Czy jest coś, czego boicie się najbardziej na świecie? A może jesteście odważni i nie lękacie się niczego? No cóż, ja niestety nie mogę zaliczyć siebie do osób śmiałych i latanie jest jedną z rzeczy, które napawają mnie ogromnym strachem. Od lat, widząc samolot na niebie, czuję, że ze strachu miękną mi nogi. Widząc samolot nisko nad ziemią, mało co nie wyskakuje mi serce, tak więc perspektywa mojego pierwszego lotu samolotem doprowadziła mnie do wielotygodniowego stresu.

Wielotygodniowego — nie mam tu na myśli okresu pięciu tygodni bądź ciut więcej, ale dwunastu, piętnastu, a nawet dwudziestu... Mój strach przed lataniem był wręcz fobią, która nie dawała mi spać po nocach. Wiele razy śniłam o tym, że wsiadam do samolotu, ale nie działo się nic dalej, lub się budziłam. Podświadomie walczyłam z nadchodzącą sytuacją, bo nie byłam w stanie dać sobie rady z nerwami.
Pamiętacie, o czym ostatnio wrzuciłam post na bloga? O tym, że nic się nie dzieje bez powodu. Tak jest! Chyba Bozia nade mną czuwała, bo po 3 tygodniach nerwówki zobaczyłam zwiastun programu "Operacja LOT". Jakież to dziwne, że nie było czegoś takiego wcześniej tylko wtedy, gdy naprawdę tego potrzebowałam! Tydzień po tygodniu oswajałam się z tematem, aż w końcu zaczęłam patrzeć na to inaczej. Nie oznacza to, że przestałam się bać, oj nie! Po prostu zaczęłam odczuwać coraz to większą ekscytację, i tak aż do miesiąca przed moim pierwszym lotem w przestworzach.
Oj tak. To był okropny moment gdy...
Po raz pierwszy poczułam wątpliwość, bo nie wiedziałam, czy naprawdę dam radę. Czy chcę polecieć, czy chcę spróbować. Bałam się, że coś stanie się mi i Julce. I tak przez cały miesiąc. To były zdecydowanie najgorsze cztery tygodnie z ostatnich dwudziestu przed podróżą.
Co noc nie mogłam zasnąć, czasem do 5 rano. Nękały mnie przykre dolegliwości żołądkowe. Ze stresu nie kontrolowałam swoich emocji i nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Zapominałam o najprostszych rzeczach i gdyby nie mój notatnik, ostatnie dni spędziłabym z palcem w nosie :)) Bałam się tak, że myślałam od rana do wieczora, i jedyne co pomogło to dwie wycieczki na lotnisko.
Dzień, w który miałam lecieć, był bardzo specyficzny. Obudziłam się, spojrzałam w okno. Chmury. Zdecydowanie niezbyt zachęcający widok. Dopiero gdy pomyślałam sobie, jaki mamy dzień, strach trochę odpuścił. Pojawiła się dawno nieodczuwana ekscytacja, o której prawie zapomniałam. Poczułam się szczęśliwa jak nigdy, bo wiedziałam, że po pięciu miesiącach męczącej rozłąki w końcu zobaczę mojego ukochanego! :D Oczywiście żołądek wariował mi przez pół dnia, ale to z natłoku emocji. Jula chyba to odczuła, bo nie mogłam jej długo uspokoić. Była narwana jak nigdy, co omal nie przysporzyło mi kłopotów na lotnisku :))
Jeśli już mówić o samej podróży, to odprawa poszła w miarę gładko. Problemów przysporzył nam parokrotnie zmieniany GATE i burza nad Londynem, która opóźniła nam wylot o 2,5 godziny. Raczej nie muszę mówić, jak bardzo byłam wkurzona, gdy przed samym startem okazało się, że postoimy sobie na płycie lotniska, dopóki nie poprawi się pogoda nad stolicą Anglii.



Ta wstrętna cholera opóźniła nam wylot. Nie dało się jej nie zauważyć.


2,5 godziny w samolocie, no cóż, razem z Julką dałyśmy radę. Informacja o wylocie wprawiła mnie w stan niesamowitej radości która... szybko zgasła, gdy usłyszałam dźwięk silników. Serce waliło mi jak młot, gdy samolot zaczął kołować na pas startowy. Kiedy rozpędził się, by wystartować, trzymałam kurczowo rączkę mojej córeczki. Gdy oderwał się od pasa startowego i ruszył w górę, chyba tylko możliwa panika mojej Julki powstrzymywała mnie przed płaczem. Schowałam twarz w ręce i odsłoniłam ją w momencie, w którym poczułam się nieco stabilniej. Moim oczom ukazał się ten widok...




I nagle przypomniałam sobie, że jestem teraz w takim miejscu, na które patrzyłam, obserwując samoloty odlatujące na zachód. Wiecie, jak samolot wystartuje z Okęcia i jest już wysoko, to z perspektywy okien mieszkania mojej mamy skręca za wieżowcem o nazwie Rondo 1. O tak, skręcałam za Rondem 1. Tylko że było ono takie malutkie. Całe centrum było malutkie. Jak makieta w muzeum. No to pora na kierunek zachodni. Cześć Warszawo.
Pierwsze minuty lotu były całkiem ok. Potem też było nieźle. No oprócz tego, że ciągle musiałam przełykać ślinę, bo zatykały mi się w środku uszy. Jula chyba miała wszystko w nosie, bo siedziała całkiem spokojnie, i od czasu do czasu zamieniałyśmy się miejscami po to, by każda mogła obserwować widoki za oknem. Po godzinie lotu zaczęłam się niecierpliwić. Straciłam poczucie bezpieczeństwa i poczułam okropny niepokój, znużenie i zmęczenie. Okropnie rozbolała mnie głowa. Zdziwiło mnie to, że jeszcze niedawno świeżo umyte włosy, stały się ciężkie i zrobiły się z nich strąki. Skóra twarzy była zdecydowanie przetłuszczona, bolała mnie głowa i zrobiłam się senna. Czułam się jak po całodziennej bieganinie po mieście i myślałam, że wyzionę ducha. Na dodatek to okropne uczucie — jestem zawieszona w metalowej puszce nad ziemią, w powietrzu, nie na stabilnej ziemi, tylko nad nią. Brak gruntu pod stopami, coś okropnego.
Pomyślcie sobie, co mogłam czuć, gdy wlecieliśmy w strefę turbulencji :P Zawał na miejscu!


 

Ktoś wie, co to za jeziorko?


Samopoczucie poprawiło mi się, gdy zobaczyłam, że wlatujemy nad kanał La Manche. Mogłam spokojnie odliczać czas do lądowania i te chwile upłynęły nadzwyczajnie miło. Nawet zobaczyłam farmę wiatrową na Kanale La Manche. Co prawda teraz bez problemu dostrzegam ją z brzegu, ale wtedy zrobiła na mnie piorunujące wrażenie.
A potem było już tylko lądowanie. Przelot nad okolicą dostarczył mi niezłych wrażeń. Nie tylko dlatego, że lot miał się zaraz skończyć, ale też dlatego, że miałam całkiem fajne widoki. Okolica była typowo wiejska, na ogromnych połaciach trawy pasły się owce, a promienie słońca oświetlając okoliczne wzgórza, tworzyły malowniczy krajobraz. Zdajecie sobie sprawę z tego, że z góry angielskie osiedla wyglądały tak, jakby były stworzone od linijki?


 


Jedno okrążenie, drugie, kolejne, już nawet nie liczę...
Płyta lotniska!
Nawet nie wiecie, jak mi ulżyło. Minął ból głowy i zeszło ze mnie ciśnienie, ale czułam się i wyglądałam jak ręcznik wyjęty psu z gardła. Mimo wszystko nie przeszkadzało mi to w odczuwaniu radości z poczucia bezpieczeństwa.

Latanie może być spoko, jeśli w grę wchodzi szybsze dotarcie do celu i komfort. Dwu i półgodzinny lot zamiast trzydziestosześcio godzinnej jazdy? Ja w to wchodzę.
Co nie oznacza, że nie boję się następnego lotu, choć są to strachy na lachy. Cała ja :))



Ps. To widok na burzę, gdzieś na północy. Co jak co, ale komórka burzowa jaka wyszła z tej chmury była zaje... super:))