Slider

Nowości zakupowe z ostatnich miesięcy / ZARA • Alie • Renee

18 kwietnia 2020



Cześć dziewczyny! Ostatnim razem byłam tu miesiąc temu i byłam pewna, że odezwę się nawet dzień po... Jednak życie to zweryfikowało, a tajemnica moich dolegliwości oprócz astmy oskrzelowej pozostała nieodkryta. Z antybiotyków tylko Amotaks nieco złagodził dolegliwości, ale kaszel mam do teraz... No ale nie o tym. Dziś przychodzę do Was z moimi ulubionymi nowościami zakupowymi z ostatnich miesięcy. Po kolorach i fasonach widać, że wszystko kupowałam z głową i z myślą o noszeniu tego przez CONAJMNIEJ dwa lata. Niektóre rzeczy będą podlinkowane. Jesteście ciekawe? 




Pierwszą rzeczą jest cudowna sztruksowa koszula z wyprzedaży w Zarze. Widziałam ją już wiele miesięcy temu, ale dla mnie 200 zł za koszulę to fanaberia. Pierwotna cena sprawiła, że ją sobie odpuściłam i uznałam, że to bez sensu, ale gdy zobaczyłam ją na wyprzedaży za 69 zł (na dodatek jedyną XS) to stwierdziłam, że czekała na mnie i że będę żałować, jeśli jej nie wezmę. Jej zakup był naprawdę trafiony i już od początku wiedziałam, że będzie jedną z moich ulubionych rzeczy w szafie. Link, który macie poniżej prowadzi do jedynej czarnej koszuli sztruksowej jaką znalazłam w internecie. 

koszula sztruksowa TUTAJ




Drugą w kolejności jest tweedowa marynarka również z Zary. Dawno temu mierzyłam już białą, która leżała naprawdę dobrze, więc z miejsca wiedziałam, że z czarną będzie to samo, a kolor przemawiał zdecydowanie na korzyść. Będąc absolutnie pewna, kupiłam ją w pierwszej godzinie wyprzedaży (dodałam do koszyka kilka dni wcześniej). 229 zł to nadal wysoka cena, ale i tak lepsza niż 349 zł... Poza tym inaczej się kupuje z voucherami na koncie ;) Nie sprecyzuję Wam ile dokładnie oszczędziłam, bo chyba wyrzuciłam meila z paragonem, ale musicie mi uwierzyć, że sporo ;) Poniżej macie link do wszystkich marynarek w internecie (na Ceneo widziałam kilka tweedowych) bo TA JEDNA, KONKRETNA LUBI WRACAĆ, ale i numer referencyjny, który przyda się Wam do wyszukania jej. Po numerze referencyjnym szukamy produktu OCZYWIŚCIE na stronie lub w aplikacji Zary :)

tweedowa marynarka TUTAJ




Widzicie ten śliczny dekolt? To kawałek przepięknej bluzki którą kupiłam na Aliexpress. 
Generalnie sęk tkwi w tym, że materiał to nie 70% bawełny jak podaje sprzedawca, ale dla osób, które nie mają problemu z potliwością, będzie to całkiem fajna część garderoby ;)




Koszula w stylu piżamowym - coś czego już nie ma na stronie Zary, ale znalazłam podobne modele w internecie. Nie byłam pewna tego kroju, ale zaintrygował mnie. Pomyślałam, że będzie fajnie wyglądać z czarnymi, eleganckimi spodniami i mokasynami, albo z dżinsowymi, czarnymi rurkami i sandałkami na obcasie. Prędko mi się nie znudzi, bo na razie nie mam jej gdzie założyć... ;) Nic tylko czekać do końca kwarantanny ;)




Torebka którą widzicie na zdjęciu poniżej to również łup wyprzedażowy z Zary. Widziałam ją już wcześniej i choć na zdjęciach nie urzekała, to na żywo prezentowała się zupełnie inaczej. Wiecie, niby błyszcząca skóra, niby produkt sieciówkowy, a wszystko wykonane jest bardzo porządnie, bez żadnych skaz i na dodatek ta złota, matowa klamra - torebka wygląda po prostu mega LUKSUSOWO. Totalnie mój styl!



Białe tenisówki do śmigania to zakup, który powtarzam każdej wiosny, rok w rok. Wiem, że białe buty to jednak białe buty (oprócz białych Converse, które kosztowały tyle, że traktuję je jak świętość xD) i zjadę je w rekordowym tempie. A jak zjadę je w rekordowym tempie, to staram się zapłacić za nie jak najmniej - w tym roku dałam jakieś 60 zł dzięki dużemu rabatowi na Renee, ale to w zeszłym roku dowaliłam do pieca, bo dzięki wygranemu voucherowi i promocji dałam za buty cały 1 GROSZ :D Tegoroczne bardzo mi się podobają - są w stylu tych od Aleksandra McQueena, a do tego miękkie w środku i bardzo wygodne.

TUTAJ mam dla Was mnóstwo modeli - do wyboru do koloru!





Te czarne buty to ostatni i zarazem najbardziej wyczekiwany zakup ze wszystkich. Czekałam na nie cały sezon i gdy tylko pojawiły się, poczekałam na wyprzedaż, i... oczywiście je wzięłam! Są absolutnie piękne, eleganckie i stylowe. Oczywiście są niskie, bo podtrzymuje je maleńki obcas, ale nie przeszkadza mi to a wręcz przeciwnie - bardzo mi się to podoba! Czekam tylko na drugą połowę wiosny i zakładam je na nogi :)




Na sam koniec widoczne po prawej stronie na zdjęciu (ucięte) mokasyny ;) Zapomniałam zrobić im zdjęcia, więc to jedno musi Wam wystarczyć, ale jeśli już mowa o butach, to są naprawdę fantastyczne! Kupiłam je przed samą kwarantanną 50% taniej, bo zeszłoroczne z Renee bardzo się rozeszły i postanowiłam oddać je mamie, której puchną stopy i woli luźniejsze buty. Te na zdjęciu są z prawdziwej skóry a przy przymierzanie sprawiło mi ogromną frajdę - buty sprawiały wrażenie jakby dopasowały się do mojej stopy a i ja miałam odczucie jakbym... chodziła boso! Wspaniałe, wygodne buty, naprawdę je Wam polecam :)  
Poniżej podaję Wam link. Na razie nie są dostępne, ale skorzystajcie z opcji Coming Soon, bo one lubią wracać ;)

buty TUTAJ




Mam nadzieję, że rzeczy Wam się podobają a w linkach znajdziecie to, czego szukacie. Buziaki!


Dziennik pokładowy / Kwarantanna / 15 marca 2020

15 marca 2020

Przykrą stroną mojej zewnętrznej natury jest to, że sprawiam wrażenie nazbyt znerwicowanej osoby. Fakt, nerwy potrafią mnie dopaść w każdym możliwym momencie, a moja ekspresja nie pozwala zatrzymać wszystkich uczuć w sobie, ale nie jestem znerwicowana. Jestem przezorna, ostrożna i gotowa do przystosowania się do różnych życiowych warunków. Wiem jak to jest, gdy nie ma kasy, a nawet nagle traci się dach nad głową... Wiem jak to jest gdy dziecko przelewa się przez ręce. Wiem jak to jest stać się samotną mamą. Wiem jak to jest, gdy traci się grunt pod nogami. Większość sytuacji jest mi dobrze znana i naprawdę potrafię się przystosować. Ale z tym co jest obecnie, mierzę się pierwszy raz. Nigdy nie stanęłam oko w oko z TAKIM strachem jak teraz. Naprawdę boję się co będzie dalej.




W nowy rok weszłam pełna sprzecznych emocji. Pamiętam, że byłam wtedy bardzo zawiedziona czymś, nie miałam już nadziei. Nie spełniło się jedno z moich największych marzeń i dosłownie straciłam chęć do życia. Zdarza się, no życie. Było mi tak bardzo źle, że miałam w nosie to, czy na świecie dzieją się złe rzeczy, a problemy moich bliskich przestały mnie interesować. Wpadłam w jakiś depresyjny nastrój. Tkwiłam w takim zawieszeniu do momentu, w którym dowiedziałam się o sytuacji w Wuhan.


Każdy, kto mnie lepiej zna wie, że od trzech lat sezon jesienno zimowy jest dla mnie koszmarem. Nieustannie łapię jakieś cholerstwo, a od kiedy Julia chodzi do zerówki (czyli od września), nasze życie kręci się non stop wokół chorób, lekarza, przychodni... Mogłabym tak dalej wymieniać... Lecz co za tym idzie, mamy bardzo osłabioną odporność. Przebyta ostatnio grypa skończyła się dla nas powikłaniami. Julka przeszła zapalenie zatok, ja nawet nie wiedząc chodziłam z zapaleniem oskrzeli przez dwa tygodnie do pracy. Zorientowałam się, że coś jest nie tak dopiero wtedy, gdy napadowy, ostry kaszel nie minął a ja zaczęłam się dusić. 


I teraz wyobraźcie sobie co poczułam, gdy dowiedziałam się o Wuhan i o tym zjadliwym wirusie. Zdałam sobie sprawę, że to groźniejsze niż grypa, choć lekarze i media mówili inaczej. Co można sobie myśleć wiedząc, ile osób umiera na Covid 19 i jak bardzo to jest zjadliwe? Nagle doszło do mnie, jak to może się roznieść po świecie dzięki transportowi lotniczemu. Wszystkie wydarzenia śledziłam przez cały czas i wiedziałam, że kwestią czasu jest, jak wirus pojawi się u nas. Najgorsze było to, że wiedziałam, jak bardzo mamy przewalone. Nie tylko ja i moja rodzina, ale i moje koleżanki i koledzy z pracy. Praca w miejscu tranzytowym ma swoje prawa. Dzień w dzień mijasz się z tysiącami osób, obsługujesz klientów przy jednym stole, ktoś może na ciebie nakichać i nakasłać. Przyjeżdżają ludzie z lotniska, z dworca, z innych miast i krajów. Bardzo lubisz swoją pracę ale wiesz, że teraz, dokładnie w tym momencie (!) naprawdę jesteś w niebezpieczeństwie. Ludzie to bagatelizują, śmieją się z tego... A to nie byle przeziębienie. Grypę wyleczysz. Ale to? Nie wiesz jak z tym walczyć i to sprawia, że jesteś w czarnej dupie. 

A jeśli już mowa o czerni, to miałam poczucie, że wisi nad nami ogromna, czarna chmura. 

Wiecie co, mam bardzo silną intuicję. Potrafię coś dobrze wyczuć. Te przeczucia to jakby przebłyski w myślach i za każdym razem już wiem jak się coś potoczy. Czułam, że zbliża się coś bardzo złego, jakby ciężkość i ból. Już na początku marca wiedziałam, że sytuacja zmieni się nie do poznania. 


Naturą człowieka jest dociekanie. Zazwyczaj, żeby w coś uwierzyć, musisz to zobaczyć. Powiedzcie mi, jak to jest przejść od wyśmiewania do słuchania? Właśnie tak, że przez kilka lat moja rodzina obserwowała moją działającą jak radar intuicję. Te kilka osób nauczyło się, że moje przeczucia są tak trafne, że możemy się przygotować do czegoś zawczasu. Dlatego i tym razem bez żadnej dyskusji wysłuchali mnie i przeszli do czynów. Moi rodzice schowali się w domu, my przed tą całą paniką przygotowaliśmy się do siedzenia u siebie na dłużej. O tak, już tydzień temu wiedziałam, że zostaniemy wszyscy w domu. Po prostu czułam, że wszystko stanie. Zresztą kilka tygodni temu przestałam odwiedzać rodziców. Mama i tata to starsi ludzie, więc bałam się ich odwiedzać przez to, że miałyśmy grypę i też nie chciałam im przynieść czegoś z zewnątrz. 


Od połowy czwartku jestem już w domu. Przez ostatnie dwa tygodnie żyłam w stresie. bo balam się, że mogłam coś ze sobą przynieść. Nie ukrywam, że z dnia na dzień byłam coraz bardziej przerażona i spanikowana. A jak pan doktor powiedział mi, że przez dwa tygodnie chodziłam z zapaleniem oskrzeli, to oblały mnie zimne poty. Byłam osłabiona, nie miałam siły i do tego te nerwy...
Cały czas się boję. Ale ta sytuacja ma też swoje plusy. 




Nagle opadł ze mnie stres związany z biegiem dnia codziennego. Nieustająca aktywność i wyzwania już dawno przestały być dla mnie przyjemnością. Miałam tego dosyć. Miesiącami mijałam się z partnerem, nie miałam szansy być z rodziną na tyle ile chciałam... A przed nami 2 tygodnie razem. Skończyły się kłótnie i spina, bo wiemy, że przez to, że jesteśmy uziemieni na dobre, inne sprawy schodzą na dalszy plan. Mamy szansę być teraz razem na 100% i możemy wykorzystać ten czas na maksa. Dzięki temu włączyła mi się ogromna kreatywność i nagle mam tysiąc pomysłów na różne rzeczy! 
Jest ok, chociaż oskrzela nie pozwalają, nie oddycha mi się dobrze i muszę kilka razy dziennie robić nieprzyjemne wziewy. Teraz chociaż mam szansę to wyleczyć na spokojnie bo wiem, że nikt nie będzie mi wisiał nerwowo nad głową... :)




Co porabiamy od czwartku? W zasadzie nic. Po prostu przymusowo 
odpoczywamy i wzmacniamy się, jak tylko się da. Gotujemy, czytamy, 
oglądamy filmy, przytulamy się... :)




Piesia w swoim żywiole - uwielbiamy się przytulać! Na dodatek moja 
Perełka cudownie wygląda w bluzeczce po... pluszaku. Prawdziwy misio! 




Tiramisu in progress. Zachciało się deseru wieczorową porą.

 Tiramisu było oczywiście zrobione na bazie TEGO przepisu... 
Jak Tiramisu to tylko z Inką! Nie jestem w stanie przełknąć tego 
ze zwykłą kawą. 




Prawda, że wygląda przepysznie? Od razu nabrałam ochoty na TE TRUFLE!





Wspomniane tysiąc pomysłów obejmuje też pizzę - czyli co zjeść, 
gdy nie ma się na nic pomysłu. Szynka, camembert, oliwki i rukola 
to coś, co uwielbiam!


Pomyślałam sobie, że "Dziennik pokładowy" z kwarantanny będzie się pojawiał przez nasz cały pobyt w domu. Będę Wam dawała co u nas znać, pokażę co jemy, co oglądamy, co porabiamy... Tak więc... Do zobaczenia NAWET jutro!

Ściskam, Marta

Wiosenne zakupy kosmetyczne na DOUGLAS.pl • The Ordinary, Clinique, MAC, NYX

26 lutego 2020



Dzień dobry moi drodzy :) Ostatnio pisałam Wam na stories na instagramie, dlaczego jest mnie tak mało. Z tego powodu pewnie nie wiecie również tego (to zamierzam zmienić!), że porządnie zabrałam się za siebie. I nie chodzi tylko o pielęgnację od wewnątrz, ale i na zewnątrz! Owszem, już wiecie jak dbam o moją cerę, ale to nie wszystko, bo postanowiłam wdrożyć do pielęgnacji całkiem nowe produkty. Na dodatek dostałam totalnego bzika na punkcie makijażu, więc tutaj również moje zasoby zaczęły się ładnie powiększać. Bardzo bym chciała się nauczyć robić piękne makijaże i wyćwiczyć ten konkretny warsztat. Sprzyja temu to, że mam rękę do artystycznych rzeczy i moja miłość do kolorów. Jeśli w naturze widzę inspiracje, to na pewno będę umiała przenieść to na skórę :)
Ale bez zbędnego gadania zapraszam Was do poznania moich kosmetycznych nowości! :) 

Moje zakupy zrobiłam w aplikacji DOUGLAS.pl - uwielbiam ją i nie znam bardziej funkcjonalnej apki jeśli mowa o takich sklepach :) No ale do rzeczy!




kofeinowe serum // tutaj

Pierwszym kosmetykiem jest kofeinowe serum 5% od The Ordinary
Jak już wiecie, pielęgnację z The Ordinary prowadzę od października i 
jestem zachwycona efektami. Moja cera zmieniła się nie do poznania,
 jest jędrna, nawilżona i przyjemnie napięta. Niedoskonałości zmniejszyły 
się o 80% i wyglądam zdecydowanie lepiej niż jeszcze kilka miesięcy temu. 
Moja cera jest po prostu rewelacyjna! :) A skoro pielęgnacja dała mi takie 
efekty, to postanowiłam zrobić coś z cieniami i opuchlizną pod oczami. 
Serum stosuję już kilka dni i mam wrażenie, że moje spojrzenie jest 
zdecydowanie świeższe, a skóra nie jest tak opuchnięta po przebudzeniu. 
Na dodatek czuć, że to serum to totalny konkret - po aplikacji po 
prostu czuć, że działa.




Drugim produktem jest krem nawilżający od Clinique. W zeszłym roku 
kupiłam sobie zestaw do pielęgnacji cery mieszanej skłonnej do przesuszenia, 
a że niedługo zamierzam go testować, to dokupiłam sobie jeszcze jeden krem 
tejże marki, Nigdy nie używałam kosmetyków od Clinique, więc jestem 
ciekawa, jak będzie się sprawdzał.

krem nawilżający // tutaj




Pora przejść do nowości makijażowych! Tym razem postawiłam na jeden sprawdzony produkt i dwie, bardzo kuszące nowości!




pomadka MAC Kinda Sexy // tutaj

Z pomadkami od MAC znam się już od dawna. Miałam odcień Creme Cup, 
który był totalnym słodziakiem, w tym momencie używam od czasu do 
czasu ciemniejszego nudziaka o nazwie MEHR, a kolor ktory widzicie na
 zdjęciu to KINDA SEXY - mój wieloletni must have! Powiem Wam, 
że tym razem oczekiwania dorównały rzeczywistości i pomadka jest 
naprawdę cudowna! Bardzo kremowa i przy tym trwała, smaczna (!) i pięknie
 pachnąca. Na dodatek to mój ukochany, herbaciany odcień :)

konturówka NYX // tutaj

Konturówka do ust o przepięknym odcieniu różu to coś, czego od dawna 
nie było w mojej kosmetyczce. Nie używam jej stricte jako konturówki,
 ale wypełniam nią również resztę ust. Całość zwieńczam balsamem do ust - 
wygląda to cudownie, choć jako mat też prezentuje się pięknie! Ta konturówka
 dobrze się sprawdza również jako baza. Cena była kusząca, bo zapłaciłam za 
nią tylko 11 zł w promocji :)


 

Ostatnią rzeczą jaką miałam w koszyku jest... ten piękny cień do oczu! 
Zdziwicie się, ale mocne oko robię sobie do pracy, a gdy nie mam na 
powiece chociaż brązowego cienia, czuję się dość niepewnie :P Ten 
zgaszony granat zaintrygował mnie już przy pierwszym spojrzeniu,
 a że cena była całkiem przyjemna, to pomyślałam, że dobrym pomysłem 
byłoby przetestowanie go na sobie. Bałam się efektu, bo granat zawsze był 
dla mnie trudnym kolorem, ale nie dość, że wyszło mi całkiem ładnie, to na 
dodatek cień był dość trwały... Myślę, że za 9, 90 PLN warto spróbować!

cień do oczu NYX Galactic // tutaj




Co sądzicie o moich nowościach? :) Skusiłybyście się na coś z tego posta? Zdecydowanie polecam Wam pomadkę od MAC i produkty od The Ordinary - zwłaszcza te od The Ordinary! :) Ja kupuję swoje tylko na Douglas bo paczki przychodzą szybko a wysyłka do sklepu jest darmowa - dzięki temu wczoraj poczyniłam kolejne zakupy i uzupełniłam swoje pielęgnacyjne zapasy... ;)


Do zobaczenia w kolejnym poście!:)
 

Podsumowanie lutego, czyli.... Szpital, jedzenie i zakupy on line.

24 lutego 2020


Przed nami końcówka lutego więc myślę, że przyzwoicie byłoby już podsumować ten miesiąc, bo przez nadchodzący tydzień nic więcej się nie wydarzy. Nie poleciałam w tym miesiącu na księżyc ani nie osiągnęłam piorunującego sukcesu, bo było nieco trudniej niż myślałam. Czy wiecie, że styczeń był jednym, jedynym miesiącem w tym jesienno zimowym okresie, gdy nie chorowaliśmy? Albo powiem inaczej - infekcje nie dały specyficznych objawów, po których wiadomo było, że coś się dzieje, więc miałam szansę na 100% wdrożyć się w życie zawodowe by móc zarobić lepszy hajs. Nie skończyło się to dobrze, bo luty dał czadu pod względem chorowania...


Zaczęło się od ciągnącego się u Julki zapalenia zatok. Przez cały styczeń mała po prostu smarkała, w międzyczasie pojawiły się ropne wycieki z oczu i nosa. Na początku miesiąca złapało ją konkretnie i nasza pani doktor wdrożyła antybiotyk. Julka się wyleczyła i wróciła do przedszkola, jednak tylko na dwa, trzy dni... bo potem znowu ją złapało. Powiem Wam szczerze, że gdy tylko dostałam telefon od Damiana, że Julia znowu gorączkuje, to dostałam okropnej nerwicy. Przez cały dzień w pracy denerwowałam się, bo poważnie obawiałam się, że dzieje się coś złego. Moje przeczucie było słuszne, bo następnego dnia po wizycie u pediatry dostałam skierowanie do szpitala dla Julki. Okropnie bolał ją kark i głowa, była konkretnie rozbita, a gorączka nie spadła jej przez cały dzień. W pewnej chwili zauważyłam, że dziwnie śpi (nie jak chore dziecko, to było coś innego) i migiem spakowałam nas do szpitala. Potem było już gorzej, bo mdlała mi i wymiotowała pod siebie.
W szpitalu wyszła GRYPA TYPU A... Do tej pory zastanawiam się jakim cudem mała to złapała, bo na ten typ chorują nie tylko ludzie, ale i zwierzęta!
Wiecie, ludzie nie traktują grypy poważnie, a prawda jest taka, że tą chorobę TRZEBA WYLEŻEĆ (niezależnie od typu choroby), bo nie leczona może skończyć się powikłaniami a nawet... nie chcę tego nawet mówić. My dostałyśmy izolatkę, na noc została podłączona kroplówka i mocne leki. Po weekendzie opuściłyśmy szpital, ale stan małej wcale się nie poprawił, bo niestety w praniu wyszły powikłania. Do podawanego już Tamiflu dołączył antybiotyk.
Oczywiście ja również złapałam tego wirusa i wtorek był dla mnie najgorszym dniem w moim życiu, serio, pod względem bólu poród był lepszy! Jeszcze o 11 rozmawiałam przez telefon (już z gorączką), a potem 39 stopni rozwaliło mnie do tego stopnia, że leżałam w okropnych bólach i płakałam, bo nie mogłam tego znieść. Jednocześnie było mi potwornie zimno i gorąco, nie miałam siły podnieść ręki, nic nie jadłam i nie piłam, a od 16 już przestałam chodzić do łazienki. Wieczorem Damian podał mi leki (już brałam Oseltamiwir, potwornie drogi, ale jaki skuteczny!) i dopiero o 2 podniosłam się z łóżka.
Także za nami podłe półtora tygodnia... Dobrze, że idzie wiosna!


Oto oznaki tej wiosny, ale raczej z początku miesiąca. Temperatura w lutym zaskakuje, kto by pomyślał, że może skakać do 13 stopni? :) I dobrze, niech skacze! Mi pasuje, może być jeszcze więcej na termometrze!


Z racji większej ilości czasu spędzanego w domu postanowiłam wziąć się nieco za książki. Mafijne tematy uwielbiam, ale coś są dla mnie za ciężkie, więc zaczęłam czytać "Małe Kobietki" :) Książka wydaje się być naprawdę lekka i sympatyczna - coś dla mnie! :)


Ale luty to nie tylko choroby, książki i ładna pogoda. To też jedzenie - ulubione! W tym miesiącu mogłabym jeść to samo na okrągło. Po pierwsze...


Ser pleśniowy na chrupiącej kromce chleba, obowiązkowo z dżemem żurawinowym. Wyjątkowy przysmak, zwłaszcza na gorąco!


Sushi, sushi, sushi... Raz zamówiłam, a tak to kręciłam już kilka razy. Nie miałam na nie tylko ochoty w czasie choroby, ale poza nią mogłabym jeść je ciągle :) W marcu jednak zamówię, nie będę miała tyle czasu na robienie rolek.


Na zdjęciu mój sztos zestaw czyli:
• surimi w tempurze, mango, majonezem, sałatą
• awokado
• burak, ogórek, awokado, mango, kiełki, szczypiorek


Nie obyło się bez pączków w Tłusty Czwartek - mój mały pacjent sobie zażyczył, więc musiałam spełnić tą zachciankę. Wyjątkowo - bo prawie cały tydzień nic sama nie gotowałam, a jedzenie non stop zamawiałam do domu - nie miałam siły stać przy garach. Też musiałam wyleżeć wirusa, żeby móc znowu pracować i zajmować się maluchem.


Przepyszne nuggersy z uda kurczaka - pierwszy raz wyszły mi tak smaczne. Mięso pokroiłam, rozbiłam tłuczkiem, zamarynowałam w przyprawie "złocisty kurczak" i zostawiłam na kilka godzin. Następnie obtoczyłam w mące, potem w jajku a potem w panierce i usmażyłam na... tłuszczu po smażeniu pączków :P Jadłyśmy je z sosem z jogurtu, ogórka i czosnku. Zrobiłam tylko jeden błąd - dodałam cztery ząbki czosnku, więc jak możecie się domyślić, nie za ciekawie potem się czułam, a dokładniej mówiąc - tak sobie podrażniłam język, że mi spuchł :D



Na koniec najprzyjemniejsze, czyli zakupy online :D


Kolorową paletkę Hean x NatalieBeautyyy znacie na bank dłużej niż ja, bo ta paleta jest już od kilku miesięcy (???) na rynku. Gdy ją tylko zobaczyłam, przypomniały mi się te wszystkie kolorowe cienie mojej mamy, którymi w tajemnicy malowałam się w łazience gdy byłam mała :D Mama nie pozwalała mi ich ruszać, więc jak wiadomo, nie była zadowolona gdy widziała moją twarz w różnych odcieniach tęczy :D Te kolory budzą sentyment i przywołują dzieciństwo, zwłaszcza te błyszczące, które są absolutnie cudowne :)


Na tym zdjęciu możecie zobaczyć kwarc różowy, kryształ górski, ametyst i kwarc niebieski. Kupiłam te kamienie u Astoneishing, bo niestety w okolicy nie mam sklepu z tego typu artykułami, a poza tym już od dawna planowałam zakup kamieni, w których moc naprawdę wierzę. Uważam, że minerały mają szczególne właściwości i warto korzystać z takich dobrodziejstw. Poza tym spójrzcie, jak pięknie przechodzi przez nie światło - czy to nie cudowne...? :)


A na koniec nasz mały, stróżujący piesek. Każdego dnia przekonuję się o tym, jaki jest z niej niezły numer :) Do następnego kochani!


Pielęgnacja cery mieszanej ze skłonnością do przesuszenia • Foreo & The Ordinary

26 stycznia 2020

Cztery miesiące temu rozpoczęłam walkę o skórę bez niedoskonałości. Tak jak nawilżenie było moją piętą achillesową, tak było też ze wszelkimi wypryskami, zanieczyszczonymi porami czy intensywnym wydzielaniem sebum. Pomimo tego, że myłam buzię dwa razy dziennie i robiłam peelingi (najczęściej drobnoziarniste), nie uzyskiwałam żadnego, konkretnego efektu. Pory dalej były wypchane po brzegi ciemną, tłustą masą, a usuwanie mechaniczne mijało się z celem. Poza tym peelingi które stosowałam nie usuwały martwego naskórka... A jeden z moich ulubionych kremów nie chciał działać - więc ani nie mogłam buzi wyczyścić, ani nawilżyć. No nie dało się. Postanowiłam zmienić swoją pielęgnację. Na mojej półce łazienkowej pojawiły się zupełnie nowe produkty i zmienił się sposób oczyszczania.


Mój rytuał zaczynam od oczyszczania twarzy. Odkryłam, że moja cera potrzebuje codziennego złuszczania i masażu, więc gdy tylko zobaczyłam szczoteczkę Foreo Lunę Play Plus na promocji w Super Pharm, nie wahałam się ani chwili przed zakupem, który był pierwszym krokiem w mojej nowej pielęgnacji. Ale do zakupu nie skłonił mnie jedynie kiepski stan mojej skóry. Więc co?
Piękna buzia mojej Ani. Spotykamy się rzadko, wiec mam porównanie. Wierzcie mi, jej cera wyglądała zupełnie inaczej na kilka miesięcy przed tym spotkaniem. Była szara, zmęczona, niezbyt jędrna. Lecz gdy ją tylko zobaczyłam po tych wielu dniach, nie mogłam się nadziwić! Wygladała zdrowo, była miękka, sprężysta, rozjaśniona i świeża. A jej właścicielka pięknie i promiennie. Byłam w szoku, jak wiele potrafi zdziałać konkretne oczyszczanie i złuszczanie. To była moja największa motywacja.
Szczoteczka nie była tania, ale wiedziałam, że to będzie naprawdę dobry i wartościowy zakup. Już samo pierwsze użycie nieźle pokazało na co stać to urządzenie. Skóra była tak złuszczona, że aż sprawiała wrażenie tępej w dotyku, ale dzięki temu krem wchłonął się i to konkretnie! Potem przyszła pora na resztę...


Kolejnym krokiem stały się kwasy... W moje ręce trafiły te od The Ordinary. Słyszałam na ich temat wiele dobrego, ale jakoś nigdy nie miałam zbyt wiele motywacji do wprowadzenia takiego sposobu dbania o cerę u siebie. I wiecie co, żałuję, że zaczęłam ich używać tak późno! 
Kwas Glikolowy 7%  stosuję jako tonik w celu regulacji pracy gruczołów łojowych, delikatnego złuszczenia na co dzień, wygładzenia i wyrównania kolorytu mojej cery. Używam go praktycznie codziennie, poza dniami w których wykonuję peeling kwasami (AHA 30% + BHA 2%) i powiem Wam, ze na mojej buzi działa cuda. W końcu nie mam takiego problemu z czarnymi kropkami na nosie, a dzięki peelingowi kwasowemu który zostawiam na buzi na około 10 minut moja buzia jest ekstremalnie gładka i idealnie przygotowana do nakładania serum, kremów czy maseczek. Jeśli już mowa o czarnych kropkach czy wypryskach, to jest ich 80% mniej niż przed kuracją The Ordinary. Przestały też pojawiać się ropne pryszcze, a jedyne czym mogłabym się troskać to kaszka pod skórą, która jest tylko i wyłącznie wynikiem prowadzonego przeze mnie trybu życia. 
Ostatnim kwasem, który stosuję, jest kwas hialuronowy z dodatkiem witaminy B5. Używam go jako serum pod kremy i widzę, że cera jest dzięki niemu przyjemnie napięta.


Po oczyszczaniu, tonizowaniu i serum, następnym krokiem jaki wykonuję, jest nałożenie kremu nawilżającego z kwasem hialuronowym. Można powiedzieć, że krem jak krem, ale jak dla mnie to jeden z najlepszych produktów jakie używałam. Ma normalny skład i NAPRAWDĘ NAWILŻA. Świetnie sprawdza się pod makijaż a nakładany na noc działa cuda. 


Lubię krem nawilżający od The Ordinary łączyć z czymś innym... Albo po prostu go przykryć, lub użyć czasem czegoś innego. Sporym zaskoczeniem był dla mnie ten krem od Nivea. A dlaczego? Wszystkie kremy od Nivea jakich używałam były paskudnymi zapychaczami. Ten kupiłam w Biedronce i aż nie mogłam uwierzyć, że jest tak lekki, nie zapycha i tak dobrze nawilża. Nie wiem od czego to zależy, może po prostu trafiła tam dobra seria? W każdym bądź razie jest świetny. Zdarzało mi się go nakładać bez przygotowania cery po myciu a cera i tak była nawilżona, miękka i miła w dotyku :)



NUXE używam w kryzysowych momentach, gdy buzia potrzebuje czegoś innego, lub po prostu jest mocniej przesuszona. Ponadto zauważyłam, że dobrym sposobem jest stosowanie go na mocniej wysuszone fragmenty skóry, która wtedy szybciej dochodzi do siebie. Lubię go!


Patrząc na ilość tych kosmetyków i jakość, mogę spokojnie rzec, że moja pielęgnacja
 jest naprawdę minimalistyczna i nastawiona na rozwiązanie konkretnego problemu. 
Twarz po zmianie moich nawyków wygląda zupełnie inaczej i czuć, że jest dopieszczona.
Pory się uspokoiły bo są dobrze oczyszczone, skóra jest rozjaśniona dzięki kwasom i 
tak miękka przez mocne nawilżanie, że uwielbiam jej dotykać. Jeśli macie tak jak ja
skórę mieszaną ze skłonnością do przesuszenia, to polecam Wam właśnie te kosmetyki.
Będziecie zadowolone :)

Mikołajkowy prezent dla mnie, czyli łupy z Alie i NAKD + wishlista świąteczna

8 grudnia 2019


Mikołajki za nami... Mam nadzieję, że u Was było całkiem owocnie? Moja córa była zachwycona, ale nie ma się co dziwić jeśli Mikołaj pognał o 7 rano do sklepu po słodycze i mandarynki ;) U dzieciaków było słodko, ale i do mnie przyszły wyczekiwane rzeczy - część z NAKD, a część z Alie - na resztę rzeczy z Chin czekam, ale dobrze, że najlepsze przyszły w tak miłym czasie.




Na pierwszy ogień lecą różowe nowości, czyli... sweter i czapka! :) Muszę Wam powiedzieć, że byłam absolutnie zachwycona gdy tylko zobaczyłam je na stronie. Zimowa z pięknym splotem i OGROMNYM pomponem zrobiła na mnie ogromne wrażenie i stwierdziłam, że muszę ją mieć - co jak co, ale w żadnym sklepie nie widziałam dokładnie takiej czapki. Ta jest w różnych kolorach, więc może zamówię jeszcze jedną? ;) Jeśli chodzi o sweter, to pomimo składu gdzie dominuje akryl (!), jest niesamowicie ciepły... Jednak co jak co, ale najbardziej zachwyciła mnie ta gruba włóczka! 

Jeśli chciałybyście coś kupić na NAKD to koniecznie skorzystajcie z mojego kodu rabatowego, który da Wam 15% rabatu! 

Bierzcie kreujeswojezycie.15 i korzystajcie!

sweter tutaj
czapka tutaj






Słyszałyście o pędzlach JessUp? Czaiłam się na nie od dawna, ale czekałam na jakąś fajniejszą zniżkę... I dopiero gdy 11 listopada zeszły z ceny o ponad 20 zł, postanowiłam je zamówić. Jestem pod ogromnym wrażeniem jakości wykonania i tego, jak bardzo włosie jest mięciutkie! Myślę, że teraz makijaże będą jedną wielką przyjemnością!


Mało kto pokazuje bieliznę na blogu, ale ta jest niesamowicie piękna i uważam, że warto się z Wami podzielić wrażeniami. Moją bieliznę (zwłaszcza koronkową) od dawna zamawiam na Alie i uważam, że można znaleźć tam naprawdę wspaniałe rzeczy. Te dwa zestawy, które widzicie są absolutnie niesamowite - ciśnie mi się na usta wiele pozytywnych słów i mogłabym się rozpisywać, ale po co? Niżej macie link do sklepów, więc po prostu zajrzyjcie i przekonajcie się o tym same :)

biała bielizna tutaj
różowa bielizna tutaj





I teraz to co tygryski lubią najbardziej, czyli świąteczna wishlista... :)

Latest Instagrams

© Kreuję swoje życie • Lekka strona lifestyle'u młodej mamy. Design by FCD.