóra! Zawsze biorę go ze sobą w razie niespodziewanej awarii i mnie nie zawodzi ;)


Peeling do ust Dior
to najbardziej poręczny i praktyczny peeling jaki miałam do tej pory. Może i jest drogi jak diabli, ale robi z moimi ustami prawdziwe CUDA. Nie dość, że ZŁUSZCZA je i KONKRETNIE NAWILŻA, to na dodatek po nałożeniu czuć efekt chłodzenia, który uwielbiam. Ostatnią rzeczą jaką mogę na jego temat powiedzieć jest to, że cudownie smakuje i rewelacyjnie pachnie. Ten dostałam w prezencie ale gdybym miała sama kupić to nie żałowałabym pieniędzy - jest naprawdę super i dzięki komfortowi noszenia często jest dla mnie zamiennikiem szminki.


Tusz do rzęs Eveline Volume Celebrities
jest moim ulubionym tuszem zaraz po Lash Sensational od Maybelline. Choć nie jest wodoodporny, to ma wydłużać rzęsy i w tej kwestii sprawdza się świetnie. Ma genialną szczoteczkę, która naprawdę dobrze rozczesuje rzęsy.




Podkład Liquid Control od Eveline *baby face effect*
to najlepszy podkład spośród podkładów używanych w ciągu ostatnich dwóch lat. Razem z pudrem matującym dobrze radzi sobie z mocną klimą i nie waży się na buzi. Ponadto nie zapycha porów i dobrze się go rozprowadza na skórze. Jest tak świetny, że do tej pory kolejna nowość od Eveline nie jest w stanie go przebić!




Płynny róż  O. TWO. O 
zakupiony na Alie, był totalnym, ale za to bardzo pozytywnym zaskoczeniem! Można by sobie pomyśleć, że jestem durna, zamawiając kosmetyki których nie znam, ale... moje podejście do kosmetyków z Aliexpress jest całkowicie obojętne i myślę, że jeśli czytacie opinie pod aukcjami to raczej nie natniecie się na kompletny bullshit. Marka O. TWO. O ma swoją stronę internetową i normalny sklep na Alie, więc się nie bałam tym bardziej, że te kosmetyki wyglądają naprawdę bardzo kusząco. Tak było z tym różem, którego kolor bardzo przypomina mi Orgasm od NARS. Szata graficzna i opakowanie to jedno, ale jakość... Ten róż nie dość, że może być różem, pomadką czy cieniami do powiek, to na dodatek siedzi na skórze cały dzień. Jest obrzydliwie wydajny a pigment to najmocniejsza z jego stron. Szczerze powiedziawszy nie miałam fajniejszego różu!




Roż do policzków AA Wings 
to mój kompan w krótszych i dłuższych podróżach. Kupiłam go awaryjnie w Rossmannie bo szybko potrzebowałam czegoś do akcentowania policzków. Lubię go, bo jest przyjemny, bardzo aksamitny, nie spływa wraz ze smalcem, który uwalnia się w ciągu dnia :D Daje delikatny efekt lekko rozgrzanych (!) policzków i wizualnie dodaje zdrowia, gdy go nie ma ;)





I najlepszy smaczek na koniec, a jest nim...
Paleta cieni Natural Matte od Too Faced
Mam już ją ze sobą ponad rok i uważam, że to jedna z najlepszych paletek jakie miałam. Cienie są niesamowicie napigmentowane, wydajne i na dodatek bardzo długo utrzymują się na powiekach. Na dodatek kolor Sexspresso z przyjemnością wykorzystuję do podkreślenia brwi, a Lace Teddy awaryjnie jako... róż! Te cienie są idealne do makijażu dziennego i myślę, że posłużą mi jeszcze długo :)
Polecam, bo cena jest odpowiednia do jakości.

Pączki idealne - nie tylko na Tłusty Czwartek!

1 marca 2019



Gdybym kiedyś usłyszała, że stanę się w kuchni kimś jak typowa babcia gotująca na oko, bez receptur,  to wyśmiałabym autora tych słów od stóp do głów. Było to dla mnie coś tak niesamowicie nieprawdopodobnego, że nawet nie dopuszczałam tej myśli do siebie. Perfekcjonistka, ha! Gromadziłam przepisy jak matematyk wzory i przestrzegałam ich bardzo skrupulatnie. Żadna z moich potraw nie powstała bez dokładnego wzorowania się na przepisach. A dzisiaj...? Robię ZUPEŁNIE INACZEJ...

Dziś kupuję książki kucharskie tylko po to, by się zainspirować. By popatrzeć na ładne zdjęcia, poznać nowe składniki i dowiedzieć się, jak coś zrobić. Składniki są obowiązkowe, ale ich szczegółowe proporcje czy sposób wykonania... nie ma znaczenia. Oczywiście dla mnie nie ma znaczenia. Zrobię po swojemu i na dodatek dodam jeszcze coś od siebie.

Kiedyś podałam Wam przepis na pączki, ale to jak je robiłam, było bardzo bliskie mojemu ówczesnemu stylowi w kuchni. Tak, ten perfekcjonizm...

Dzisiejszy przepis na domowe pączusie jest totalną improwizacją. Począwszy od ciasta, które potraktowałam jak typową drożdżówę, a że nie chciało mi się wyrabiać rękoma to zrobiłam to mikserem ( :D ). Na dodatek zmieniłam nadzienie, bo nie przepadam za tradycyjnym nadzieniem z konfitury. Wolę czekoladę i karmel. Lukier też już nie jest moją bajką. 
Ciekawi, jak to zbroiłam? Mam nadzieję, że przepis się Wam przyda na następny Tłusty Czwartek i nie tylko!




SKŁADNIKI

Ciasto

Pół szklanki mleka
1/4 szklanki oleju
3 jajka
50 g drożdży
Pół szklanki cukru
Szczypta soli
500g mąki + trochę do podsypywania

Nadzienie + polewy

4 czekolady - 3 mleczne + biała
Odrobina mleka
50g masła
Pokruszone orzechy
Łyżka kakao lub kawy Inka
Smietanka 36%
Puszka masy kajmakowej

Dowolna dekoracja! Moja to polewy + pokruszone orzechy w złotym barwniku + cukier puder.

Olej do smażenia, około 1l.






Przygotować zaczyn - drożdże zalać mlekiem i wymieszać je z dodatkiem cukru oraz mąki, by zaczęły pracować.
Jajka ubić z cukrem, dodać zaczyn drożdżowy, szczyptę soli i wymieszać do powstania jednolitej, płynnej masy. Następnie dodawać mąkę małymi porcjami i miksować specjalnymi trzepaczkami do ciasta drożdżowego. Ciasto wyrabiać przez około 10 minut pilnując, czy nie jest zbyt lepiące. Podsypywać mąką. Wyrobione ciasto odstawić na około 40 minut w ciepłe miejsce. 

Po upływie tego czasu podzielić masę na 12 części i formować kuleczki. Aby pączki były ładne, polecam formować porcje ciasta w placek, a następnie ten placek zaginać do środka i zalepić, aż powstanie gładka kulka. Surowe pączki zostawić do wyrośnięcia na następne 40 minut. Z resztek ciasta przygotować kawałeczki do sprawdzenia ciepłoty oleju. 

Tłuszcz rozgrzać, aż będzie widać jego ruch w garnku. Wrzucić kawałeczek z resztek ciasta. Gdy będzie się smażył, wrzucić trzy pierwszy pączek do tłuszczu. “Obniżyć” ogień pod garnkiem, by temperatura spadła i by pączek się nie przypalił. Po usmażeniu rozkroić i sprawdzić czy dobrze się usmażył. Od tej pory resztę pączków smażyć na wyczucie i gdyby istniała wątpliwość czy się dobrze usmażyły, to wstawić je na 10 minut do piekarnika rozgrzanego do 170 stopni. 


Nadzienie / 2 rodzaje

Masło rozpuścić w rondelku, dodać mleko a następnie pokruszoną czekoladę mleczną. Gdy całość będzie płynna, dodać łyżkę kakao lub Inki i wymieszać. Masę czekoladową rozlać do dwóch miseczek - mniejszej na polewę i większej, do której polecam dodać pokruszone orzechy. Schłodzić.

Do tego samego garnka dodać 3 łyżki śmietanki 36% i całą masę kajmakową z puszki. Całość rozpuścić i podgrzać a następnie większą część przelać do większej miski. Do reszty masy w garnku dodać białą czekoladę i rozpuścić. To będzie kolejna polewa.



Gotowe pączki nadziewać i dekorować wedle uznania. 





Latest Instagrams

© Kreuję swoje życie • Lekka strona lifestyle'u młodej mamy. Design by FCD.