Jakiś czas temu zgubiłam kartę pamięci. Było mi bardzo żal, bo była zapasowym egzemplarzem a jej brak odczuwałam dotkliwie przez długi czas. Jednak wczoraj szczęście uśmiechnęło się do mnie bo Damian znalazł ją zupełnie przypadkowo w szufladzie, w której ostatnio robiłam porządek (do tej pory zastanawiam się jakim cudem jej wtedy nie znalazłam)...
Gdy zajrzałam do niej na laptopie zadałam sobie pytanie, dlaczego zdjęcia które zobaczyłam, spisałam kilka miesięcy temu na straty? Po tak długim czasie widzę je w zupełnie innym świetle... i przypominam sobie jak bardzo cudowny był dzień, w którym zostały one zrobione.

23 lipca 2014 roku. Pamiętam jak tego dnia spakowaliśmy do plecaka mały prowiant, koc i aparat. Była piękna pogoda, na niebie unosiły się białe obłoczki a temperatura była całkiem znośna choć było dość ciepło. Wsadziliśmy Julkę w wózek i wybraliśmy się nad rzekę. Gdy dotarliśmy na miejsce, zaczęło się chmurzyć. Obserwowaliśmy pogodę i wiedzieliśmy, że zbiera się na burzę więc nie posiedzieliśmy długo... Raptem 15 minut! Szybko się spakowaliśmy i poszliśmy na przystanek autobusowy. Do domu dotarliśmy przed samą ulewą. Przez cały dzień na naszych twarzach były uśmiechy i wszyscy byliśmy bardzo szczęśliwi :)
To był czas przed przysłowiową 'burzą'. Nie nękały nas zmartwienia, byliśmy zadowoleni i czerpaliśmy radość ze wszystkiego. Było mnie 3 kg więcej, miałam dużo siły fizycznej, hurraoptymizm. A potem przyszła próba, test, który wystawiło nam życie. Dzięki temu wiemy komu możemy ufać, cenimy tych, którzy przy nas byli. Czy jestem optymistką? Oczywiście, że tak. Ale życiowy test zadziałał na mnie trzeźwiąco, oczyszczająco. Teraz jestem w stanie cieszyć się wszystkim na nowo, ale mądrzej i racjonalniej. Może siły mam mniej i tych kilogramów brakuje, ale jestem mądrzejsza. I kocham jeszcze mocniej.


Tak, to zdecydowanie był cudowny dzień!