Slider

OOTD • Czerń w miejskiej stylizacji

14 lipca 2017


Pamiętacie wpis o 8 rzeczach do zrobienia do końca czerwca? Jedną z tych rzeczy miałam ostatnio na sobie i dzięki wprowadzonym zmianom czułam się w niej przecudnie! W pierwotnej wersji wyglądałam dość płasko, dlatego postanowiłam zrobić w niej dekolt. Standardem jest to, że każdą nową rzecz robię na niesamowitej fali optymizmu, więc z tą było identycznie jak z innymi. Nie inaczej.

Jednak nie ma tak łatwo, wiecie? Wiadro zimnej wody to standard, więc zdałam sobie sprawę z tego, że może nie być łatwo. Nie mam talentu krawieckiego ani nie jestem krawcową, więc zastanowiłam się nad tym, czy to faktycznie dobry pomysł. Bałam się ruszyć taki materiał z obawy, że zacznie się pruć, ale stwierdziłam, że nawet najlepszej krawcowej może to nie wyjść i może mi oddać do rąk zniszczoną rzecz. Przecież kiedyś miałam taką przygodę, że oddałam do zwężenia sukienkę i nie dość, że efekt nie był taki jaki chciałam i sukienka mi spadała, to na dodatek krawcowa nie zabezpieczyła materiału przed pruciem. Skutek tego był taki, że jakiś czas później sukienka rozlazła się na bokach a ja wyrzuciłam pieniądze w błoto.
Wspomnienia takich nieprzyjemnych sytuacji zawsze motywują mnie do działania. Czasami mam wrażenie, że nikt nie zrobi lepiej ode mnie rzeczy, co do których mam swoją określoną wizję i oczekiwania. Wiadomo, że jeśli nie mam określonych zdolności to na pewno będę robić to dłużej, ale za to wyjdzie to dokładniej i dokładnie tak, jak chcę.
Tak wyszedł ten dekolt - dokładnie tak jak chciałam!
Bo jak nie ja, to kto? :)

koszula tutaj + diy
spodnie Bershka
torebka i buty bezmarkowe
kapelusz Mohito
zegarek i bransoletka Daniel Wellington

zdjęcia w plenerze: Anna Dziadosz Spinki i szpilki


7 LAT MOJEGO WŁOSOMANIACTWA

10 lipca 2017

Mało kto wie lub pamięta, że początek mojej walki o piękne włosy datowany jest na środek lipca 2010 roku. To właśnie wtedy – dostając totalnego olśnienia, postanowiłam, że zadbam o siebie i odmienię swój wygląd na taki, o jakim marzę. Mijanie na ulicy innych dziewczyn, które miały długie, błyszczące i co najważniejsze naturalne włosy (!), było dla mnie dołujące. Sama męczyłam się wtedy z wypłukanym, wypłowiałym blondem i 1 cm odrostem. Porzucenie farby do włosów i zapuszczenie naturalnych włosów było moim najważniejszym, urodowym postanowieniem. Tak zaczęła się moja piękna, siedmioletnia przygoda.

Naturalne włosy inspiracje


Początki nie były łatwe. Ciemny odrost rzucał się w oczy przy jasnych włosach i doprowadzał mnie do szewskiej pasji. Było to jednak małe piwo przy tym, w jakim stanie były moje włosy. Farbowane pasma cechowała okropna suchość i gumowatość, naturalne natomiast były niestety osłabione, cienkie i wymagające zdwojonej pielęgnacji.


Pierwszy rok nie był niezwykły. Slogany reklamowe łykałam jak pelikan używając przy tym różnego shitu, który zamiast naprawiać, ukrywał i wprawiał mnie w osłupienie przy każdym myciu lub odżywianiu. Po paru miesiącach sięgnęłam po WAX i to była pierwsza dobra rzecz, którą mogłam zrobić dla swoich włosów. Przełomowym okazał się jednak początek 2012 roku, gdy trafiłam na bloga Anwen i przeczytałam o tych wszystkich cudach które można robić z włosami. Już wtedy miałam dość duży odrost i włosy nieźle przygotowane do dalszej, większej pielęgnacji. Zaczęłam je olejować, kupiłam sobie wcierki i suplementy, odstawiłam suszarkę i urozmaiciłam swoją dietę w produkty zawierające składniki, które są jak najbardziej potrzebne przy odbudowie własnej czupryny.


Od czasu do czasu robiłam maskę jajeczną i ziołowe płukanki, m.in.

Po jakimś czasie postanowiłam zrobić eksperyment, którego efektami (na mnie najlepiej działają takie naturalne rzeczy!) koniecznie musiałam się pochwalić. 
Kto pamięta 
Maska z korzenia rzewienia ślicznie rozjaśniła mi włosy i odżywiła je. Co prawda, na początku na włosach utrzymywała się żółć, ale to bardzo charakterystyczne dla tego naturalnego produktu. Jestem z niego bardzo dumna, i co najważniejsze dla mnie – jestem dumna z siebie, bo jako pierwsza pokazałam jakie efekty daje ta naturalna maska i zainspirowałam masę blogujących i nie blogujących dziewczyn do przetestowania tego sposobu. Post o Rozjaśnianiu włosów korzeniem rzewienia to najpopularniejszy post na moim blogu.




Potem była ciąża i jeden z najpiękniejszych okresów mojego włosomaniactwa. Nigdy nie miałam tak pięknych i błyszczących włosów, a ich wzrost powalił mnie na kolana. O zmniejszonym wypadaniu nie wspomnę, bo to raczej oczywiste, ale gdyby cała reszta mogła miażdżyć, byłabym mokrą plamą! Oczywiście warto wspomnieć, że o włosy bardzo dbałam, ale hormony również robiły swoje. Po ciąży ten stan utrzymał się przez długie miesiące i kolejną przełomową rzeczą było obcięcie włosów i oddanie ich dla Fundacji Rak’n’Roll.




Powód mojej decyzji był prosty i przykry. 
Bardzo dbając o moje włosy nie byłam w stanie zmusić ich do wzrostu. Przez niecałe dwa lata po urodzeniu dziecka rosły mi bardzo szybko by nagle, ni z tąd ni z owąd zatrzymywać się przed talią. 
Nie ruszały dalej mimo wszelkich starań. Zastanawiałam się, co robię nie tak? W poszukiwaniu powodów tego stanu natrafiłam na kilka wątków w internecie, które dotyczyły włosów które dorastają do pewnej długości i nie rosną dalej.
Męczyłam się z tym kilka miesięcy, aż w końcu odpuściłam to sobie i zaczęłam rozglądać się za inspiracjami w internecie. Po krótkich przemyśleniach wybrałam fryzurę long bob a potem poszłam do salonu fryzjerskiego. Wróciłam całkowicie odmieniona i zadowolona jak nigdy dotąd. Włosy były we wspaniałej kondycji! Ale to oznaczało również to, że nie wymagały takiej pielęgnacji jak wcześniej. Nie musiałam ich tak często olejować czy brać suplementów. Były w tak dobrym stanie, że spokojnie wystarczał mi szampon i odżywka. Włosomaniactwo cichło aż w końcu zatrzymało się na niskim poziomie i rok po zmianie fryzury znowu zabrałam się za eksperymenty.


Jak to mówią włosomaniaczki…
Rozjaśnij włosy a znowu będziesz miała z nimi co robić!


Zrobiłam to. Postanowiłam, że rozjaśnię włosy!
Tym razem jednak nie babrałam się z naturalnymi sposobami i sięgnęłam po rozjaśniacz Sunkiss od Loreal. Dzięki temu, że włosomaniactwo nie ucichło przecież całkowicie, skorzystałam z „nabytego” przez pewien czas doświadczenia i wiedzy. To właśnie dzięki temu wiedziałam, jak stosować rozjaśniacz ostrożnie. Zdawałam sobie sprawę z tego, że to środek chemiczny i może w jakiś sposób zniszczyć moje włosy, więc używając go byłam delikatniejsza a ilość aplikacji rozłożyłam na 9, dzięki czemu włosy rozjaśniałam stopniowo i delikatnie. Efekt był cudowny – włosy rozjaśniły się o 2-3 tony i byłam gotowa w 100% na przywitanie oceanicznych fal!



Z racji tego, że rozjaśniacz to nie pudełko smacznych malin, a oceaniczna sól osiadała na moich włosach przez dwa miesiące, musiałam wziąć się za moją czuprynę. Moje włosomaniactwo wskoczyło na najwyższy poziom i od jakiś 10 miesięcy olejuję włosy, biorę suplementy, wcieram Jantar i od czasu do czasu zastosuję sobie płukankę ziołową oraz żel lniany. Maski robię rzadziej, ale fakt się liczy. Jedyne z czym podejmuję walkę to twarda woda, ale włosy są w super stanie! Na dodatek w lipcu oprócz 7 lat włosomaniactwa minie mi rok od ostatniego cięcia!*




Jestem bardzo dumna z mojej decyzji o dbaniu o włosy. Muszę Wam zdradzić, że uważam włosy za najpiękniejszy atut kobiety, i nic go nie zastąpi. Najpiękniejszy makijaż, manicure czy idealna figura giną, gdy nie podkreśla ich coś takiego, jak zadbane włosy. Widzę to nie tylko po sobie ale i po kobietach na ulicy którym tak kiedyś zazdrościłam tego, o co tak postanowiłam zadbać. Często nawet się nie maluję, bo z moją czupryną czuję się cudownie i widzę, że odciąga uwagę od buzi bez grama podkładu. Tak jak ja kiedyś zwracałam uwagę na błyszczące włosy, tak teraz widzę, że moje taką uwagę zwracają. Rozpiera mnie ogromna duma i wiem, że decyzja o zadbaniu o włosy była najlepszą jaką mogłam podjąć. Tak więc jeśli nie wiesz, co możesz zrobić dla siebie, to ja Ci doradzę.


Rada jest prosta.

ZADBAJ O SWOJE WŁOSY, BO TO TWÓJ NAJWIĘKSZY ATUT!



Na sam koniec tego wpisu zdradzę Wam, że są takie sytuacje, gdy wiem, że robię kawał dobrej roboty. Dwa dni temu utwierdziła mnie w tym Sandra, od której dostałam cudowną wiadomość. Wierzcie mi, że niezależnie od tego w jakiej tematyce dostaję takie wiadomości, zawsze bardzo się cieszę! Cudownego, nowego tygodnia!




*pomijając usunięcie paskudnych i wystających końcówek przed imprezą

Moja lista 10 najwspanialszych marzeń do spełnienia

1 lipca 2017

Wiecie, że siła marzeń i pozytywnego myślenia, to moja główna siła napędowa? :D Gdyby nie ona, nie wstawałabym z uśmiechem na twarzy, ani nie działałabym we wszystkich dziedzinach życia z taką motywacją. Kto mnie zna ten wie, że bardzo wierzę w siłę przyciągania i ogromną wagę przywiązuję do notowania, oraz tworzenia różnych chciejlist. Dlatego też, gdy tylko o czymś marzę to w jakiś sposób utrwalam to z nadzieją, że się spełni. I wiecie co? Do tej pory spełniło się wszystko, o czym marzyłam w przeciągu kilku lat. Moje marzenia spełniały się w różny sposób, niezależnie od tego, czy to były rzeczy całkowicie materialne czy zupełnie odwrotnie. A że wierzę w siłę marzeń, to chciałabym Wam opowiedzieć o tych największych, które są moim motorem napędowym w codziennych działaniach i dodają mi mnóstwo siły każdego dnia. Są to marzenia podróżnicze i rozwojowe, rzeczy które totalnie mnie uszczęśliwią, a każde z nich, mniejsze bądź większe, jest dla mnie równie ważne i piękne! 

Ps. Wszystkie zdjęcia pochodzą z Pinteresta! 

Pierwszym, i moim największym, najistotniejszym na ten moment marzeniem, jest wyjazd do Londynu. I to nie na chwilę, nie dla obejrzenia objazdem… Co najmniej na 3 dni!:D Jest to stosunkowo tanie marzenie i do spełnienia, dlatego pomału chomikuję sobie budżet, żeby przeżyć jedną z najlepszych przygód. Jeszcze dwa lata temu miałam w nosie to miasto (tak samo jak cały świat), lecz wszystko zmieniło się, gdy w drodze do domu, pewnego, wrześniowego dnia, oglądałam z samolotu panoramę Londynu. Przywykłam do angielskiej rzeczywistości, języka słyszanego na ulicy, pięknych krajobrazów i tej specyficznej lekkości życia bez atakujących mnie codziennie absurdów. Dlatego też spoglądając na Londyn z góry powiedziałam sobie, że jeszcze tam wrócę! Marzę o tym, by zobaczyć Pałac Buckingham, Westminster Bridge, Big Ben, Oxford Street, Nothing Hill, dzielnicę Belgravia. Moim must have jest kawa i ciacho w Peggy Porshen Cakes, zakupy w Primarku i…


Nic dziwnego, że mam takie marzenie, wiecie? Wychowałam się w domku z ogródkiem i to naturalne, że tego samego pragnę w przyszłości. W swoim marzeniu widzę jednak pola i lasy za oknem zamiast ulic. A do tego białe ściany, kominek i choinkę migoczącą gdzieś w kącie na święta. Ciepłą herbatę, kolorową jesień obok i warzywa prosto z pola. Kurki biegające po trawie i pranie suszące się w ogrodzie. Dzieciaki biegające pod nogami i prawdziwe, rodzinne szczęście. Zapach świeżo upieczonego ciasta, własny gabinecik z widokiem na łąkę. Marzenie mocno rodzinnej osoby!

Już raz próbowałam i zajmowało mi to prawie cztery lata. Niestety coś było chyba nie tak z moimi włosami, bo dalej niż do talii nie chciały rosnąć. Teraz walczę mocnym kalibrem i nie dam się tak pokonać, bo marzę o tym, by mój atrybut kobiecości był taki, o jakim marzę! To doda mi jeszcze więcej pewności siebie!


 … czyli moje przed Londyńskie marzenie :D Kornwalię widziałam na zdjęciach już dawno temu, ale niespecjalnie mnie tam ciągnęło. Wolałam gorącą Grecję czy Włochy, ale męcząc się w naszych upałach powiem Wam, że temperatura między 20 a 25 stopni jest dla mnie najodpowiedniejsza :D No i te widoki, czysta woda i muszelki prosto z oceanu Atlantyckiego – odlot!

A zwłaszcza Hel, Trójmiasto i Zakopane. Marzą mi się spacery w kierunku Zakopanego z widokiem na góry, oscypki, zapach górskiej jesieni która zaczyna się w drugiej połowie sierpnia i dym drzewny z komina. Nasze morze, piękno nadmorskich lasów i molo w Sopocie. Oczywiście z rodziną. Nie ma nic piękniejszego :D




Miesięczna kuracja z Halier - recenzja i podsumowanie

28 czerwca 2017



Kto obserwuje mnie na Instagramie ten wie, że w ostatnim tygodniu maja rozpoczęłam kurację z marką Halier Polska. Zastawiałam się nad tym, jaki skutek przyniesie mi pielęgnacja profesjonalnymi kosmetykami i czy dam radę, bo moje włosy zachowują się dość niezwykle przy przy każdorazowym użyciu profesjonalnego środka do włosów. Po prostu buntują się, przetłuszczają w mgnieniu oka i strączkują. Wierzcie mi, bałam się tego jak nie wiem co. Ale czy słusznie?

Do testów wpadł mi w ręce szampon, odżywka i suplement diety Harvity. Harvity miałam brać codziennie, ale jeśli chodzi o szampon i odżywkę, to musiałam zrobić sobie mały plan i po trochu działać na oko. Moje włosy nie lubią, gdy myję je bez przerwy tym samym szamponem, dlatego postanowiłam, że będę używać na zmianę szamponu Fortesse ze środkami innych marek. Jeśli chodzi o odżywkę, to nakładałam ją tak, aby omijać skórę głowy która nie lubi zapychania. Wierzcie mi - choć producenci zawsze obiecują, że dany środek nie zapcha porów w skórze, to ja wolę nie ryzykować, by uniknąć szybszego przetłuszczania. Co kilka dni myłam włosy mocno czyszczącym szamponem aby wyczyścić włosy dokładnie i przygotować do innych zabiegów. Jednak w kwestii czyszczenia bardzo zaskoczył mnie Fortesse. Wiadomo, przecież to szampon, ale w kwestii czyszczenia zwykłe zaskoczenie to za mało. Gdybym szampon mógłby wbijać w fotel, to zrobiłabym dziurę w ścianie.




Fortesse to gęsty szampon perłowej barwie. Jest zamknięty w butelce z pompką i ma dość specyficzny, mocny zapach – trochę ziołowy, trochę kosmetyczny, a przede wszystkim mocno kojarzący się ze specyfikami w salonach fryzjerskich. Zdradzę Wam, że ten fakt nieco mnie przeraził, ponieważ unikam wszystkiego, co ma tak mocny zapach. Trochę tak, jak diabeł wody święconej, więc domyślacie się, jak bardzo bałam się różnych rzeczy które mogłyby się stać z moimi włosami.
Ale same rozumiecie – miesiąc z Halier to było moje wyzwanie, którego zdecydowałam się podjąć. Powiedziałam sobie – nie pękaj, to, że kosmetyk jest profesjonalny nie oznacza, że będzie straszyć jak fryzjerskie kosmetyki.
Jak myślicie, co obiecał producent? Przede wszystkim przyspieszenie wzrostu włosów, odżywienie cebulek, regenerację skóry głowy i poprawienie elastyczności włosów. A do tego wygładzenie, wzmocnienie i dokładne mycie.
Pierwsze dni nie były najłatwiejsze, bo bardzo starałam się ogarnąć gęstą konsystencję tego szamponu. Fortesse bardzo łatwo się pieni i wystarczy jego mała ilość do umycia włosów, dzięki czemu jest bardzo wydajny. Do zapachu przyzwyczaiłam się po tygodniu, więc mycie włosów stało się bardziej komfortowe. Zauważyłam też, że ten szampon naprawdę MOCNO czyści mimo braku detergentów takich jak SLS, SLES i SCS. Pasma niskoporowate (odrost) były gładkie jak tafla wody, natomiast rozjaśnione całkiem inne – w dotyku takie, jakby zdarło się z nich całą warstwę ochronną. Ale nie ma się czemu dziwić, jeśli są rozjaśnione od roku a w między czasie były wystawione na pastwę warunków. Po umyciu takich włosów (i bezproblemowych niskoporów) do gry wchodziła odżywka.




Odżywka Fortesse również cechowała się mocnym zapachem i gęstą konsystencją. Mimo to fantastycznie działała na włosy i zaledwie kilka minut trzymania jej na głowie, działały cuda. Nie ma się czemu dziwić, bo w składzie jest m. in. olej rycynowy (działa na porost!), ekstrakt ze skrzypu polnego, z nasion lnu zwyczajnego, ekstrakt z korzenia bazylii, witamina d3 i składniki nawilżające... Znajdziemy tam również silikon (dimethicone), ale nie bądźmy już takie ANTY, bo silikon ma za zadanie chronić to, co zniszczone, po to by jeszcze bardziej nie ucierpiało. Jeśli zapuszczacie włosy i nie chcecie schodzić z długości, to raczej robicie wszystko, by zachować je w najlepszym stanie nawet, jeśli są przesuszone, prawda? No właśnie.
Kontynuując, włosy zyskiwały gładkość, niesamowitą miękkość i nawilżenie. W dotyku przypominały lejącą się, gładką falę i co najważniejsze – odżywka poprawiła jakość włosów w kontakcie z twardą wodą. Włosy nie przypominały już szczoty, a z miękką wodą to w był prawdziwy ideał!




Włosy po umyciu miękką wodą i szamponem Fortesse. Ideał!




Najważniejszym dla mnie punktem w tej recenzji jest suplement Harvity. Słyszałam o nim dużo od dziewczyn na instagramie, gdzie zdjęcia z nim rozchodziły się jak świeże bułeczki. Dziewczyny pisały o świetnych efektach, więc dlaczego ja miałabym nie spróbować? Przyjmowanie rozpoczęłam w środku ostatniego tygodnia maja i brałam je regularnie po 2 sztuki na raz. Ten suplement jest dość specyficzny, bo pomimo naprawdę dobrego składu, pachnie dziwnie. Gdybym miała wskazać co mi przypomina, to zdecydowanie wybieram karmę. Zapach dość specyficzny, ale jest do wytrzymania, na tej samej zasadzie jak z lekami – nie musi być smaczny czy pięknie pachnieć żeby działał. Skład tabletek jest rewelacyjny, bo suplement zawiera m.in. kolagen, ekstrakt ze skrzypu polnego, L-cysteinę, wit. C, Żelazo, Biotynę, kwas pantotenowy (wit. b5), kwas foliowy, i wiele wiele innych, które robią robotę! Widzę to nie tylko po włosach, które wystartowały z 49 cm a dziś sięgają 51 cm, a na dodatek MNIEJ WYPADAJĄ, ale i po sobie! Po prostu czuję się lepiej, zdrowiej, nie mam dzikiej chęci na sen i mam jeszcze fajniejszą, zdecydowanie bardziej elastyczną cerę. To chyba mówi samo za siebie, prawda? Na ten suplement diety na pewno jeszcze raz się skuszę.




Włosy po kuracji z marką Halier wyglądają bardzo fajnie. Ich wygląd zmienił się na plus, są bardziej lejące, przyjemne w dotyku i co najważniejsze, rosną szybciej i pomijając wszelkie miarki, to jest naprawdę widoczne! Na dodatek widać, ile mam baby hair. Wynik 2 cm w miesiąc jest naprawdę ok zwłaszcza, że średni miesięczny wzrost to 1 cm a w przypadku moich włosów 1,3 cm. Dam sobie rękę uciąć, że efekty będą wychodzić jeszcze przez następny miesiąc i włosy przyspieszą, tym bardziej, że odżywiam się naprawdę zdrowo i ilość składników odżywczych to istne combo. Podsumowując – bałam się, że skończę z codziennymi strączkami we włosach i niezadowoleniem na twarzy, a jest zupełnie inaczej. Jestem bardzo zadowolona i cieszę się, że dzięki super  wydajności, szamponu i odżywki zostało mi przynajmniej na jeszcze jeden miesiąc! :) Dziękuję marce Halier za możliwość przetestowania tych produktów a Wam polecam je serdecznie.

Zachęcam również do przejrzenia firmowego bloga marki Halier gdzie znajdziecie mnóstwo fajnych, włosowych materiałów - w tym również ten o koloryzacji włosów kremem czekoladowym, o której pisałam w tym poście i stwierdziłam, dlaczego warto, choć włosy nie koniecznie zmienią kolor :)
Jeśli chcecie poznać zdanie na temat Harvity od innych osób, to z kolei możecie wpaść na stronę Znamlek, gdzie znajdziecie mnóstwo krótkich recenzji w komentarzach i z pewnością w jakiś sposób wyrobicie sobie zdanie i pomyślicie nad urozmaiceniem Waszej pielęgnacji.

Ściskam!
Marta


Punkt z mojej listy zaliczony + poprawki krawieckie w planach

22 czerwca 2017



Jak postanowiłam, tak zrobiłam i moja szafa wreszcie tworzy całkiem spójną całość. Nie ma tam nic pstrokatego, a wszystkie barwy idealnie oddają moją osobowość. Na dodatek jest porządek, który chciałam osiągnąć i nic nie wala się bez sensu. Dzięki temu jest mi lżej a jeden z punktów z listy rzeczy do zrobienia do końca czerwca jest zaliczony! 




Porządki w szafie to także okazja do zweryfikowania pewnego stanu rzeczy. Wiecie jak to jest, jak w ręce wpada Wam rzecz, która po dłuższym zastanowieniu nadaje się do poprawki krawieckiej? Ja znam ten stan doskonale. Tym razem pod ostrze nożyczek idzie tunika/bardzo krótka sukienka, która jest jednym z moich ulubionych łupów z Romwe.



Tak przy okazji odsyłam do wpisu o tym 

Jak wybierać ubrania w azjatyckich sklepach





sukienka / tunika

TUTAJ


Wszystko jest fajnie, prawda? Jest czarna, fajnie uszyta, ma genialny dół, do tego jest luźna i idealna zarówno do spodni jak i do szortów. Pomyślałam sobie jednak, że zrobienie w niej dekoltu będzie doskonałym pomysłem nawet, jeśli jest dobra taka, jaka jest.

Powodem jest to, że jestem maniakalną zwolenniczką dekoltów i pokazywania obojczyków. Są ludzie którzy uznaliby mnie z tego powodu za dziwną, ale uważam, że obojczyki są jednym z najseksowniejszych miejsc na ciele. Zawsze lubię założyć fajny naszyjnik i je eksponować, a tutaj nie mam pola do popisu. Poza tym mam w szafie piękne, koronkowe biustonosze, które idealnie wpasowałyby się w całość.




Znalazłam na Pintereście kilka bardzo podobnych tunik i sukienek w różnych stylizacjach (poza 4 zdjęciem które jest stricte inspiracją) i powiem Wam, że jest pięknie, ale brak im tego czegoś. Myślę, że gdyby miały dekolt, byłyby w 100% idealne, dlatego nie mogę doczekać się, gdy w końcu swoją poprawię. 
A Wy dokonujecie czasem poprawek krawieckich? :)



Prosty look na letni dzień + 8 zadań do wykonania jeszcze w czerwcu

19 czerwca 2017



Nareszcie mamy poniedziałek! Nie wiem jak Wy, ale ja czuję w sobie mega powera, nawet, jeśli ostatnie tygodnie były trochę męczące. Dokuczała mi nadmierna senność, często znużenie, bo wierzcie mi, ale nadmiar zajęć wcale nie jest taki dobry i człowiek w końcu czuje wypalenie. Niestety też dopadła mnie irytacja, bo nie miałam czasu na inne rzeczy. Dlatego też postanowiłam sobie niektóre rzeczy odpuścić i to była najlepsza decyzja jaką mogłam wtedy podjąć. Dziś czuję się bardzo dobrze. Długo na to czekałam.
W związku z pojawieniem się nowej energii życiowej, postanowiłam dla własnej satysfakcji zrealizować 8 rzeczy do końca miesiąca. Mogłabym polecieć po bandzie i zrobić sobie listę 10 zadań, bo do końca miesiąca zostało naprawdę mało czasu. Pewnie poszłoby bez problemu, ale wolę się nie porywać na takie szaleństwa i zaplanować to, co faktycznie dam radę zrobić jak najlepiej.




sukienka tutaj
torebka tutaj
buty Franco Sarto / TK Maxx


Co chciałabym zdziałać?


Lepiej dysponować swoim budżetem i coś zaoszczędzić.

To mój najważniejszy punkt na całej liście. Choć bardzo ostrożnie wydaję swoje pieniądze, to ostatnio zauważyłam, że częściej mnie ponosi i jest to rzecz do odpracowania. Wierzę, że dzięki temu coś zaoszczędzę i będę mogła sobie odłożyć.

Ogarnąć biurko jako miejsce do pracy i planowania.

O ile do tej pory praca na laptopie przy innych hałasach nie stanowiła dla mnie problemu, tak teraz czuję się bardzo rozproszona i nie jestem w stanie się skupić. Poza tym to cudowna okazja do zagospodarowania sobie własnej przestrzeni ze świecami i kwiatami w wazonie. Cudowna perspektywa nadchodzących dni!

Ogarnąć szafę która zawsze kończy z rozgardiaszem.

Wyprzedaż szafy skończyła się totalnym bajzlem w mojej szafie. To, co wcześniej leżało we względnym porządku, tak teraz wala się z całą resztą rzeczy, a ja nie jestem w stanie nic znaleźć. Sprzedaż ubrań miała mi przynieść porządek, ale to, że ubrań jest mniej nie oznacza, że zapanuje tam względny porządek. Szafa nadal prosi się o segregację rzeczy i powieszenie wielu ciuchów na wieszakach.

Zrobić wszystko, by paznokcie przestały się tak okropnie łamać.

Choćby pomalowanie ich odżywką co powinno choć trochę je usztywnić. Do tej pory paznokcie łamią mi się pionowo do środka, a ja nie jestem w stanie nad tym zapanować. Mam nadzieję, że to pomoże. 

Przeczytać do końca „Sekrety urody Koreanek”.

Szczerze Wam powiem, że to plan do zrealizowania w 100% przy dziecku, bo książka jest naprawdę wciągająca i napisana tak, że nie można przejść obok niej obojętnie! W godzinę wciągnęłam 50 stron. To chyba mówi samo za siebie, prawda?

Znaleźć idealne czarne spodnie – bez żadnych dziur i przetarć.

Bo nie mam takich. Wszystkie moje spodnie mają przetarcia lub dziury. Oprócz musztardowych cygaretek, które rzadko noszę.

Upiec fantastyczną bezę.

Śliczną, białą i wysoką. A potem udekorować ją kremem i owocami.
 
Przygotować listę najważniejszych marzeń.

To najważniejszy z planów do zrobienia jeszcze w tym miesiącu. Uwielbiam wszystkie wishlisty, mój zeszyt życzeń i wszystko co związane z siłą pozytywnego myślenia. Ta lista – zwłaszcza wydrukowana, będzie najlepszą rzeczą jaką uda mi się zrealizować. A i Wy ją zobaczycie, obiecuję Wam!



Latest Instagrams

© Kreuję swoje życie • Lekka i przyjemna strona lifestyle'u młodej mamy. Design by Fearne.