No i wróciłam. Wróciłam naładowana pozytywną energią i wspomnieniami. Wróciłam z masą zdjęć, które chcę Wam pokazać. Wróciłam z najmocniejszą opalenizną w moim życiu i co najważniejsze - czuję, że mam za sobą wspaniałe doświadczenie!

Do Anglii poleciałam ze świetnym nastawieniem. Byłam naładowana pozytywną energią jak nigdy. Optymizm był, ale już w normalnej dawce. Mimo to czułam się tak, jakbym miała wzlecieć jeszcze wyżej, niż samolot którym leciałam!

Do momentu w którym...
... omal nie wpadłam pod samochód, bo nie mogłam się przyzwyczaić do ruchu lewostronnego.
... popełniłam jedną z gaf.
... spotkałam się z fałszywą uprzejmością.
... poznałam nafaszerowany chemią smak angielskiej żywności.
... jakiś facet zaczepił mnie na ulicy i powiedział, że nie powinnam w Anglii mówić w swoim języku.


Jeśli mam być zabójczo szczera, mój nastrój po tych wszystkich okropnościach spadł do najniższego poziomu. Zastanawiałam się, co ja u licha tu robię? Przecież to miejsce nie dla mnie. W życiu tu nie zostanę.
Oczywiście nie ja jedna na świecie mam takie zdanie, a inny kraj może być tylko okresem przejściowym. Po paru dniach od przylotu spadł pierwszy deszcz, a mnie dopadła jakaś paskudna deprecha. W swej jakże zabójczej rozpaczy schowałam się pod kołdrę i przespałam bez problemu całą noc. Nie gryzła mnie tęsknota, nie dokuczała mi pogoda. Po prostu byłam w sporym szoku!
Następnego dnia wraz z promieniami słońca przyszła myśl... Przecież nie zostaję tu na zawsze. Mam okazję zobaczyć kawałek świata, więc muszę z tego skorzystać! Może nauczę się czegoś nowego, spróbuję nowych, dobrych rzeczy... We wszystkim można znaleźć plusy!




Idąc tym tokiem myślenia, zaczęłam dostrzegać więcej pozytywów. Olewając czasem spotykanych totalnych buraków, świat wydał mi się piękniejszy. Zaczęłam czerpać przyjemność z rzeczy prozaicznych, codziennie wystawiałam buzię na słońce, próbowałam coraz to nowszych smakołyków. Doszłam do najwyższego levelu, który był radością z życia. To właśnie wtedy poczułam się, jakbym miała cały świat w garści. Najlepsze uczucie ever!




Nie było zimno, nie było deszczowo. No dobra, przez prawie całe dwa miesiące, popadało łącznie może 10 dni? W większości to była mżawka, reszta to kilka ulew. Spodziewałam się deszczu, ale wiedziałam, że południe kraju rządzi się swoimi prawami. Praktycznie codziennie wiatr z południa wywiewał chmury w środek wyspy a my mogliśmy cieszyć się promieniami słońca. Wiedziałam, że będzie ok, ale to co zobaczyłam na miejscu przeszło moje oczekiwania. Może ja po prostu zabrałam dobrą pogodę z Polski? :D
Jedyne co mi przeszkadzało, to brak porządnej burzy i zachody słońca. W tym czasie była jedna burza i to na dodatek taka, która przeszła jakieś 30 km dalej. Zachody słońca dziwne. Ja widziałam je po mojej prawej stronie, a słońce nie chowało się pod wodą, tylko za budynkami w kierunku północy. Inaczej niż w naszej Polsce. Strasznie mnie to irytowało.




Tak poza tym było spoko. Oczywiście pomijając powrotny lot który przyprawił mnie o ból całego ciała. Wiecie jak to jest, oczywiście jeśli jak jesteście takimi wrażliwcami jak ja i po wylądowaniu czujecie się jak zgnieciona puszka z sardynkami. Coś okropnego. Co dalej? Nabrałam kształtów, choć schudłam jakieś 4 kg. Opaliłam się jak nigdy. Zobaczyłam inne miejsce na świecie. Goniłam kraby, złapałam w wodzie krewetkę, zbierałam muszelki i piłam różaną lemoniadę.
Odhaczyłam jedno z marzeń na mojej liście, dwa miesiące nad morzem. Tak jest!