Wielki wyprzedażowy HAUL lata • H&M, Sephora, Mohito, Romwe, Holika Holika...

6 sierpnia 2017



Pierwszy tydzień sierpnia jest już na finiszu, a to oznacza, że w naszej polskiej rzeczywistości lato może uciec w przeciągu kilku tygodni ;) Dlatego uznałam, że można spokojnie podsumować moje polowanie na wyprzedażach i pokazać to, co wpadło mi w ręce. Szczerze Wam powiem, że nie spodziewałam się, że w ogóle z nich skorzystam, ale jak zaczęłam, to pomyślałam, że fajnie byłoby skorzystać, sprawić sobie przyjemność i przestać się ograniczać. Ja też jestem dla siebie ważna! 




kolczyki Parfois

Na pierwszy ogień idą dodatki i ubrania. 
Te kolczyki kupiłam sobie awaryjnie w Parfois, bo 
potrzebowałam czegoś na szybko przed jednym ze spotkań.
Zawsze chciałam mieć większe kolczyki, ale nie chciałam czegoś 
przesadnego. Te są idealne i na dodatek kosztowały kilka złotych!

_______________________________________




klapki Renee

Czarne klapki to mój akt desperacji! 
Przez kilka miesięcy bezskutecznie szukałam moich ukochanych klapek
ortopedycznych, które zaginęły w dość niewyjaśnionych okolicznościach.
Nie widzi mi się ciągłe chodzenie w balerinkach i tenisówkach, a potrzebowałam
czegoś ładnego i wygodnego. Te klapki są śliczne, ale niestety 
po pierwszym noszeniu zrobiło mi się od nich okropne odparzenie na zewnętrznej części stopy.
Mam nadzieję, że to jednorazowe i że będę mogła się nimi cieszyć
na 100% :)

_______________________________________




strój Romwe

Poprzedni, błękitny strój kąpielowy z falbanami tak mi się spodobał,
że postanowiłam zamówić różowy. Wierzcie mi, że te stroje kąpielowe naprawdę 
świetnie wyglądają na ciele, tym bardziej, że robią biodra osobie,
której biodra pozostają wiele do życzenia ;)

_______________________________________




biała tutaj   •   niebieska tutaj   •   kwiatowa tutaj

Wydaje się, że mam dużo ubrań.
Może się wydawać także, że nie brakuje mi ciuchów na każdą
porę roku. A tu klops, bo na całe lato miałam jedną sukienkę! To niezbyt
komfortowa sytuacja tym bardziej, że gdy jest gorąco, człowiek się poci
i nic ma nic na zmianę. A to uruchamia machinę bo częściej pierze i płaci
wyższe rachunki… Chyba lepiej mieć coś na zmianę niż ciągle prać, hmm? :)
Białą sukienkę mogliście zobaczyć w tym wpisie, natomiast niebieską w tym.
Kwiatowa czeka na swoją premierę :)
Wszystkie pochodzą z Romwe, czyli klasycznie mówiąc, od chińczyka :)) 
Przy okazji zapraszam do przeczytania mojego posta,
w którym napisałam Wam o tym, jak wybierać ubrania w chińskich 
sklepach. To poradnik dla laików, który może Wam rozjaśnić czarną magię,
jaką jest polowanie na swój rozmiar przez internet :)

_______________________________________




sweter H&M

Sweter z H&M to mój kolejny wyprzedażowy łup.
Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia, więc musiał
być mój! Poza tym kosztował tyle ile sweter w lumpeksie na wagę,
gdzie niejednokrotnie znalezienie czegoś ładnego to 
loteria.

_______________________________________




kapelusz Mohito
czarne spodnie Bershka
szorty Cubus (lumpeks)

Ostatnie, ciuchowe wyprzedażowe łupy, czyli...

kapelusz • bo nie miałam wcześniej takiego, ba nie miałam ładnego kapelusza!
Mówienie o ochronie przed słońcem jest w tym wypadku zbędne, bo to oczywiste ;)

czarne gładkie spodnie • bo nie mam nic bez dziur. Dałam za nie super mało, bo 49 zł!

dżinsowe spodenki z lumpa • bo poprzednie mi się skurczyły i nie były zbyt wygodne.
Niestety lumpeksy w centrum Warszawy nie są tanie,
więc jak na lumpeks zapłaciłam dużo.

_______________________________________




Pora na urodową część wyprzedaży.

Pierwszym urodowym łupem jest książka
Charlotte Cho "Sekrety Urody Koreanek"
Ta książka to moja biblia urodowa, bowiem do tej pory nie trafiłam na coś, 
co może jej dorównywać. Książka bardzo rozjaśniła mi moje 
spojrzenie na kwestię pielęgnacji cery i dostarczyła nowej wiedzy. 
Chciałabym napisać recenzję, co o tym sądzicie? :)
Kosztowała 25 zł w Biedronce!

_______________________________________




Z rozświetlaczy miał być ten ze Sleeka, 
a ostatecznie skończyło się na serduszku od Make Up Revolution.
Jeśli mam być szczera, to chociaż przepięknie rozświetla buzię, to bardzo szybko
znika mi z buzi. Nie wiem co robię, może za często dotykam własnej twarzy?
Doradźcie coś :) Rozświetlacz kupiłam w Kontigo.


Ta mgiełka od Victoria's Secret była moim must have od ubiegłego roku, gdy po raz
pierwszy popsikałam się nią w salonie marki. Bardzo żałuję, 
że marka VS wycofała ten zapach, bo uważam, że jest jednym z najlepszych!
Mgiełkę kupiłam na iPerfumy.

_______________________________________




Lakier, tusz oraz kredka do powiek to moje łupy z Sephory
Niestety Sephora wynosi się z Marszałkowskiej (czyżby zaszkodziła 
konkurencja, jaką jest Douglas?), więc sklep wyprzedawał cały asortyment
z obniżką do -70%! Ceny były naprawdę rewelacyjne i choć
nie upolowałam mega taniego kremu CC, to jestem naprawdę 
zadowolona. Lakier kosztował około 4 zł, kredka 3,5 a tusz 15 zł.
Kredkę i tusz wzięłam głównie dlatego, że potrzebowałam miniaturek
na podróże. Wiem, że na 100% mi się przydadzą!

_______________________________________




Cień marki Mystik Warsaw zakupiłam z polecenia Harrego Jeffersona,
który był gościem specjalnym na live Kontigo. Ten cień od razu
wpadł mi w oko, a gdy Harry przyrównał go do Nars Orgazm to
stwierdziłam, że biorę bez zastanowienia ;) Cień przepięknie błyszczy się
w promieniach słońca - ma lekko złoty blask! Szkoda, że zdjęcie tego nie oddaje,
ale może następnym razem mi się uda :)

_______________________________________




żel aloesowy Holika Holika

Przyznać się, kto oglądał moją listę must have w pasku bocznym bloga? :D Właśnie tam był ten żel i powiem Wam, że będzie mega pozytywna recenzja, dlatego nie chcę więcej pisać w tym poście. Po prostu go uwielbiam, jest niesamowity!

_______________________________________




krem do rąk Tołpa

Odżywczy krem kokon do rąk od marki Tołpa, to produkt, który 
uratował moje dłonie w czasie upałów. Często zapominam wziąć ze sobą z domu
krem do rąk, jednak nigdy nie ma to złego skutku. Tym razem było inaczej
i w przeciągu kilkunastu minut z moich dłoni zrobił się wiór. Można się domyślić, 
że to dla mnie dość bolesna sprawa i szybko szukałam ratunku...
Ten krem ekspresowo podreperował mi dłonie, które momentalnie
zrobiły się nawilżone i przyjemne w dotyku. Na dodatek krem pachnie
słodkościami i jest miniaturką... Żyć nie umierać :)


mus do ciała Biolove

Ciasteczkowy mus do ciała poleciła mi kochana Revelkowe Love na live Kontigo.
Byłam naprawdę zaskoczona widząc, jak dużą wiedzę o tych kosmetykach
ma ta dziewczyna :) Musu jeszcze nie użyłam (choć pamiętam jego przyjemne
testowanie na dłoni), ale powiem Wam, że musi być rewelacyjny! 
Dlaczego? Bo produkty marki Biolove to kosmetyki naturalne, a dla mnie 
wszystko co naturalne, jest najlepsze :)

_______________________________________




sól do kąpieli Biolove

Moim ostatnim łupem jest sól do kąpieli o zapachu malinowym od Biolove.
Dawno nie używałam soli (oprócz tej z Rossmanna), wiec jestem ciekawa,
jak ta zadziała w kontakcie z moją skórą. Mam spore nadzieje, więc 
trzymajcie kciuki! :)

_______________________________________

5 OUTFITOWYCH, ROMANTYCZNYCH INSPIRACJI NA SIERPIEŃ. Znajdź coś dla siebie!

3 sierpnia 2017

Miało być podsumowanie spokojnego lipca, ale nic z tego nie wyszło. Plik z tekstem wyparował gdy zawiesił się nam komputer, chociaż zawsze Office wychwytuje mi niefortunnie usunięte teksty i dzięki awaryjnemu zapisowi mogę je odzyskać. Może tak miało być? Może ten tekst był tak bez sensu, że sam nie mógł ze sobą wytrzymać?;) Pewnie tak, ale trudno, nie rozpamiętujmy, zdarza się. Całe szczęście, że to nie był większy tekst, bo wtedy dopiero by było! Usunięcie jednego pomysłu spowodowało napływ innych, dlatego odezwała się artystyczna część mojej duszy i w pierwszej chwili pomyślałam o klasycznych, letnich moodboardach, które chciałam ostatnio zrobić. Jednak wydawało mi się, że to za mało, bo miałam smaka na coś modowego. To wszystko zmusiło mnie do stworzenia fajnych kolaży z uroczymi, kolorowymi kleksami w tle. Ach, nawet nie wiecie, jak bardzo chce mi się malować w tej chwili! Ale nie w Photoshopie, tylko farbami na płótnie. Kiedyś je sobie kupię i będzie to kolejna, uszczęśliwiająca mnie rzecz. Na ten moment zadowalam się Photoshopem, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma !


Kolaże, które przygotowałam dla Was, to 5 modowych inspiracji na sierpień. Po lewej są oczywiście zdjęcia piękności z Pinteresta w cudownych okolicznościach, a obok nich w przyjemnej, kolorystycznej oprawie, wyszukane w kilku sklepach ubrania. Przy doborze ubrań mocno kierowałam się stylizacjami postaci ze zdjęć, tak więc nie dziwcie się mocno inspirowanym kolażom. Taką miałam wizję i wyżywam się artystycznie. Ten wpis jest dla mnie prawdziwą przyjemnością!


sukienka H&M   •   torebka koszyk Roboty ręczne   •   koc H&M Home


Przeglądając zdjęcia na Pintereście, szukałam czegoś pięknego i uroczego. Sceneria na tym zdjęciu zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, i nie ukrywam, że sama zrobiłabym piknik w tak cudownym miejscu. Pyszne jedzenie, kwiaty, zapach wieczornego powietrza... to coś, co wywołuje we mnie przyjemne dreszcze. Pomyślcie sobie jeszcze o nocy w takim miejscu i obserwacji gwiazd. To zdjęcie totalnie trafiło do mojego serducha. Modowo widać tu duuużo romantyzmu. To lubię.



strój kąpielowy TUTAJ


Wydaje mi się, że znając moje romantyczne usposobienie, raczej nie muszę mówić dlaczego wybrałam akurat to zdjęcie? Nie brak tu niczego - jest czysta woda, kolorowe niebo podczas zachodu słońca i kobieta o przepięknych kształtach. Marzę o tym, by samej cieszyć się z takiej scenerii :)



sukienka TUTAJ   •   koszula TUTAJ   •   spodnie Alieexpress   •   plecak H&M   •   buty Reebok


Prosty, miejski look to coś, co jest u mnie na co dzień. Ta dziewczyna to bodajże Kenza, i powiem Wam, że wygląda niesamowicie! Jest ubrana w moje ulubione kolory i wygląda bardzo delikatnie. Jej look przemawia do mnie w 100% - sama bym się tak ubrała!

top H&M   •   spódnica TUTAJ   •   sandałki Renee


Moja romantyczna dusza nie musiała szukać daleko i gdy zobaczyłam to zdjęcie, moje serce urosło 10 razy! Jest niczym wyobrażenie z romantycznej powieści, której bohaterką każda z nas chciała kiedyś być. Dziewczyna wygląda w swoim stroju cudownie i powiem prawdę, że jej zazdroszczę, a moja wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach, gdy patrzę na cudo, jakim jest ta fotografia! Mój wybór do tego zdjęcia to miejska inspiracja z plisowaną spódniczką, luźnym topem i różowymi sandałkami.



sweterek H&M   •   spodenki TUTAJ


Ostatnia propozycja jest inspirowana kolorami piasku. Wyobraźcie sobie, że siedzicie tak, jak ta dziewczyna na ganku białego domku przy plaży i patrzycie na morze. Bryza muska Waszą cerę, a paleta błękitów i bieli wypełnia pole Waszego widzenia. Zachwycacie się ciepłym porankiem i myślicie, co zrobicie tego dnia, biorąc pod uwagę orzeźwiającą, morską kąpiel. Wiecie, że ten dzień będzie piękny. Właśnie tak wyobrażam sobie ten idealny moment w lekkim sweterku i spodenkach. Mam nadzieję, że również to czujecie!

Letnia stylizacja z sukienką w paski

1 sierpnia 2017


Moje ostatnie dni były bardzo produktywne i spędzone w cudownej atmosferze na zewnątrz, za to od dzisiaj przymusowo chowam siebie i moje dziecko przed skwarem. Wszystko co robię dzieje się w cieniu (jak dziwnie to brzmi!), można wręcz rzec, że chowam się jak potwór żyjący w głębi jaskini. Wystarczyło nam wczorajsze pół godziny na słońcu, żeby odczuć skutki tej niesamowitej aury. Niesamowitej to dobrze powiedziane! 
Jednak czy jest sens marudzić? 
Z czystym sumieniem stwierdzam, że kocham lato i nie zamierzam narzekać ani mówić żadnego „ale”, bo pogoda w tym roku pozostawia wiele do życzenia. Zamierzam cieszyć się tą aurą z rozsądkiem i wygrzać się jak się da, pamiętając o dużej ilości płynów (myślę, że w naszym wypadku wystarczy średniej wielkości arbuz) i kremie z filtrem. 
Wiecie dlaczego? Zonk! Za miesiąc wrzesień!


sukienka TUTAJ
torebka bezmarkowa
buty Franco Sarto
biżu Daniel Wellington



Mogę, a nie muszę

29 lipca 2017 Kozia, Warszawa, Polska


Motywacja od zawsze była dla mnie ważna i sprawia, że moje życie jest bardziej poukładane i wszystko lepiej idzie. Dzięki motywacji działam skutecznie i wstaję z uśmiechem na ustach. A jak nie wstaję z uśmiechem to przynajmniej idę do przodu. Ze skwaszoną miną czy z bananem na buzi  działam i skutecznie realizuję swoje plany. Motywacja jest spoko, serio.

Ale PRESJA MOTYWACJI i BYCIA GOTOWYM DO DZIAŁANIA nie.

 

kapelusz Mohito
sukienka TUTAJ
torebka bezmarkowa
buty Renee
zegarek i bransoletka Daniel Wellington

Czytelnicy mojego bloga wiedzą, że motywacja jest dla mnie jednym z najważniejszych elementów codziennego życia. Sama Was motywuję, co w ciągu 6 lat potwierdziliście nie raz, i jest to dla mnie ogromny powód do radości. Jednak nie w motywacji tkwi problem. Problem pojawia się, gdy ktoś nam narzuca jak powinno być. Ja tego nigdy nie robię, ale jako obserwator świata bardzo to odczuwam. To jest upierdliwe jak latająca mucha. 

Kilka tygodni temu, od mojego życia odeszła jedna rzecz i zrobiło się miejsce na kolejną. Zadając sobie pytanie „co robić dalej?”, zdałam sobie sprawę, że aby zyskać odpowiedź, muszę koniecznie znaleźć motywację do myślenia i działania. Wszystko sprzyjało tej motywacji. Było ciepło, zrobiłam sobie spacer po okolicy, rzeczy szły zgodnie z planem i nawet moje dziecko było hiper grzeczne. Pełnia szczęścia, co nie? No nie zupełnie. W mojej głowie pustka, i to cholerne MUSZĘ. Nawet nie miałam mętliku, no nic. Gdy tylko zdałam sobie sprawę z tego, że mam wkute do głowy to, że powinnam być zawsze gotowa do biegu, zablokowałam się. Straciłam chęci a moja motywacja uciekła ode mnie na kopach. Czemu, skoro miałam idealne dla niej warunki?


Rozwiązanie znalazłam piękne dwa dni później, przeglądając jak zwykle do śniadania social media i najpopularniejsze witryny internetowe. Zdałam sobie sprawę, że nie było dnia w którym nie byłam bombardowana sloganami o tym, że MUSZĘ BYĆ ZAWSZE ZMOTYWOWANA, PEŁNA POMYSŁÓW I GOTOWA DO NATYCHMIASTOWEGO DZIAŁANIA.
Czy kiedykolwiek powiedziałam Wam, że musicie być gotowi do nadchodzących wyzwań i mieć zawsze świeży umysł? Mogę Was do tego zachęcić, ale nigdy Was nie zmuszę. Nikt Was do tego nie zmusi szczególnie wtedy, gdy nie macie na to ochoty. Dlatego wkurzyło to, że dałam się zmanipulować przekazowi z zewnątrz. Przecież nie każdy musi być w biegu, nie każdy musi mieć motywację. Może komuś się nie chce albo najzwyczajniej w świecie NIE LUBI TEGO.


Prawda jest taka, że jestem małym, słodkim pączuszkiem, który nie cierpi wszelkiej presji. Nienawidzę bombardujących mnie bodźców, zarówno w realu jak i w sieci. Jestem introwertyczką, więc wiodę nieco „samotne” życie dopuszczając do siebie tylko najbliższych i kilku przyjaciół. Nie znoszę nadmiaru, więc wszystkie prywatne rzeczy mieszczą się w mojej szafie z ubraniami. Mam kilka ulubionych blogów i portali, które trzymam w zakładkach. Moje zamiłowanie do minimalizmu powinno skutecznie zablokować napierającą na mnie górę pierdół, a niestety nie współpracowałam z nim dobrze i straciłam czujność. Można sobie wyobrazić, że to, przed czym się broniłam, zgniotło mnie jak dwie przysuwające się do siebie ściany, a od nadmiaru bodźców omal nie dostałam kota. Presja bycia gotowym do działania, skutecznie pozbawiła mnie czerpania przyjemności z korzystania z tego, co zwykle mi tą przyjemność sprawia. A ja lubię gdy wszystko toczy się spokojnie i bezpiecznie, więc łatwo można sobie wyobrazić, jak się czułam, kiedy wszystko waliło się na hej na moją głowę.
Nie zrealizowałam tygodniowej listy, bo czułam, że MUSZĘ. Dostawałam wkurwa, gdy rano wiedziałam, że MUSZĘ wstać i być gotowa na nowe wyzwania. Na kilka dni olałam instagram, bo wkurzyłam się, że MUSZĘ dodawać zdjęcia by cholerny algorytm mnie nie schował (i tak mnie schował). Zamknęłam laptopa, bo czułam presję ZMOTYWOWANIA SIĘ do napisania wpisu. Co z tego, że mam listę z pomysłami, jak się martwię innymi rzeczami lub dostaję migreny? Na dodatek zaktualizował mi się system, który miał nie mieć aktualizacji i nie szło korzystać z internetu. Nie mogłam robić tego co miałam w planach, wypełniać swoich obowiązków, odpowiadać na meile, i jak miałam realizować moje zlecenia, skoro nic nie szło? Wiedziałam, że MUSZĘ a nie da rady. To z kolei DEMOTYWOWAŁO mnie do robienia wszystkiego. Nie mogę być GOTOWA DO DZIAŁANIA, skoro nie działa mi sprzęt a od niego zależy większość moich zleceń. A MUSZĘ.
Sorry, ale w to się nie bawię.

Blog modowy

To był moment w którym stwierdziłam, że to pieprzę. Daję sobie kilka dni na to, by wszystko szło swoim naturalnym biegiem, a jeśli naprawdę muszę coś zrobić, to to zrobię. Przecież są rzeczy, które człowiek MUSI zrobić, bo jeśli ich nie zrobi to resztę szlag trafi. Wiecie, mowa o sprawach, od których zależy nasze „być, albo nie być”. To się robi naturalnie i nikt z nas nie czuje się z tym źle. I to akceptuję.  Jednak jeśli chodzi o resztę, to z czystym sumieniem stwierdzam, że resztę rzeczy MOGĘ zrobić. MOGĘ, a nie MUSZĘ.

Życie jest piękne i kocham je pomimo tego, że nie zawsze jest wypełnione kolorami. Czasem jednak sami pozwalamy na to, by wkradł się do niego bałagan i mroczne myśli, które burzą barwny porządek rzeczy. To też nas czegoś uczy, prawda? A ja chcę się pozbyć tego co ciemne, bo stracę siły. Prawda jest taka, że moją największą motywacją jest moja rodzina i marzenia, ale jeśli pozwolę się atakować bodźcom z zewnątrz, to stracę całą ochotę. Uznałam, że muszę znaleźć jakiś złoty środek albo chociaż spróbować unikać wszystkiego, co wywiera na mnie presję.
Bo przecież mogę, a nie muszę.


OOTD • Czerń w miejskiej stylizacji

14 lipca 2017


Pamiętacie wpis o 8 rzeczach do zrobienia do końca czerwca? Jedną z tych rzeczy miałam ostatnio na sobie i dzięki wprowadzonym zmianom czułam się w niej przecudnie! W pierwotnej wersji wyglądałam dość płasko, dlatego postanowiłam zrobić w niej dekolt. Standardem jest to, że każdą nową rzecz robię na niesamowitej fali optymizmu, więc z tą było identycznie jak z innymi. Nie inaczej.

Jednak nie ma tak łatwo, wiecie? Wiadro zimnej wody to standard, więc zdałam sobie sprawę z tego, że może nie być łatwo. Nie mam talentu krawieckiego ani nie jestem krawcową, więc zastanowiłam się nad tym, czy to faktycznie dobry pomysł. Bałam się ruszyć taki materiał z obawy, że zacznie się pruć, ale stwierdziłam, że nawet najlepszej krawcowej może to nie wyjść i może mi oddać do rąk zniszczoną rzecz. Przecież kiedyś miałam taką przygodę, że oddałam do zwężenia sukienkę i nie dość, że efekt nie był taki jaki chciałam i sukienka mi spadała, to na dodatek krawcowa nie zabezpieczyła materiału przed pruciem. Skutek tego był taki, że jakiś czas później sukienka rozlazła się na bokach a ja wyrzuciłam pieniądze w błoto.
Wspomnienia takich nieprzyjemnych sytuacji zawsze motywują mnie do działania. Czasami mam wrażenie, że nikt nie zrobi lepiej ode mnie rzeczy, co do których mam swoją określoną wizję i oczekiwania. Wiadomo, że jeśli nie mam określonych zdolności to na pewno będę robić to dłużej, ale za to wyjdzie to dokładniej i dokładnie tak, jak chcę.
Tak wyszedł ten dekolt - dokładnie tak jak chciałam!
Bo jak nie ja, to kto? :)

koszula tutaj + diy
spodnie Bershka
torebka i buty bezmarkowe
kapelusz Mohito
zegarek i bransoletka Daniel Wellington

zdjęcia w plenerze: Anna Dziadosz Spinki i szpilki


7 LAT MOJEGO WŁOSOMANIACTWA

10 lipca 2017

Mało kto wie lub pamięta, że początek mojej walki o piękne włosy datowany jest na środek lipca 2010 roku. To właśnie wtedy – dostając totalnego olśnienia, postanowiłam, że zadbam o siebie i odmienię swój wygląd na taki, o jakim marzę. Mijanie na ulicy innych dziewczyn, które miały długie, błyszczące i co najważniejsze naturalne włosy (!), było dla mnie dołujące. Sama męczyłam się wtedy z wypłukanym, wypłowiałym blondem i 1 cm odrostem. Porzucenie farby do włosów i zapuszczenie naturalnych włosów było moim najważniejszym, urodowym postanowieniem. Tak zaczęła się moja piękna, siedmioletnia przygoda.

Naturalne włosy inspiracje


Początki nie były łatwe. Ciemny odrost rzucał się w oczy przy jasnych włosach i doprowadzał mnie do szewskiej pasji. Było to jednak małe piwo przy tym, w jakim stanie były moje włosy. Farbowane pasma cechowała okropna suchość i gumowatość, naturalne natomiast były niestety osłabione, cienkie i wymagające zdwojonej pielęgnacji.


Pierwszy rok nie był niezwykły. Slogany reklamowe łykałam jak pelikan używając przy tym różnego shitu, który zamiast naprawiać, ukrywał i wprawiał mnie w osłupienie przy każdym myciu lub odżywianiu. Po paru miesiącach sięgnęłam po WAX i to była pierwsza dobra rzecz, którą mogłam zrobić dla swoich włosów. Przełomowym okazał się jednak początek 2012 roku, gdy trafiłam na bloga Anwen i przeczytałam o tych wszystkich cudach które można robić z włosami. Już wtedy miałam dość duży odrost i włosy nieźle przygotowane do dalszej, większej pielęgnacji. Zaczęłam je olejować, kupiłam sobie wcierki i suplementy, odstawiłam suszarkę i urozmaiciłam swoją dietę w produkty zawierające składniki, które są jak najbardziej potrzebne przy odbudowie własnej czupryny.


Od czasu do czasu robiłam maskę jajeczną i ziołowe płukanki, m.in.

Po jakimś czasie postanowiłam zrobić eksperyment, którego efektami (na mnie najlepiej działają takie naturalne rzeczy!) koniecznie musiałam się pochwalić. 
Kto pamięta 
Maska z korzenia rzewienia ślicznie rozjaśniła mi włosy i odżywiła je. Co prawda, na początku na włosach utrzymywała się żółć, ale to bardzo charakterystyczne dla tego naturalnego produktu. Jestem z niego bardzo dumna, i co najważniejsze dla mnie – jestem dumna z siebie, bo jako pierwsza pokazałam jakie efekty daje ta naturalna maska i zainspirowałam masę blogujących i nie blogujących dziewczyn do przetestowania tego sposobu. Post o Rozjaśnianiu włosów korzeniem rzewienia to najpopularniejszy post na moim blogu.




Potem była ciąża i jeden z najpiękniejszych okresów mojego włosomaniactwa. Nigdy nie miałam tak pięknych i błyszczących włosów, a ich wzrost powalił mnie na kolana. O zmniejszonym wypadaniu nie wspomnę, bo to raczej oczywiste, ale gdyby cała reszta mogła miażdżyć, byłabym mokrą plamą! Oczywiście warto wspomnieć, że o włosy bardzo dbałam, ale hormony również robiły swoje. Po ciąży ten stan utrzymał się przez długie miesiące i kolejną przełomową rzeczą było obcięcie włosów i oddanie ich dla Fundacji Rak’n’Roll.




Powód mojej decyzji był prosty i przykry. 
Bardzo dbając o moje włosy nie byłam w stanie zmusić ich do wzrostu. Przez niecałe dwa lata po urodzeniu dziecka rosły mi bardzo szybko by nagle, ni z tąd ni z owąd zatrzymywać się przed talią. 
Nie ruszały dalej mimo wszelkich starań. Zastanawiałam się, co robię nie tak? W poszukiwaniu powodów tego stanu natrafiłam na kilka wątków w internecie, które dotyczyły włosów które dorastają do pewnej długości i nie rosną dalej.
Męczyłam się z tym kilka miesięcy, aż w końcu odpuściłam to sobie i zaczęłam rozglądać się za inspiracjami w internecie. Po krótkich przemyśleniach wybrałam fryzurę long bob a potem poszłam do salonu fryzjerskiego. Wróciłam całkowicie odmieniona i zadowolona jak nigdy dotąd. Włosy były we wspaniałej kondycji! Ale to oznaczało również to, że nie wymagały takiej pielęgnacji jak wcześniej. Nie musiałam ich tak często olejować czy brać suplementów. Były w tak dobrym stanie, że spokojnie wystarczał mi szampon i odżywka. Włosomaniactwo cichło aż w końcu zatrzymało się na niskim poziomie i rok po zmianie fryzury znowu zabrałam się za eksperymenty.


Jak to mówią włosomaniaczki…
Rozjaśnij włosy a znowu będziesz miała z nimi co robić!


Zrobiłam to. Postanowiłam, że rozjaśnię włosy!
Tym razem jednak nie babrałam się z naturalnymi sposobami i sięgnęłam po rozjaśniacz Sunkiss od Loreal. Dzięki temu, że włosomaniactwo nie ucichło przecież całkowicie, skorzystałam z „nabytego” przez pewien czas doświadczenia i wiedzy. To właśnie dzięki temu wiedziałam, jak stosować rozjaśniacz ostrożnie. Zdawałam sobie sprawę z tego, że to środek chemiczny i może w jakiś sposób zniszczyć moje włosy, więc używając go byłam delikatniejsza a ilość aplikacji rozłożyłam na 9, dzięki czemu włosy rozjaśniałam stopniowo i delikatnie. Efekt był cudowny – włosy rozjaśniły się o 2-3 tony i byłam gotowa w 100% na przywitanie oceanicznych fal!



Z racji tego, że rozjaśniacz to nie pudełko smacznych malin, a oceaniczna sól osiadała na moich włosach przez dwa miesiące, musiałam wziąć się za moją czuprynę. Moje włosomaniactwo wskoczyło na najwyższy poziom i od jakiś 10 miesięcy olejuję włosy, biorę suplementy, wcieram Jantar i od czasu do czasu zastosuję sobie płukankę ziołową oraz żel lniany. Maski robię rzadziej, ale fakt się liczy. Jedyne z czym podejmuję walkę to twarda woda, ale włosy są w super stanie! Na dodatek w lipcu oprócz 7 lat włosomaniactwa minie mi rok od ostatniego cięcia!*




Jestem bardzo dumna z mojej decyzji o dbaniu o włosy. Muszę Wam zdradzić, że uważam włosy za najpiękniejszy atut kobiety, i nic go nie zastąpi. Najpiękniejszy makijaż, manicure czy idealna figura giną, gdy nie podkreśla ich coś takiego, jak zadbane włosy. Widzę to nie tylko po sobie ale i po kobietach na ulicy którym tak kiedyś zazdrościłam tego, o co tak postanowiłam zadbać. Często nawet się nie maluję, bo z moją czupryną czuję się cudownie i widzę, że odciąga uwagę od buzi bez grama podkładu. Tak jak ja kiedyś zwracałam uwagę na błyszczące włosy, tak teraz widzę, że moje taką uwagę zwracają. Rozpiera mnie ogromna duma i wiem, że decyzja o zadbaniu o włosy była najlepszą jaką mogłam podjąć. Tak więc jeśli nie wiesz, co możesz zrobić dla siebie, to ja Ci doradzę.


Rada jest prosta.

ZADBAJ O SWOJE WŁOSY, BO TO TWÓJ NAJWIĘKSZY ATUT!



Na sam koniec tego wpisu zdradzę Wam, że są takie sytuacje, gdy wiem, że robię kawał dobrej roboty. Dwa dni temu utwierdziła mnie w tym Sandra, od której dostałam cudowną wiadomość. Wierzcie mi, że niezależnie od tego w jakiej tematyce dostaję takie wiadomości, zawsze bardzo się cieszę! Cudownego, nowego tygodnia!




*pomijając usunięcie paskudnych i wystających końcówek przed imprezą

Moja lista 10 najwspanialszych marzeń do spełnienia

1 lipca 2017

Wiecie, że siła marzeń i pozytywnego myślenia, to moja główna siła napędowa? :D Gdyby nie ona, nie wstawałabym z uśmiechem na twarzy, ani nie działałabym we wszystkich dziedzinach życia z taką motywacją. Kto mnie zna ten wie, że bardzo wierzę w siłę przyciągania i ogromną wagę przywiązuję do notowania, oraz tworzenia różnych chciejlist. Dlatego też, gdy tylko o czymś marzę to w jakiś sposób utrwalam to z nadzieją, że się spełni. I wiecie co? Do tej pory spełniło się wszystko, o czym marzyłam w przeciągu kilku lat. Moje marzenia spełniały się w różny sposób, niezależnie od tego, czy to były rzeczy całkowicie materialne czy zupełnie odwrotnie. A że wierzę w siłę marzeń, to chciałabym Wam opowiedzieć o tych największych, które są moim motorem napędowym w codziennych działaniach i dodają mi mnóstwo siły każdego dnia. Są to marzenia podróżnicze i rozwojowe, rzeczy które totalnie mnie uszczęśliwią, a każde z nich, mniejsze bądź większe, jest dla mnie równie ważne i piękne! 

Ps. Wszystkie zdjęcia pochodzą z Pinteresta! 

Pierwszym, i moim największym, najistotniejszym na ten moment marzeniem, jest wyjazd do Londynu. I to nie na chwilę, nie dla obejrzenia objazdem… Co najmniej na 3 dni!:D Jest to stosunkowo tanie marzenie i do spełnienia, dlatego pomału chomikuję sobie budżet, żeby przeżyć jedną z najlepszych przygód. Jeszcze dwa lata temu miałam w nosie to miasto (tak samo jak cały świat), lecz wszystko zmieniło się, gdy w drodze do domu, pewnego, wrześniowego dnia, oglądałam z samolotu panoramę Londynu. Przywykłam do angielskiej rzeczywistości, języka słyszanego na ulicy, pięknych krajobrazów i tej specyficznej lekkości życia bez atakujących mnie codziennie absurdów. Dlatego też spoglądając na Londyn z góry powiedziałam sobie, że jeszcze tam wrócę! Marzę o tym, by zobaczyć Pałac Buckingham, Westminster Bridge, Big Ben, Oxford Street, Nothing Hill, dzielnicę Belgravia. Moim must have jest kawa i ciacho w Peggy Porshen Cakes, zakupy w Primarku i…


Nic dziwnego, że mam takie marzenie, wiecie? Wychowałam się w domku z ogródkiem i to naturalne, że tego samego pragnę w przyszłości. W swoim marzeniu widzę jednak pola i lasy za oknem zamiast ulic. A do tego białe ściany, kominek i choinkę migoczącą gdzieś w kącie na święta. Ciepłą herbatę, kolorową jesień obok i warzywa prosto z pola. Kurki biegające po trawie i pranie suszące się w ogrodzie. Dzieciaki biegające pod nogami i prawdziwe, rodzinne szczęście. Zapach świeżo upieczonego ciasta, własny gabinecik z widokiem na łąkę. Marzenie mocno rodzinnej osoby!

Już raz próbowałam i zajmowało mi to prawie cztery lata. Niestety coś było chyba nie tak z moimi włosami, bo dalej niż do talii nie chciały rosnąć. Teraz walczę mocnym kalibrem i nie dam się tak pokonać, bo marzę o tym, by mój atrybut kobiecości był taki, o jakim marzę! To doda mi jeszcze więcej pewności siebie!


 … czyli moje przed Londyńskie marzenie :D Kornwalię widziałam na zdjęciach już dawno temu, ale niespecjalnie mnie tam ciągnęło. Wolałam gorącą Grecję czy Włochy, ale męcząc się w naszych upałach powiem Wam, że temperatura między 20 a 25 stopni jest dla mnie najodpowiedniejsza :D No i te widoki, czysta woda i muszelki prosto z oceanu Atlantyckiego – odlot!

A zwłaszcza Hel, Trójmiasto i Zakopane. Marzą mi się spacery w kierunku Zakopanego z widokiem na góry, oscypki, zapach górskiej jesieni która zaczyna się w drugiej połowie sierpnia i dym drzewny z komina. Nasze morze, piękno nadmorskich lasów i molo w Sopocie. Oczywiście z rodziną. Nie ma nic piękniejszego :D




Latest Instagrams

© Kreuję swoje życie • Lekka i przyjemna strona lifestyle'u młodej mamy. Design by Fearne.