Za każdym razem, gdy tylko biorę się za pochłanianie moich ulubionych kawałków sushi, to przypomina mi się jak próbowałam go raz pierwszy. Ten pierwszy sushiowy raz był dla mnie na tyle nie miłym doświadczeniem, że dałam sobie z tym spokój na kilka dobrych miesięcy. A potem zaczęłam robić je sama. I wiecie co? Dopiero wtedy to polubiłam!


Kilka dni temu miałam ogromną ochotę na japońskie rolki. A że wcześniej były moje urodziny, to dostałam taki ‘mały prezent’ i miałam okazję robić sushi trzeci raz w życiu. Wcześniejsze dwie próby (2-3 lata wstecz) były strasznie mizerne - składniki wypadały ze środka a całość nie wyglądała zbyt estetycznie. Zniechęcało mnie to skutecznie i muszę Wam powiedzieć, że dopiero za trzecim razem wszystko wyszło naprawdę przyzwoicie. 

Tym razem postanowiłam tradycyjnie postawić na moje ulubione składniki – poza ryżem, wasabi, marynowanym imbirem, sosem sojowym i nori (oczywista oczywistość!) przygotowałam wędzonego łososia, awokado, ogórka, szczypiorek, liście rukoli, biały serek, sezam, rzodkiew japońską i pastę z tuńczyka. Wszystkie składniki spisały się genialnie i dzięki nim mogłam delektować się cudownym smakiem. Za trzecim razem postanowiłam się odważyć i zrobić odwrócone sushi – Uramaki. Muszę Wam wyznać, że udało mi się je zrobić przy pierwszej próbie!


Sushi to nie jest ciężka robota. Oczywiście rozumiem, że dla niektórych to jest sztuka, ale jak dla mnie to jedno z najprostszych dań. Jego jedynymi wadami jest koszt (chociaż moim zdaniem jeśli sami robicie sushi i tak jak ja nie jecie dużo, to jest to wydatek rozkładający się w czasie!) i chyba czas na wykonanie wszystkiego – jeśli zostawiacie ryż do ostygnięcia to wszystko dłuży się Wam niemiłosiernie – ale za to smak wynagradza czekanie i wszelkie niewygody!