Zostań bohaterem dzieci z Akademii Przyszłości! x BIZUU & TK Maxx

24 maja



Kto  mnie  zna  ten  wie, że nie jest mi obojętny los innych ludzi - a najbardziej tych mniejszych! 
Uważam, że dzieciaki to nasze największe dobro i powinno się w nie inwestować niezależnie od 
wszystkiego. W  tym  kontekście  na  szczególną  uwagę  zasługują  dzieciaki  z gorszym startem 
w  życiu, bo  jak  wiadomo, czym  skorupka  za  młodu  nasiąknie, tym  na starość trąci. A nawet 
jeśli  nie  na  starość, to  efekty  naszego wychowywania będą widoczne w dorosłym życiu. To od 
nas  dorosłych  zależy,  jaki  będzie  początek  dorosłości  naszych  milusińskich,  dlatego  każdy 
wysiłek jest na wagę złota. Do czego zmierzam?








Moi czytelnicy wiedzą, że od lat z chęcią wspominam o akcji charytatywnej na rzecz programu
Akademia Przyszłości
organizowanej  przez  TK Maxx. Akademia Przyszłości  to  program, który działając na terenie 
całej  Polski  wspiera  dzieci  ze  społeczności  lokalnych, które  znalazły  się  w trudnej sytuacji 
rodzinnej lub materialnej  i  w obliczu trudności życiowych straciły wiarę w siebie. Założeniem 
programu jest  wspieranie dzieciaków, dzięki  czemu  mogą  one  piąć się w górę i ze spokojem 
ruszyć w dorosłość. 
Tegoroczna    edycja    obejmuje   współpracę  z marką BIZUU,  której  projektantkami   są 
Zuzanna   Wachowiak     i    Blanka    Jordan.     Efektem    współpracy     jest     limitowana, 
charytatywna kolekcja bandanek oraz przypinek inspirowanych motywem bohaterskości. 
Jeśli   chcesz   wesprzeć  Akademię i przyczynić się do pomocy dzieciakom, zachęcam Cię 
do  kupna  tych  gadżetów, bowiem  dochód  z  ich sprzedaży zostanie właśnie przekazany 
na rzecz Akademii Przyszłości. 







Ja wybrałam bandankę z gwiazdami i gwiezdną przypinkę. To moje ulubione elementy z tej kolekcji. A Ty, co wybierzesz?



Musisz to przeczytać zanim kupisz swój pierwszy MacBook Air!

14 maja


Z myślą o zakupie MacBooka chodziliśmy już długo przed jego faktycznym kupnem. Od jesieni 2016 roku mieliśmy problemy z naprawdę fantastycznym, wysłużonym laptopem od Samsunga, który służył nam wiernie od 2010 roku, w międzyczasie zaliczając współpracę z XPekiem pożyczonym od mojej mamy. Ograniczało to naszą wygodę i moje vlogowo blogowe plany, a że ciągle nam było szkoda pieniędzy na coś nowego, to trwaliśmy wiernie przy obu złomkach. Ile jednak można wytrzymać i non stop się ograniczać? Z uwagi na trochę większą ilość czasu, zaczęłam się rozglądać za różnymi laptopami, trafiając na supertanie i te z dużo wyższej półki cenowej. Mając na uwadze pracę z systemem Windows na różnych komputerach, miałam ochotę na coś nowego. A gdyby tak spróbować z macOS? Czemu nie?

Nasz pierwszy MacBook trafił w nasze ręce jakoś w połowie grudnia 2017 roku i od tamtej pory budzi mieszane uczucia, choć już się do niego przyzwyczailiśmy. Używanie tego komputera sprawia mi niesamowitą przyjemność, ale ma też kilka wad, które uwierają mnie jak zbyt ciasne majtki na tyłku.

Pierwsze wrażenie było jak kubeł zimnej wody. Raz, że to nowe, a dwa, że coś zupełnie innego. Najpierw sam design, który zrobił piorunujące wrażenie. Mocna obudowa, schludny wygląd, zero plastikowej tandety, lekkość i to, że komputer jest cienki - jedno WIELKIE WOW! Akcesoria również były niczego sobie, ale system... No tu już było trochę gorzej. Niby wiedziałam jak tego używać, bo obejrzałam kilka tutoriali na Youtube na temat uruchamiania Mac Booka, przypisania go na siebie i synchronizacji z iPhone, ale... No ale jako wieloletnia użytkowniczka Windowsa denerwowałam się ciągle tym, że mylę skróty klawiszowe, zapominałam, że wszystkie programy mogę zobaczyć dopiero po kliknięciu ikonki Launchpad, irytowałam się, że żeby coś otworzyć czy w coś wejść, muszę naciskać gładzik i nie wystarczy lekkie muśnięcie, ale konkretny nacisk. Byłam przyzwyczajona do łatwości użytkowania Windowsa na Samsungu, przy jego jednoczesnym skomplikowaniu, a macOS sprawiał mi ogromny dyskomfort swoją prostotą. Dostawałam małpiego rozumu, kompletnie tracąc orientację w poruszaniu się po systemie. Nie umiałam, serio. JA - OSOBA, która bez problemu potrafiła wyegzekwować najskrzętniej ukryte informacje w komputerze. I na dodatek od samego początku nie mogłam i nie mogę wyczaić, który skrót klawiszowy kasuje cały tekst bez możliwości jego przywrócenia. Kurdę, no.



No ale nie było tak źle, jak mogłoby się wydawać. Minął tydzień, może dwa a ja dopiero zaczęłam dostrzegać zalety tego systemu. Ciekawi?



Przede wszystkim BRAK POTRZEBY INSTALOWANIA ANTYWIRUSA i kasa w kieszeni. Weźmy to na logikę - system operacyjny Windows jest tworzony pod komputery wielu marek i na chłopski rozum nie da się wystarczająco zabezpieczyć tak wielu różnych wersji systemu. To tak dużo pracy, że nie sztuką jest za tym nadążyć, więc wiele firm stworzyło antywirusy i ekspresowe cleanery. Za to Apple ma pod sobą systemy na wyłącznie swoje komputery i jest w stanie zadbać o to perfekcyjnie. Do tego dodajemy nasz zdrowy rozsądek i nie potrzeba nic więcej. Jeśli nie wchodzicie na podejrzane strony, nie ściągacie niesprawdzonych apek i nie wierzycie we wszystko, co Wam ktoś powie, to nie ma się czego bać.


Szybki i niezacinający się system. Oczywiście, jeśli otworzę 20 kart w Safari, to musi się chwilę namyślić, ale szybko się ogarnia. W końcu mi też się zdarzają sytuacje, że potrzebuję 5 sekund na uruchomienie logicznego myślenia :D Btw. nie trzeba wyłączać komputera, bo wystarczy, że zamkniecie klapkę, a on przejdzie w stan DOSŁOWNEGO czuwania. Wystarczy otwarcie laptopa, by system momentalnie się wybudził.


Idealna synchronizacja z iPhone - począwszy od pęku kluczy, po możliwość przepinania kart z Safari z Iphone na Mac Booka (gdy np. wolicie kontynuować oglądanie jakiejś strony na komputerze), a także dzwonienia z komputera na telefon drugiej osoby. Komputer po prostu łączy się wtedy z Iphone, ale rozmawiacie normalnie na komputerze. Nie mogę zapominać o ukochanym i niezawodnym AIR DROP, dzięki któremu nie bawię się w przesyłanie plików na pocztę i nie dokładam sobie roboty. Air Drop rządzi!





Mac Book, tak samo jak iPhone jest przypisany na Was. Jest i koniec - a przekonać się o tym możecie na swoim koncie na stronie Apple i podczas pierwszego uruchamiania komputera.


Coś, co po przestawieniu się może sprawiać trochę problemów to okrutnie prosty system operacyjny i brak zawiłości jak w Windowsie. Wydaje mi się że przy macOS, Widows jest dla komputerowych freaków, lubiących się tym bawić, a Mac Book mógłby świetnie służyć jako komputer dla osoby, która serio nie zna się na sprzętach. Więcej zagadnień rodzi kwestia prywatności, bo jest ona w takim zakresie, że sprzęt jest po prostu Wasz, ale wiecie, jeśli chcecie coś schować a nie będziecie wiedzieć jak to ukryć, to w Mac Booku Air tego nie zrobicie. Wszystko jest na wierzchu (chyba, że zrobicie dwa oddzielne konta użytkowników, ale to i tak mało da), mimo to zawsze można coś schować w folderach, których przeciętny użytkownik nie będzie otwierał, ale po co? Tak poza tym ustawienia są banalnie proste, menu jest na dole pulpitu, a opcje w różnych programach pojawiają się po ich włączeniu, na samej górze ekranu w minimalistycznym menu. Po kliknięciu w jabłuszko w lewym górnym rogu znajdziecie informacje o swoim laptopie, systemie, uaktualnieniach, oraz o pamięci - wszystkie można notabene otworzyć w nowym oknie i sprawdzić szczegóły. Po prawej stronie znajduje się kilka ikonek, m.in. Bluetooth, WiFi, dźwięk, stan baterii, data i godzina, wyszuiwanie i ikonka paska bocznego w którym możecie umieścić różne, przydatne dla Was widżety. Mi np. przydał się kalkulator i pogoda, więc... tak :D System jest MEGA prosty, serio.


Za system płacicie raz - jest już w cenie laptopa. I potem tylko aktualizujesz za free.


Bardzo dobra i wytrzymała bateria, która wytrzymuje w zależności od wykonywanych zajęć od około 8 godzin (przy ciągłej, intensywnej pracy i kilku cięższych aplikacjach np. iMovie) do kilku dni - mój rekord to 5! Dziś będę ładować Mac Booka po dwóch dniach. Dla mnie super.



Jeszcze raz wspomniana super jakość wykonania - metalowy, precyzyjnie i solidnie wykonany, cienki, mały i lekki. Ten sprzęt to genialne rozwiązanie, dla często wyjeżdżających osób lub takich, które po prostu mają po dziurki w nosie dźwigania ogromnego lapka w torbie, i nie chcą się przejmować stanem baterii - ta po prostu nie padnie po 1,5 godzinie używania. Pod ekranem jest ukryta bardzo dyskretna klimatyzacja i małe logo tekstowe marki. Obudowę zdobi śliczne, przeurocze, świecące jabłuszko. Jak już się zatrzymuję przy jabłuszku, to przychodzi mi do głowy jedna rzecz - jak ludzie mogą mieć problem z tym logiem, skoro inne komputery również zdobią loga producentów, a mimo wszystko tylko na Apple jest hejt, bo to Apple :D




Żeby nie było tak słodko i tęczowo, przejdźmy do wad.

Jedną z nich jest zaleta wspomniana przeze mnie wcześniej, czyli prostota. Dzieci Windowsa mogą się wkurzyć. Jeszcze wcześniej zastanawiałam się, co ja do cholery zrobiłam?!


macOS w pewien sposób ogranicza użytkowników przyzwyczajonych do pracy na systemie Windows. Przede wszystkim, kto używał Windowsa przez wiele lat, wie, że można na niego ściągnąć multum programów i często ich starsze, wygodniejsze wersje. W macOS tego nie ma. Ponadto na Windows można ściągnąć darmowe wersje programów, które tutaj trzeba kupić na legalu. Oczywiście nie twierdzę, że to jest dziwne, bo każdy za swoją pracę powinien otrzymać pieniądze, ale są takie programy, które zostały udostępnione w internecie za darmo, a mimo wszystko nie mogę ich wgrać. Ponadto, jeśli ściągacie coś poza Apple Store, to musicie to instalować, dając na to pozwolenie. Ja tam już zapomniałam, jak się to robi.


Dokument Writter Pro ssie. Nawet się nie umywa do Microsoft Word, a szkoda. Tęsknię za starym, dobrym Office... Widzicie, dalej jestem uprzedzona, chociaż mam Mac Booka od sześciu miesięcy. Brak mi też zwykłego notatnika, który nie zmienia czcionki w tekście na bieżącą.


Przeglądanie zdjęć na Mac Booku jest inne niż na komputerze z Windowsem, nie działa z automatu. Albo klikniecie dwukrotnie w jedno zdjęcie, albo zaznaczycie całą grupę zdjęć i otworzycie w innym oknie dwoma kliknięciami. Przewijacie strzałkami w górę i w dół. Wkurzające, ale idzie się przyzwyczaić.


Pamięć - pozornie jest duża i w sumie nie mam na co narzekać, ale wiecie, jak robię nagrywki w 4k czy nagrywam vloga, który z 40 minut schodzi do 20, to jednak mi to miejsce jest potrzebne. Niestety pliki video, zamiast siedzieć w źródle, importują się do biblioteki iMovie i zajmują niepotrzebnie miejsce. Ogólnie jest ok, choć mogłoby być lepiej, ale godzinnego vloga nie mogłabym chyba skleić :P Chociaż nie przesadzajmy - na naszym starym kompie też by nie poszło :D


No i na koniec - akcesoria do niego są drogie, a jeśli rozwalicie ładowarkę to macie 200 zł w plecy. No mnie to potencjalnie boli.


Podsumowując... Mac Book Air jest świetnym laptopem dla osób, które ciągle gdzieś jeżdżą i potrzebują lekkiego i małego sprzętu do pracy i obróbki zdjęć, z dobrą baterią. Ładowarka jest tak samo mobilna, bo jest mała i w zestawie dostaniecie dodatkowy, mniejszy kabel do zasilacza. MacBook Air
 jest wytrzymały, bezpieczny, stabilny, intuicyjny, szybki, idealnie synchronizuje się z iPhone i nie zawiesza się. Mimo to nie nadaje się do grania. Poza tym jest śliczny i elegancki. Mimo tych wszystkich zalet i fantastycznej wygody czasem tęsknię za Windowsem i wieloma możliwościami, choć ten system niósł ze sobą trudności, problemy i dozę ryzyka (wirusy i takie tam). 


Pisząc Wam o tym, czuję się nie logicznie, bo mogłabym to przyrównać do tęsknoty za byłym facetem, którego się świetnie znało, ale zostawiło, bo pomimo swoich zalet i wielu przeżytych, wspólnych lat miał również wady, z którymi ciężko Wam się żyło. Po nim przyszedł ten idealny, przejrzysty do granic możliwości, idealnie rozumiejący Wasze potrzeby, nierobiący bałaganu, myślący nad własnym wnętrzem, nowoczesny. Ma coś w sobie, ale nie podejmie cięższych wyzwań i nie uniesie wszystkiego. Nie pójdzie z Wami na paintballa i wybierze lżejsze rozrywki, ale da radę w biurowej roli. Taki grzeczny i ułożony facet. Jest super, ale to zupełnie coś innego od tego, co było wcześniej.
Dobrze, ŻE TO TYLKO LAPTOP. Ufff...

Dla wielu osób sprzęt od Apple to część niekończącej się hipsteriady i obciach na kółkach. Bo logo, bo za drogi... A ja Wam powiem, że jest to normalny laptop, jakich tysiące, tylko że... pracuje dokładnie tak, jak można od niego tego oczekiwać. Jeżeli tańsze laptopy z Windows i podobną specyfikacją mają się siadać po kilku miesiącach używania, to moim zdaniem warto dołożyć ten tysiąc i cieszyć się stabilnym sprzętem tyle samo albo dłużej. Myślę, że Mac Book air nie dołoży Wam takich nerwów jak laptopy z Windowsowej rodzinki.


Czy poleciłabym Wam ten sprzęt? Jeśli jest dla Was ważna prostota, perfekcyjna jakość wykonania, szybkość, stabilność i mobilność, to jest to sprzęt dla Was. Dbajcie o niego i nie pracujcie za dużo na podłączonej baterii, a na pewno Wam długo posłuży.


Charlotte Oreo Tiramisu na bazie kawy Inka

08 maja
Oreo tiramisu


Gdybym miała  powiedzieć, które z moich  ciast  wyglądało  najbardziej uroczo, to bez wahania wskazałabym właśnie TO. 
Przeuroczą, Charlotte Tiramisu Oreo. Jest jednak jeden myk - nie użyłam normalnej kawy i wybrałam bezkofeinową Inkę.
Wybrałam taki wariant nie tylko ze względu na moje dziecko, ale także dlatego, że choć jestem w stanie wypić normalnie 
kawę, to deserów z klasyczna kawą nienawidzę. Za to Inka... palce lizać. Sami spróbujcie!


Oreo Tiramisu

Piekarnik  nastawić  na  170  stopni.  Suche  składniki  wymieszać.  Postępować  jak  w   przypadku 
bezy - białka oddzielić od żółtek  i  ubić  na  sztywno z  cukrem,  a  następnie  z  sokiem  z  cytryny. 
Do ubitych białek dodać żółtka i ubijać do momentu  aż  białka  połączą  się  z  żółtkami a jaja będą 
puszyste.  Do   ubitych   jaj   dodawać   po   łyżce   suchych   składników  i  wymieszać  (szybko  ale 
ostrożnie). Pilnować tego, by nie zostały grudki - należy robić to bardzo dokladnie! Piec od  40  do 
50 minut. Po  upieczeniu  i  ostudzeniu  biszkopt  podzielić  na  trzy  blaty  i nasączyć je naparem z 
trzech łyżek Inki.


•••

Bitą  śmietanę  ubić  z  mascarpone  i  cukrem pudrem  (jeśli boisz się opadnięcia, dodaj śmietanfix).
Krem Oreo • 12 ciastek oreo zmiksować z łyżką ubitego kremu a następnie dodać 3 łyżki i delikatnie 
wymieszać. Pamiętaj  by do kremów dodać powoli i delikatnie po połowie żelatyny rozpuszczonej w 
wodzie!

•••


Formę  wyłożyć  biszkoptem  (odkroić  mniej  więcej 1,5 - 2  cm brzegu)  i  Lady  fingersami. 
Blaty  przekładać kremami (śmietanowy + oreo, czekolada - z TEGO PRZEPISU)  uważając 
na  to,  by  najwięcej białego kremu chroniło biszkopty  od  boku.  Ostatnią  warstwę kremu  
przykryć   kremem   czekoladowym   i  chłodzić   całą   noc   w   lodówce.   Przed  podaniem 
udekorować watą  cukrową, i ciastkami i różową wstążką.





Prosty i przepyszny - mój ulubiony, czekoladowy krem HOME MADE!

27 kwietnia


Myję włosy żelem do mycia twarzy Nature Story by Tołpa! Rewelacyjny zamiennik szamponu

10 kwietnia
Nature Story by Tołpa recenzja

Jeśli nie jesteś włosomaniaczką, to nawet do głowy Ci nie przyjdzie, że można umyć włosy czymś innym oprócz szamponu. Są tacy, co w to nawet nie uwierzą i pójdą dalej mówiąc, że każdy kosmetyk do włosów poza tymi fryzjerskimi to nie kosmetyk do włosów, a szamponem za 3 zł można zmywać naczynia. Bywa.
Jak dla mnie można umyć włosy wszystkim oprócz mocnej chemii. Można? Pewnie.

Tak jak potrafiłam umyć włosy odżywką (przy skłonności do ekspresowego przetłuszczania się
włosów nie polecam) czy płynem do mycia okolic intymnych, który zawsze sprawdzał się świetnie, 
tak tym razem sięgnęłam po żel do mycia twarzy. Pewnie pytasz mnie w myślach Dlaczego???”... 
Otóż Drogi Czytelniku - skład. Najzwyczajniej w świecie przeczytałam prosty skład i zachwyciłam 
się od razu. 




Kto czyta mojego bloga ten wie, jak recenzuję szampony. Szampon to dla mnie szampon, ma dobrze myć i siema. Tutaj raczej nie tak nie będzie, bo nie piszę o szamponie, tylko o żelu. Warto powiedzieć o samych wspaniałościach, bo wad tutaj nie ma. Zero surowości, konsystencja kremowa, zapach bardzo delikatny. Ponadto w żelu z serii Nature Story by Tołpa nie ma typowych, jak na szampon mocnych detergentów, za to w środku znajdzie się gliceryna i kwas mlekowy, a to moje włosy (i twarz) kochają. 


Żel  wprawdzie  słabo  się  pieni,  ale  jak  już  się  spieni to  na gęsto, świetnie czyści 
i  bardzo  dobrze  się  spłukuje. Po  spłukaniu  ma się wrażenie, jakby włosy były dość 
tępe  w  dotyku, ale  odczucie  znika  po  wysuszeniu. Ponadto po zwykłym szamponie 
takim   jak   np.  Timotei  skóra  głowy  często  mnie  swędzi, a  to  po tym żelu - NIC, 
całkowita   ulga,  bo  produkt  naprawdę   nawilża  skórę. Nie  traktuję  tego  produktu 
wyłącznie  jako  szamponu,  ale  również  jako  bardzo  lekką,  czyszczącą maskę. Dla 
pewności i lepszego efektu trzymam go około dwóch minut na głowie, a po spłukaniu 
nakładam  na  włosy  odżywkę. Włosy  są potem rewelacyjne - efekt to lśniąca  fala 
i niesamowita miękkość. 


Jeśli jesteś sceptyczna i nie wierzysz w to, że można umyć włosy czymś innym oprócz szamponu, to proszę - sprawdź. Takie sprawdzenie niesamowicie otwiera oczy i głowę, wypuszcza z zamkniętego, sterylnego świata gdzie wszystko jest przypisane do konkretnych, poszczególnych rzeczy. Wybierzesz zwykły szampon i swędzenie wywołane przesuszeniem, czy żel do higieny intymnej albo do mycia twarzy i niesamowicie cudowne włosy? Warto spróbować!



Ps.  Pewnie  jesteś  ciekawa, jak  żel sprawdza się  w  swojej  pierwotnej  roli? Otóż zdradzę
Ci, że  rewelacyjnie!  Tak  jak  po  spłukaniu włosów  ma  się  uczucie  tępości w dotyku, tak
w przypadku cery ma się wrażenie, że na twarzy jest lekka, ochronna warstewka chroniąca
przed przesuszeniem.  Skóra  po  umyciu  nie  jest  ściągnięta, czuć  miękkość i nawilżenie.
Jak widać, żel w każdej roli sprawdzi się rewelacyjnie!




4 produkty które POKOCHAŁA MOJA CERA i cudowna moc czystej Witaminy C

05 kwietnia

Z moją cerą było różnie. Najpierw brutalna, nastoletnia rzeczywistość, potem uspokojenie się hormonów i harmonia. Pozorna harmonia, bo wtedy zaczęła się prawdziwa zabawa bo okazało się, że jestem posiadaczką skóry mieszanej ze skłonnościami do przesuszeń.
Przez ostatnie kilka lat moja cera zetknęła się z wieloma specyfikami do pielęgnacji. W ruch szły różne żele, kremy, punktowe wysuszacze do wyprysków,a nawet sam Clotrimazol. Pożegnanie z młodzieńczym trądzikiem nie oznaczało bowiem pokonania trudności, bo cera wymęczona nastoletnią burzą hormonalną wymagała szczególnej troski. Męczyłam się z bliznami potrądzikowymi i suchą, łuszczącą się cerą. Nie miałam sporych wyprysków, więc nie dochodziło do zakażeń, ale przesuszona cera szczególnie dała mi się we znaki. Poszukiwanie idealnych kosmetyków do pielęgnacji było drogą przez mękę, ale najodpowiedniejszymi okazały się te nawilżające.
Ale to nie koniec. 

Lata i kilogramy lecą, więc coraz gładsza cera miała coraz większe wymagania. Oprócz kosmetyków nawilżających w ruch poszły maski węglowe (nawracające zaskórniki w strefie T), kremy pod oczy, odżywcze sera do cery, specyfiki na bazie kwasu hialuronowego czy kolagenu... Brzmi to kosmicznie, ale pomyślcie sobie - z jednej strony młoda cera a z drugiej ślad po spadku wagi - taka cera wymaga szczególnej dbałości. Czy to oznacza, że otaczałam się ogromną ilością kosmetyków? Absolutnie... Moja miłość do minimalizmu nigdy nie pozwoliła mi na jakąkolwiek przesadę, więc zawsze używałam tylko jednego kremu czy maski, a twarz myłam mydłem lub delikatnym żelem. Wraz z rosnącymi wymaganiami mojej cery postanowiłam poszukać czegoś mocniejszego, ale bez żadnej przesady. Kilka miesięcy z zestawem 4 rzeczy uświadomiły mi, że moja cera KOCHA OLEJKI, nawilżacze i WITAMINĘ C.


______________________________





Gold Collagen Serum od GlySkin Care to serum, o którym mówiłam Wam 
jesienią w jesiennych ulubieńcach kosmetycznych. Serum zaczęłam używać 
dopiero jesienią ze względu na wymagającą porę roku i od tamtej pory widzę, jak 
moja cera zmieniła się na plus.  Dzięki intensywnie nawilżającym składnikom 
ekstraktom roślinnym skóra mojej twarzy fantastycznie utrzymuje nawilżenie i 
elastyczność, ponadto widać, że jest dobrze odżywiona i jędrna. Ponadto dzięki 
silnemu nawilżeniu nie mam problemów z trądzikiem, gdyż nawilżona skóra nie 
broni się sebum przed przesuszeniem. Serum używam w zależności od potrzeb na 
dzień lub na noc - koniecznie pod krem!


______________________________



Witamina C nakładana na skórę

Olejek arganowy to prawdziwa BOMBA ODŻYWCZA i wraz z olejem kokosowym 
oraz lnianym sprawdza się u mnie najlepiej. Nadaje się do pielęgnacji włosów, skóry 
i paznokci, i tak go stosuję! Nakładam go na włosy przed myciem, smaruję nim cerę 
na noc czy popękane dłonie po pracy. Sprawdza się cudownie! Włosy się błyszczą, 
cera zyskuje niesamowity blask, zdrowy wygląd a dłonie szybko dochodzą do siebie. 
Jednak dziś nie o włosach ani dłoniach, lecz o buzi - polecam olejek arganowy z całego 
serca tym bardziej, że skóra odżywiona olejkami również zyskuje nawilżenie i nie 
męczy się wydzielając sebum!

______________________________





Witamina C nakładana na skórę (w kropelkach dla dzieci) to moje odkrycie ostatnich miesięcy. 
Jeszcze niespełna rok temu szukałam sposobów na piękniejszą cerę i przeczytałam 
o cudownych, przeciwzmarszczkowych, przeciwtrądzikowych, przeciwzapalnych 
i ujędrniających właściwościach witaminy C. Jak witamina C sprawdza się u mnie? 
Przede wszystkim rozświetla cerę, wygładza, ujednolica jej koloryt i głęboko odżywia. 
Zauważyłam również, że zmniejszył się (!) problem z zaskórnikami na nosie. 
Witaminę C wklepuję w cerę a następnie nakładam na nią krem - rano buzia wygląda 
jak najedzona :)) Na ten moment używam jej na zmianę z serum kolagenowym (każde 
po 4 dni na noc). Ważne jest, by witaminy używać koniecznie pod krem, żeby się nie utleniła. 
Jeśli chcecie spróbować tego sposobu i smarować swoją cerę czystą witaminę C, to nie 
zrażajcie się tłustą konsystencją - skóra tego potrzebuje i wręcz “wypija” ją po nałożeniu.

______________________________





Masło Shea od Indigo to produkt, który jest pierwotnie przeznaczony do dłoni 
i paznokci, ale posłuchałam głosu intuicji i postanowiłam stosować go inaczej. 
Dzięki temu w kwietniu ubiegłego roku doprowadził moją suchą buzię do porządku. 
Od początku było widać, że ta dwójka naprawdę się ze sobą lubi. Masło Shea było 
w zasadzie pierwszym, oleistym produktem jaki nałożyłam na twarz i zobaczyłam, 
że moja cera najlepiej reaguje na olejki. To był moment w którym krem Nivea poszedł 
w odstawkę a moja buzia zaczęła JEŚĆ. Wyglądała pięknie i była niesamowicie odżywiona. 

______________________________



Wiecie co jest fajne? Nie dość, że te produkty świetnie działają na moją cerę, to na dodatek są bardzo wydajne. Każde z nich mam już długie miesiące i o ile masło shea oraz serum są na wykończeniu, to witaminy C i olejku arganowego jest tyle, że mam wrażenie, że długo się nie skończą. Polecam Wam te produkty, bo to są świetne nawilżacze a prawda jest taka, że KAŻDA CERA kocha serum nawilżające czy olejki, nawet ta tłusta! Nie będziecie zawiedzione.

Siła jest kobietą • MOJE NAJWAŻNIEJSZE, ŻYCIOWE MOTTO I MOTYWACJA

25 marca

Przez całe lata byłam osobą stroniącą od wszelakich zdobień na ciele. Kolczyki czy tatuaże były dla mnie niepotrzebnym dodatkiem (i wydatkiem) i uważałam, że podejmowanie takich decyzji to głupota. Z czasem wyluzowałam i się zaczęło.
W wieku 18 lat przekułam sobie uszy. Bardzo pragnęłam nosić taką biżuterię podkreślając tym samym długą szyję i kości policzkowe. Choć bolało, to nie miałam żadnych zastrzeżeń. Biżuteria w uszach rzeczywiście spełniała swoje zadanie i moje założenia. Na kilka lat nastąpił spokój, aż do pewnego wieczoru, bo wtedy zdecydowałam się na tatuaż. Jak to się stało?



Siła jest kobietą tatuaż

Myśl o tatuażu chodziła mi po głowie od dawna. Skoro przekułam sobie uszy, to co może być złego w tatuażu? Z przyjemnością oglądałam Pinterestowe inspiracje z napisami na ciele czy delikatne symbole, kwiaty, liście, mandale... No ale zaraz, tatuaż to poważna decyzja, zwłaszcza napis czy symbol. Taki coś reprezentuje i symbolizuje, więc najlepiej tego nie robić. 

Ah tak.
Do czasu. 

Przełom starego i nowego roku. Na dworzu zimno a w domu przytulna, 
ciepła atmosfera, choinka, herbata. Leżę i delektuję się chwilą, 
bo następnego dnia idę do pracy. 
CISZA. 




________________________________________


Moje nastoletnie życie nie było idealne, ale do wyprowadzki z domu byłam świetnie chroniona przez rodziców. Dorosłe życie to inna sprawa. Wy, moi czytelnicy znacie mnie tylko z bloga i social media, prywatnie AŻ CZTERY OSOBY. Nie wiecie o mnie więcej, niż Wam powiem, za to ta czwórka ludzi mogłaby o mnie książkę napisać. Nigdy nie mówiłam Wam o zawiłych, rodzinnych sprawach, rzadko o znajomościach, które dały mi porządną szkołę. Pisałam Wam często o mojej drodze do niezależności, ciąży i rzeczach umilających żywot. 
Niejedna z Was myślała pewnie, że mam idealne życie, gdy ja podnosiłam kolejne kłody spod nóg. Fizycznie urosłyby mi bicepsy, ale dźwigając psychiczne ciężary, z wysiłku gotowała mi się dusza. Czułam się tak zmęczona, jakbym wchodziła przez cały dzień bez żadnej przerwy pod górę. Z czasem było lepiej. Wytrenowana dusza lepiej znosiła trudności, a bariera jaką stworzyłam stała się mocna, wręcz nie do zniszczenia. Byłam w stanie poradzić sobie ze wszystkim sama, co było moim wielkim sukcesem. I wtedy dostrzegłam coś, co miałam przed oczyma przez te wszystkie lata, ale nie brałam tego do siebie.
Wokół mnie było mnóstwo kobiet. Jedne były całkowicie samotne, inne miały wokół siebie wianuszek najbliższych osób. Każda z nich żyła inaczej, ale wszystkie miały jedną, wspaniałą cechę - ogromną siłę, z którą nic nie mogło się równać. Siła ta była skutkiem wielu doświadczeń - m.in. kłopotów zdrowotnych swoich i bliskich, bolesnych rozstań (i nie tylko bo i szczęśliwe życie wymaga wysiłku) czy konieczności zmierzenia się z samotnym macierzyństwem i problemami finansowymi. Wszystkie były tak pięknie przezorne i niezależne, a przy tym delikatne i subtelne jak ptasie piórko. To mi imponowało i nagle przyszła mi do głowy myśl, że już przecież należę do ich grona! Poczułam się niesamowicie uskrzydlona i szczęśliwa, nawet jeśli droga do tego była kręta i wyboista. 

Na fali szczęścia i radości z bycia jedną z nich przyszło mi do głowy jeszcze coś. Co z facetami? Czy jakikolwiek mężczyzna którego znam, jest w stanie przekuć doświadczenia w siłę, tak jak kobieta? Chyba nie. Nie rozmyślają i idą dalej. Są silni, ale to nie to samo. Każda z Was wie, że nie ma porównania. 


________________________________________


Moment ulgi przyniósł mi pewną, cudowną myśl, która krążyła w mojej głowie od
lat, ale nigdy nie brałam jej do siebie. Teraz pasowała jak ulał i czułam to w 100%.


SIŁA JEST KOBIETĄ. 


Decyzja o wytatuowaniu sobie tego była jedną z najlepszych, najpewniejszych i 
najszybciej podjętych w moim życiu. Po chwili byłam już umówiona na zabieg. 



31  stycznia 2018  roku   był  dobrym  dniem.  Świeciło  słońce 
i  jak na  koniec  stycznia  było  bardzo  ciepło.  Wcześnie  rano 
zjawiłam   się  w  77ink  i  chociaż  miałam   tremę,  to   poszłam 
pod    igły   bez   żadnych  wątpliwości.  Trochę   bolało,  ale   w 
porównaniu do  porodu  było  to  zaledwie  drapanie  po  karku. 
W    zaledwie    10     minut     na    mojej    skórze    znalazło    się 
MOJE  NAJWAŻNIEJSZE,   ŻYCIOWE MOTTO I MOTYWACJA .



Ten tatuaż był najlepszą z życiowych decyzji. Motto jest prawdziwe, uniwersalne dla każdej z nas i ponadczasowe
Nie  ma dla mnie większej  motywacji  niż  to. Wiedząc, że SIŁA JEST KOBIETĄ  nie  mogę się  poddać  i  kiedy  będę  się
znowu    z   czymś   mierzyć,   z   serdecznością  przypomnę  sobie  to,  co  mówiła  mi  tatuażystka, gdy syknęłam z bólu...


“Marta nie pękaj, siła jest kobietą! :)”


Siła jest kobietą tatuaż

Classy

22 marca


Dzień dobry! Dziś na blogu pojawiło się coś, czego dawno nie było - stylizacja!
Przyznam, że bardzo tęskniłam za tym (wszak modę lubię, ale we własnym
wydaniu) i z utęsknieniem czekałam na dni, w których robienie zdjęć będzie 
bardziej komfortowe. Prawdą też jest to, że po tak długim okresie bez stylizacji
dopiero teraz znalazłam na to czas i w pełni go wykorzystałam. U mnie jak 
zwykle całkiem klasycznie i bez dramaturgii - chociaż barwy, które miałam
na sobie generalnie powinny wtopić mnie w tłum, to tak się nie stało. 
Może to dzięki elegancji, a może to sprawka koloru swetra, który miałam na sobie?


płaszcz ZARA
sweter NA-KD
top ZARA
szal NA-KD
spodnie bezmarkowe
kozaki Stili
torebka Alie