Miesięczna kuracja z Halier - recenzja i podsumowanie

28 czerwca 2017



Kto obserwuje mnie na Instagramie ten wie, że w ostatnim tygodniu maja rozpoczęłam kurację z marką Halier Polska. Zastawiałam się nad tym, jaki skutek przyniesie mi pielęgnacja profesjonalnymi kosmetykami i czy dam radę, bo moje włosy zachowują się dość niezwykle przy przy każdorazowym użyciu profesjonalnego środka do włosów. Po prostu buntują się, przetłuszczają w mgnieniu oka i strączkują. Wierzcie mi, bałam się tego jak nie wiem co. Ale czy słusznie?

Do testów wpadł mi w ręce szampon, odżywka i suplement diety Harvity. Harvity miałam brać codziennie, ale jeśli chodzi o szampon i odżywkę, to musiałam zrobić sobie mały plan i po trochu działać na oko. Moje włosy nie lubią, gdy myję je bez przerwy tym samym szamponem, dlatego postanowiłam, że będę używać na zmianę szamponu Fortesse ze środkami innych marek. Jeśli chodzi o odżywkę, to nakładałam ją tak, aby omijać skórę głowy która nie lubi zapychania. Wierzcie mi - choć producenci zawsze obiecują, że dany środek nie zapcha porów w skórze, to ja wolę nie ryzykować, by uniknąć szybszego przetłuszczania. Co kilka dni myłam włosy mocno czyszczącym szamponem aby wyczyścić włosy dokładnie i przygotować do innych zabiegów. Jednak w kwestii czyszczenia bardzo zaskoczył mnie Fortesse. Wiadomo, przecież to szampon, ale w kwestii czyszczenia zwykłe zaskoczenie to za mało. Gdybym szampon mógłby wbijać w fotel, to zrobiłabym dziurę w ścianie.




Fortesse to gęsty szampon perłowej barwie. Jest zamknięty w butelce z pompką i ma dość specyficzny, mocny zapach – trochę ziołowy, trochę kosmetyczny, a przede wszystkim mocno kojarzący się ze specyfikami w salonach fryzjerskich. Zdradzę Wam, że ten fakt nieco mnie przeraził, ponieważ unikam wszystkiego, co ma tak mocny zapach. Trochę tak, jak diabeł wody święconej, więc domyślacie się, jak bardzo bałam się różnych rzeczy które mogłyby się stać z moimi włosami.
Ale same rozumiecie – miesiąc z Halier to było moje wyzwanie, którego zdecydowałam się podjąć. Powiedziałam sobie – nie pękaj, to, że kosmetyk jest profesjonalny nie oznacza, że będzie straszyć jak fryzjerskie kosmetyki.
Jak myślicie, co obiecał producent? Przede wszystkim przyspieszenie wzrostu włosów, odżywienie cebulek, regenerację skóry głowy i poprawienie elastyczności włosów. A do tego wygładzenie, wzmocnienie i dokładne mycie.
Pierwsze dni nie były najłatwiejsze, bo bardzo starałam się ogarnąć gęstą konsystencję tego szamponu. Fortesse bardzo łatwo się pieni i wystarczy jego mała ilość do umycia włosów, dzięki czemu jest bardzo wydajny. Do zapachu przyzwyczaiłam się po tygodniu, więc mycie włosów stało się bardziej komfortowe. Zauważyłam też, że ten szampon naprawdę MOCNO czyści mimo braku detergentów takich jak SLS, SLES i SCS. Pasma niskoporowate (odrost) były gładkie jak tafla wody, natomiast rozjaśnione całkiem inne – w dotyku takie, jakby zdarło się z nich całą warstwę ochronną. Ale nie ma się czemu dziwić, jeśli są rozjaśnione od roku a w między czasie były wystawione na pastwę warunków. Po umyciu takich włosów (i bezproblemowych niskoporów) do gry wchodziła odżywka.




Odżywka Fortesse również cechowała się mocnym zapachem i gęstą konsystencją. Mimo to fantastycznie działała na włosy i zaledwie kilka minut trzymania jej na głowie, działały cuda. Nie ma się czemu dziwić, bo w składzie jest m. in. olej rycynowy (działa na porost!), ekstrakt ze skrzypu polnego, z nasion lnu zwyczajnego, ekstrakt z korzenia bazylii, witamina d3 i składniki nawilżające... Znajdziemy tam również silikon (dimethicone), ale nie bądźmy już takie ANTY, bo silikon ma za zadanie chronić to, co zniszczone, po to by jeszcze bardziej nie ucierpiało. Jeśli zapuszczacie włosy i nie chcecie schodzić z długości, to raczej robicie wszystko, by zachować je w najlepszym stanie nawet, jeśli są przesuszone, prawda? No właśnie.
Kontynuując, włosy zyskiwały gładkość, niesamowitą miękkość i nawilżenie. W dotyku przypominały lejącą się, gładką falę i co najważniejsze – odżywka poprawiła jakość włosów w kontakcie z twardą wodą. Włosy nie przypominały już szczoty, a z miękką wodą to w był prawdziwy ideał!




Włosy po umyciu miękką wodą i szamponem Fortesse. Ideał!




Najważniejszym dla mnie punktem w tej recenzji jest suplement Harvity. Słyszałam o nim dużo od dziewczyn na instagramie, gdzie zdjęcia z nim rozchodziły się jak świeże bułeczki. Dziewczyny pisały o świetnych efektach, więc dlaczego ja miałabym nie spróbować? Przyjmowanie rozpoczęłam w środku ostatniego tygodnia maja i brałam je regularnie po 2 sztuki na raz. Ten suplement jest dość specyficzny, bo pomimo naprawdę dobrego składu, pachnie dziwnie. Gdybym miała wskazać co mi przypomina, to zdecydowanie wybieram karmę. Zapach dość specyficzny, ale jest do wytrzymania, na tej samej zasadzie jak z lekami – nie musi być smaczny czy pięknie pachnieć żeby działał. Skład tabletek jest rewelacyjny, bo suplement zawiera m.in. kolagen, ekstrakt ze skrzypu polnego, L-cysteinę, wit. C, Żelazo, Biotynę, kwas pantotenowy (wit. b5), kwas foliowy, i wiele wiele innych, które robią robotę! Widzę to nie tylko po włosach, które wystartowały z 49 cm a dziś sięgają 51 cm, a na dodatek MNIEJ WYPADAJĄ, ale i po sobie! Po prostu czuję się lepiej, zdrowiej, nie mam dzikiej chęci na sen i mam jeszcze fajniejszą, zdecydowanie bardziej elastyczną cerę. To chyba mówi samo za siebie, prawda? Na ten suplement diety na pewno jeszcze raz się skuszę.




Włosy po kuracji z marką Halier wyglądają bardzo fajnie. Ich wygląd zmienił się na plus, są bardziej lejące, przyjemne w dotyku i co najważniejsze, rosną szybciej i pomijając wszelkie miarki, to jest naprawdę widoczne! Na dodatek widać, ile mam baby hair. Wynik 2 cm w miesiąc jest naprawdę ok zwłaszcza, że średni miesięczny wzrost to 1 cm a w przypadku moich włosów 1,3 cm. Dam sobie rękę uciąć, że efekty będą wychodzić jeszcze przez następny miesiąc i włosy przyspieszą, tym bardziej, że odżywiam się naprawdę zdrowo i ilość składników odżywczych to istne combo. Podsumowując – bałam się, że skończę z codziennymi strączkami we włosach i niezadowoleniem na twarzy, a jest zupełnie inaczej. Jestem bardzo zadowolona i cieszę się, że dzięki super  wydajności, szamponu i odżywki zostało mi przynajmniej na jeszcze jeden miesiąc! :) Dziękuję marce Halier za możliwość przetestowania tych produktów a Wam polecam je serdecznie.

Zachęcam również do przejrzenia firmowego bloga marki Halier gdzie znajdziecie mnóstwo fajnych, włosowych materiałów - w tym również ten o koloryzacji włosów kremem czekoladowym, o której pisałam w tym poście i stwierdziłam, dlaczego warto, choć włosy nie koniecznie zmienią kolor :)
Jeśli chcecie poznać zdanie na temat Harvity od innych osób, to z kolei możecie wpaść na stronę Znamlek, gdzie znajdziecie mnóstwo krótkich recenzji w komentarzach i z pewnością w jakiś sposób wyrobicie sobie zdanie i pomyślicie nad urozmaiceniem Waszej pielęgnacji.

Ściskam!
Marta


Punkt z mojej listy zaliczony + poprawki krawieckie w planach

22 czerwca 2017



Jak postanowiłam, tak zrobiłam i moja szafa wreszcie tworzy całkiem spójną całość. Nie ma tam nic pstrokatego, a wszystkie barwy idealnie oddają moją osobowość. Na dodatek jest porządek, który chciałam osiągnąć i nic nie wala się bez sensu. Dzięki temu jest mi lżej a jeden z punktów z listy rzeczy do zrobienia do końca czerwca jest zaliczony! 




Porządki w szafie to także okazja do zweryfikowania pewnego stanu rzeczy. Wiecie jak to jest, jak w ręce wpada Wam rzecz, która po dłuższym zastanowieniu nadaje się do poprawki krawieckiej? Ja znam ten stan doskonale. Tym razem pod ostrze nożyczek idzie tunika/bardzo krótka sukienka, która jest jednym z moich ulubionych łupów z Romwe.



Tak przy okazji odsyłam do wpisu o tym 

Jak wybierać ubrania w azjatyckich sklepach





sukienka / tunika

TUTAJ


Wszystko jest fajnie, prawda? Jest czarna, fajnie uszyta, ma genialny dół, do tego jest luźna i idealna zarówno do spodni jak i do szortów. Pomyślałam sobie jednak, że zrobienie w niej dekoltu będzie doskonałym pomysłem nawet, jeśli jest dobra taka, jaka jest.

Powodem jest to, że jestem maniakalną zwolenniczką dekoltów i pokazywania obojczyków. Są ludzie którzy uznaliby mnie z tego powodu za dziwną, ale uważam, że obojczyki są jednym z najseksowniejszych miejsc na ciele. Zawsze lubię założyć fajny naszyjnik i je eksponować, a tutaj nie mam pola do popisu. Poza tym mam w szafie piękne, koronkowe biustonosze, które idealnie wpasowałyby się w całość.




Znalazłam na Pintereście kilka bardzo podobnych tunik i sukienek w różnych stylizacjach (poza 4 zdjęciem które jest stricte inspiracją) i powiem Wam, że jest pięknie, ale brak im tego czegoś. Myślę, że gdyby miały dekolt, byłyby w 100% idealne, dlatego nie mogę doczekać się, gdy w końcu swoją poprawię. 
A Wy dokonujecie czasem poprawek krawieckich? :)



Prosty look na letni dzień + 8 zadań do wykonania jeszcze w czerwcu

19 czerwca 2017



Nareszcie mamy poniedziałek! Nie wiem jak Wy, ale ja czuję w sobie mega powera, nawet, jeśli ostatnie tygodnie były trochę męczące. Dokuczała mi nadmierna senność, często znużenie, bo wierzcie mi, ale nadmiar zajęć wcale nie jest taki dobry i człowiek w końcu czuje wypalenie. Niestety też dopadła mnie irytacja, bo nie miałam czasu na inne rzeczy. Dlatego też postanowiłam sobie niektóre rzeczy odpuścić i to była najlepsza decyzja jaką mogłam wtedy podjąć. Dziś czuję się bardzo dobrze. Długo na to czekałam.
W związku z pojawieniem się nowej energii życiowej, postanowiłam dla własnej satysfakcji zrealizować 8 rzeczy do końca miesiąca. Mogłabym polecieć po bandzie i zrobić sobie listę 10 zadań, bo do końca miesiąca zostało naprawdę mało czasu. Pewnie poszłoby bez problemu, ale wolę się nie porywać na takie szaleństwa i zaplanować to, co faktycznie dam radę zrobić jak najlepiej.




sukienka tutaj
torebka tutaj
buty Franco Sarto / TK Maxx


Co chciałabym zdziałać?


Lepiej dysponować swoim budżetem i coś zaoszczędzić.

To mój najważniejszy punkt na całej liście. Choć bardzo ostrożnie wydaję swoje pieniądze, to ostatnio zauważyłam, że częściej mnie ponosi i jest to rzecz do odpracowania. Wierzę, że dzięki temu coś zaoszczędzę i będę mogła sobie odłożyć.

Ogarnąć biurko jako miejsce do pracy i planowania.

O ile do tej pory praca na laptopie przy innych hałasach nie stanowiła dla mnie problemu, tak teraz czuję się bardzo rozproszona i nie jestem w stanie się skupić. Poza tym to cudowna okazja do zagospodarowania sobie własnej przestrzeni ze świecami i kwiatami w wazonie. Cudowna perspektywa nadchodzących dni!

Ogarnąć szafę która zawsze kończy z rozgardiaszem.

Wyprzedaż szafy skończyła się totalnym bajzlem w mojej szafie. To, co wcześniej leżało we względnym porządku, tak teraz wala się z całą resztą rzeczy, a ja nie jestem w stanie nic znaleźć. Sprzedaż ubrań miała mi przynieść porządek, ale to, że ubrań jest mniej nie oznacza, że zapanuje tam względny porządek. Szafa nadal prosi się o segregację rzeczy i powieszenie wielu ciuchów na wieszakach.

Zrobić wszystko, by paznokcie przestały się tak okropnie łamać.

Choćby pomalowanie ich odżywką co powinno choć trochę je usztywnić. Do tej pory paznokcie łamią mi się pionowo do środka, a ja nie jestem w stanie nad tym zapanować. Mam nadzieję, że to pomoże. 

Przeczytać do końca „Sekrety urody Koreanek”.

Szczerze Wam powiem, że to plan do zrealizowania w 100% przy dziecku, bo książka jest naprawdę wciągająca i napisana tak, że nie można przejść obok niej obojętnie! W godzinę wciągnęłam 50 stron. To chyba mówi samo za siebie, prawda?

Znaleźć idealne czarne spodnie – bez żadnych dziur i przetarć.

Bo nie mam takich. Wszystkie moje spodnie mają przetarcia lub dziury. Oprócz musztardowych cygaretek, które rzadko noszę.

Upiec fantastyczną bezę.

Śliczną, białą i wysoką. A potem udekorować ją kremem i owocami.
 
Przygotować listę najważniejszych marzeń.

To najważniejszy z planów do zrobienia jeszcze w tym miesiącu. Uwielbiam wszystkie wishlisty, mój zeszyt życzeń i wszystko co związane z siłą pozytywnego myślenia. Ta lista – zwłaszcza wydrukowana, będzie najlepszą rzeczą jaką uda mi się zrealizować. A i Wy ją zobaczycie, obiecuję Wam!



Jak wybierać ubrania w azjatyckich sklepach i czy warto je kupować?

16 czerwca 2017

Jak kupować ubrania w chińskich sklepach?


Jeszcze 7 lat temu nie pomyślałabym, że będę zamawiać ciuchy przez internet. Nie pomyślałabym nawet, że będę COKOLWIEK zamawiać przez internet, bo wszystko wolałam sprawdzić, dotknąć, powąchać, jak zresztą masa ludzi w moim najbliższym otoczeniu. Dziś nie chce mi się chodzić po sklepach i prawda jest taka, że ja nawet za tym nie przepadam, a internet jest wybawieniem. Poza tym ciągle przemieszczam się i raz jestem w domu dłużej a innym razem prawie mnie nie ma, więc zakupy stacjonarne w tym czasie skutkowałyby brakiem czasu na inne rzeczy. Czasem wybiorę się do galerii, ale nawet jeśli mowa o sieciówkach, to najczęściej wybieram opcję on - line. A dziś nie koniecznie o sieciówkach, a o azjatyckich sklepach i o ubraniach, które posiadam właśnie stamtąd. Dlaczego tak je lubię i polecam?



Moja szafa wypełniona jest ciuchami z sieciówek, lumpeksów i azjatyckich sklepów. Niezależnie od tego, czy to ciuch z H&M czy Shein nauczyłam się, JAK JE WYBIERAĆ. Sam zakup to prościzna, ale wybór to zdecydowanie cięższa sprawa. O ile w lumpeksach nie ma z tym problemu, tak zakupy online wymagają od nas dozy zastanowienia, żeby nie wpaść w kłopot niepotrzebnego zwrotu, tym bardziej jeśli zamawia się coś zza granicy. Od czasu do czasu zamawiam coś z Zary czy H&M, a moje azjatyckie ciuchy pochodzą głównie ze sklepów takich jak Shein, Romwe, bardzo rzadko z innych. Popularny jest również Zaful, na którym jest multum pięknych strojów kąpielowych. Jeśli mam być szczera, to uwielbiam moje, azjatyckie rzeczy! Dzięki dobrym wyborom poprzedzonym upierdliwej wręcz obserwacji i kilku modowym wpadkom (czasem i mi się zdarza nosić nie taki fason jak pasuje), mam w szafie same perełki, w których jestem zakochana. Niektóre mam od ponad 3 lat, co pewnie może Was zaskoczyć, bo wiele osób jest uprzedzonych do tych ubrań.



Np. ta koszula. Mam ją od lutego 2014 roku i nadal wygląda idealnie. Kolory nie straciły na jakości, a mocny materiał świetnie się trzyma. Like it!




Płaszcz z Sheina, który mam od daaawna. Jedyne co się w nim zmieniło to to, że nie jest już tak mięciutki jak na początku i woła o golarkę do ubrań. Ale nada się na kolejny sezon lub dwa.




torba Shein

Albo torebka. Jest świetna i noszę ją od września 2015 roku. Prawie dwa lata, co nie? Sama torba trzyma się rewelacyjnie i nie ma zniszczeń. Nie zarywa się, jest pojemna i pasuje do wszystkiego. Towarzyszyła mi przy przeprowadzce, podczas podróży do innego kraju, gdy dźwigałam chyba milion kilogramów. Towarzyszy mi na co dzień. Szczerze Wam powiem, że to chyba jest najlepszy, azjatycki łup. To haul życia!

Mam dla Was małą ciekawostkę, która jest właśnie związana z tą torbą. 
Zapewne kiedyś słyszałyście o tym, że ciuchy dla azjatyckich sklepów 
są szyte w jednej fabryce razem z ciuchami dla znanych marek? 
Albo, że te same ciuchy które są na stronach takich jak Shein, są właśnie 
w naszych sieciówkach. Słyszałyście również, że na wewnętrznej 
stronie ubrań można znaleźć metki takich marek jak Zara czy H&M? 
Mi się to zdarzyło nie raz, a jak nie było metki którejś z tych marek, to od boku 
była metka Inditexu (Zara, Bershka, Massimo Dutti, Pull & Bear, Stradivarius, Oysho)
taka sama jak na ciuchach kupionych w Zarze. 
Największe zdziwko miałam z tą torbą i gdy tylko zobaczyłam 
wytłoczony napis ZARA BASICS w wewnętrznej części torby, 
oraz metkę Inditexu na boku, to stwierdziłam, że teraz już tylko 
pozostaje mi obserwować, czy nie pojawiła się w sklepie stacjonarnym. 
Jakiś czas później napisała do mnie kumpelka, która ma dokładnie 
tą samą torbę i widziała ją w Zarze.
Identyczną. KURTYNA.
Nie mam pytań.




strój TUTAJ

A ten strój? Ubiegłoroczny, jednoczęściowy był super. Ten w palmy jest ekstra, bo jest idealnie uszyty, stanik ma trochę sportowy krój i trzyma mi piersi, a na dodatek z obu stron taki sam!




strój TUTAJ

Ale ten to już petarda! Leży na mnie cudownie, robi mi biodra, biust i czuję się w nim sexy i szczupło :)




koszula TUTAJ

Do tego ta, różowa koszula w delikatny, kwiatowy wzór. Widziałam, że bardzo dużo osób obczaiło link do niej, więc to mówi samo za siebie! Pamiętam, że jak zobaczyłam ją pierwszy raz to bałam się, że będzie raczej kiepsko, ale materiał okazał się być miły w dotyku, koszula nie powodowała pocenia i była bardzo komfortowa.



Nie pokazałam żadnej sukienki, więc daję do przykładu tą. Jest idealna i jedyne co chciałam w niej zmienić to te wystające niteczki na krawędziach, które obcięłam. Tak poza tym sukienka jest naprawdę boska i idealna na wyjście z partnerem :) Torebka którą widzicie na zdjęciu jest w którymś z kartonów, ale to kolejna rzecz, której się nie pozbędę :D


Pokażę Wam jeszcze jedną sukienkę i w zasadzie moje ulubione, letnie ubranie. Sukienka nie miała dekoltu, więc go uszyłam. Tak poza tym jest idealna, moja ukochana, szafiarski skarb!



I na koniec dwie kurtki zimowe. Dobre na nasz klimat - nie za grube, nie za cienkie, ale ciepłe i wygodne. W obydwu przeszłam przez dwie jesienie i dwie zimy. No i dwie wiosny po kawałku.


Pamiętam moją fascynację serwisem Allegro i tanimi, ubraniami które można było tam dostać. Wszystko byłoby fajnie gdyby nie to, że to, co zamówiłam, odbiegało od tego co zobaczyłam w opisie przedmiotu. Miała być bawełna, a okazywało się, że przyszła mi nędzna, cienka, poliestrowa szmata. Najgorzej było, gdy kupiłam sobie za kilkanaście złotych obcisłą, czarną sukienkę, która miała być z grubszej, przepuszczającej powietrze bawełny. Jak się domyślacie, bawełny nie było. A ja uwielbiam bawełnę. To mój ulubiony materiał, ponieważ moje ciało najlepiej go toleruje i nie pocę się w ciuchach z bawełny. A ta sukienka nie była z bawełny. Moja przygoda z Allegro się skończyła.


Zdaję sobie sprawę, że nie wszystko jest, lub nie wszystko może być z bawełny. Nie wszystko w mojej szafie to czysta bawełna. I o ile to normalne przy kurtkach, czy swetrach z wełny, to jeśli mowa o bluzkach, koszulach i sukienkach, często miałam mieszane uczucia. Ale ważna jest jakość samego materiału i nawet ciuch z bawełny (choć jest super przewiewna) może się rozwalić, więc nie taki poliester straszny jakim go malują. Przykładem są chociażby świetne jakościowo ubrania z poliestru dla sportowców. Wiadomo, że to więcej kosztuje, ale chodzi mi po prostu o to, by zwracać uwagę na to, jak wygląda i zachowuje się dany ciuch.



Zakupy online robię mniej więcej od 5 lat. W tym czasie nauczyłam się kilku bardzo ważnych rzeczy:


• nie boję się poliestru - niby błahe, ale jak się pójdzie dalej, to okazuje się, że to ma sens


• skoro nie mogę sprawdzić materiału za pomocą dotyku, dokładnie mu się przyglądam. Przy oglądaniu zdjęć przedmiotu na stronie, powiększam każde zdjęcie i obserwuję materiał. Może się okazać, że nie taki poliester straszny na jaki wygląda, albo materiał wygląda na mieszankę z bawełną co jeszcze bardziej skłania mnie do zakupu. Wbrew pozorom można to ocenić i wcale nie jest to takie trudne. Wzrokowo jest również łatwo ocenić jakość materiału, a nawet AKCESORIÓW WSZELKIEGO RODZAJU. Pomocne są przy tym…


• … zdjęcia dziewczyn które zamieszczają swoje fotki w kupionych ciuchach na stronie jakiegoś sklepu. Dzięki takiej dodatkowej informacji możecie ocenić to, jak dane ubranie się układa i czy wygląda tak dobrze, jak na modelce, lub na zdjęciu stricte produktowym. To samo jest np. z mięciutkimi pędzlami. Zawsze dokładnie przyglądam się nie tylko zdjęciom produktowym ale i tym nadesłanym przez klientki. I wiecie co? Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się, żebym trafiła na pędzle które podrażnią moją cerę. Na zdjęciach często widać, czy ten przykładowy pędzel wygląda jak puszek, czy jak szczotka do szorowania pleców.


• teraz nie powiem nic nowego, ale jeśli zamawiacie coś w internecie - czy to w sieciówce, czy to w chińskich sklepach), to koniecznie szukajcie czegoś co chcecie na blogach, nawet u mnie. Blogi to miejsca, gdzie najłatwiej jest ocenić, czy po prostu warto. Nawet ja korzystam z informacji u koleżanek po fachu i pytam o opinię, zanim w ogóle postanowię coś zamówić.


• nie bójcie się kupować w zagranicznych sklepach. Uważam, że mijają czasy, gdy sklepy czy sprzedający na Ali wysyłają chłam. Mówię, że mijają, bo wiadomo, że może się zdarzyć, że jakiemuś cymbałowi wpadnie do głowy pomysł, żeby sprzedać gUnwo, a dostać jak za dobry mikser. Ale trzeba wytężyć wzrok! Pamiętam, jak na początku mojej przygody z zakupami on line, moja znajoma kupiła sobie 5 lat temu sukienkę w jednym z chińskich sklepów. Sukienka była ultra tania i na zdjęciach widać było tandetną, cienką i rozciągliwą koronkę. Dziewczyna była rozczarowana tym co dostała a ja wiedziałam jak będzie, bo przyjrzałam się dokładnie aukcji. Czy się wystraszyłam przyszłych zamówień on line? Nie, bo zauważyłam, na co warto zwracać uwagę.


• zwracajcie uwagę na promocje, kody rabatowe, które są dostępne nie tylko na stronie głównej danego sklepu, ale często podają Wam je również blogerki :) Nie raz skorzystałam z jakiegoś kodu rabatowego, czy to od dziewczyn, czy to za dodanie własnego meila do newslettera (pamiętam -25% w H&M), a często zyskuję i oszczędzam. Zwłaszcza, że taka ze mnie sknera. Mała sknera, ale jednak.
Ps. Już odbiegając od tematu ubrań z chin czy sieciówek on - line, ostatnio oszczędziłam na My Taxi, korzystając z kodu który dał mi 50 zł na przejazd. Ja również podzielę się moim kodem bo dzięki niemu możecie dostać 50 zł na pierwszy kurs! Wpisujcie w aplikacji KOD: marta.syc i cieszcie się spokojną jazdą :)


• koniecznie zwracajcie uwagę na WYMIARY. Powiem Wam szczerze, że w moim przypadku rozmiarówka jest całkiem trafiona i S to naprawdę S :) Ale warto mieć to na uwadze, żeby nie daj Boże nie okazało się, że sukienka jest dobra w talii, ale za krótka i mało brakuje by było widać tyłek :D Zawsze można też porównać się do modelek ze zdjęć, bo np. na Sheinie są podane wymiary tych dziewczyn i macie możliwość wyobrażenia sobie tego, jak dana rzecz będzie na Was leżeć.


• jeśli szukam czegoś w azjatyckich sklepach, to szukam WSZĘDZIE, gdzie dana rzecz jest. Nie ograniczam się do jednego sklepu bo często się okazuje, że ta sama rzecz kosztuje taniej w drugim. Z tego co wiem, to taki Shein i Romwe mają jeden, wspólny magazyn, więc warto porównać sobie ceny. Skąd wiem o tym magazynie? Raz, że powiedziała mi koleżanka, dwa, że wiele miesięcy temu przyszła mi jedna paczka z dwóch sklepów. Tak więc rozglądajcie się i porównujcie sobie ceny.


Podsumowując...
Ubrania i akcesoria z azjatyckich sklepów są fajne. Warto zwracać uwagę na sprawdzone sklepy i jeśli się rozglądacie, oraz sprawdzacie wszystko jak najlepiej się da, to praktycznie nie ma szansy na to, żeby się naciąć. Moje ciuchy mają świetną jakość i jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwość, to z całkowitą pewnością powiem, że ta jakość jest lepsza niż sieciówkowa (a przynajmniej w tych najpopularniejszych sklepach jak Shein i Romwe). Lepsza, bo niektóre z ubrań ciągle wiszą w szafie bo mimo wszystko nie mam ochoty ich wypuszczać. Nie niszczą się, nie odbarwiają, a niektóre po takim czasie wymagają jedynie spotkania z golarką do ubrań. Jeden ze swetrów ma już 3 lata, jest gruby i mięciutki. Płaszczyk jeszcze będę nosić. Stroje kąpielowe – oryginalne i z fantazją. A co do cen, myślę, że są całkiem ok. Zakupy w azjatyckich sklepach wyglądają niemalże identycznie jak te w H&M czy Zara online, z tym, że mamy mniejsze zaufanie, jesteśmy ostrożniejsi i... musimy trochę dłużej poczekać na dostawę :) Mimo to naprawdę uważam, że warto. Na dodatek pomału zaczynam pozytywnie nastawiać się do zakupów na Aliexpress, które chciałabym ZNOWU zrobić, bo jest mnóstwo ślicznych rzeczy :) Mam już swoją listę AliMustHave, więc życzcie mi szczęścia!

Jak spędzić pozytywnie dzień? Wyjdź z koleżanką na ploty! OOTD + Charlotte

12 czerwca 2017



Dzień dobry! Witam Was w poniedziałek i mam ogromną nadzieję, że weszłyście w nowy tydzień z masą pozytywnej energii. Ja zdecydowanie ją mam! Weekend był dla mnie czasem na odreagowanie, ale z racji tego, że moja mama ma problem z kolanem, musiałam się nią trochę zaopiekować. Wiecie jak to jest, gdy chodzenie jest praktycznie niemożliwe przez okropny ból? Kiedyś przez własną głupotę rozwaliłam sobie torebkę stawową w stopie, więc wiem i rozumiem, jak musiała się czuć moja mama i jak bardzo potrzebna była jej druga osoba. Chyba jestem z siebie dumna. Samoocena urosła mi o kilka leveli! Tak poza tym wyrwałam się na babskie spotkanie wypełnione nieustającą, 5 godzinną rozmową :D Było super! Spinki i Szpilki, dziękuję za rewelacyjny czas!


https://goo.gl/UVH2FZ


bluzka TUTAJ
spodnie bezmarkowe
torebka TUTAJ
buty Franco Sarto 
zegarek Daniel Wellington


W taki dzień przyjemnością było ubranie się w coś innego niż normalnie. 
Wierzcie mi, że na co dzień musi być po prostu praktycznie i gdybym mogła, 
spałabym w dżinsach i trampkach. Tym razem postawiłam na coś eleganckiego 
i czułam się perfekcyjnie. Bluzeczka którą założyłam jest niesamowicie 
przewiewna i wygodna, a do tego wygląda kapitalnie!
Zdjęcia robiła mi Ania, ale i ja mogłam pokazać, na co mnie stać i przez bitą
godzinę wyżywałam się kreatywnie, dzięki czemu Ania ma naprawdę fajny
materiał, z którego jestem okrutnie dumna :D




Dzień wypełniony długimi rozmowami nie mógł się obejść bez wyjścia do Charlotte. Ta śniadaniowa knajpka była moim totalnym must have na mapie Warszawy i koniecznie musiałam się do niej wybrać. Zachęcało mnie nie tylko pysznie wyglądające menu, ale również wystrój i niesamowity klimat. Po przejrzeniu karty zamówiłam śniadanie Charlotte, a do tego lemoniadę i przepysznego makaronika. Prawdę powiedziawszy, coś takiego można sobie zrobić w domu, ale będę szczera i powiem bez ogródek – to takie miłe, gdy nie musisz nic robić, bo ktoś inny zrobi to za Ciebie :D Jedzenie było przepyszne i jestem pewna, że wrócę ponownie do Charlotte :)




Ten weekend zaliczam do tych totalnie udanych, bo wróciłam do domu naładowana pozytywną energią i kilkoma dobrymi pomysłami, które na pewno w przyszłości wykorzystam. Życzę Wam wspaniałego tygodnia moi drodzy! :)


Majowo czerwcowa aktualizacja włosowa + rozpoczęłam nową kurację!

7 czerwca 2017



Aktualizacja miała być majowa, a spóźniłam się z nią 7 dni! Bez zbędnego gadania zabieram się za podsumowanie stanu moich włosów w czasie większym niż miesiąc :)

Maj był włosowo kiepskim miesiącem. Miałam z moimi włosami trochę problemów z którymi nie mogłam sobie poradzić i ciężko mi było to ogarnąć. Po pierwsze cały czas zapominam o kupnie filtra do wody, a jak już mam to w głowie, to wjeżdża mi tam skąpstwo i najzwyczajniej wolę wydać pieniądze na coś innego.
Jeśli pomyślałaś, że chodzi o jedzenie, to masz sporo racji :D

Praktycznie nieustannie zmagałam się z elektryzowaniem się włosów i parogodzinnym dochodzeniem ich do względnie dobrego stanu. Zrobiło się trochę lepiej wtedy, gdy zaczęłam myć włosy w nocy a nie rano. Przez te kilka godzin domykały się łuski i rano budziłam się z całkiem przyjemnie wyglądającą taflą. Wiele z Was może to dziwić, bo dużo dziewczyn narzeka na niszczenie się włosów przez pocieranie o pościel, a co dopiero może być z mokrymi włosami! Na moje to jednak nie działa i jak się okazuje, to rozwiązanie jest dla mnie naprawdę ok. Dziwne są te moje niskopory.

Maj był także przełomowy, bo po 10 miesiącach stanęłam przed lustrem i obcięłam sobie końcówki. Zrobiłam to całkiem nieoczekiwanie, użyłam nieodpowiednich nożyczek i po prostu ciachnęłam to co odstawało wśród wykruszonych końców. Pamiętam, że gdzieś wtedy wychodziłam i koniecznie chciałam, by wszystko wyglądało po prostu ładnie :D I tak jak zawsze jest mi przykro, gdy muszę obciąż włosy, tak teraz nie miałam żalu bo nie zaszalałam jak wszystkie fryzjerki które przewinęły się w moim życiu.
Tak na marginesie obawiam się, że byłabym kiepską fryzjerką, bo obcinałabym naprawdę zniszczone partie włosów. Chyba byście mnie odlubiły :D

Szampony szamponami – miały czyścić, więc czyściły, odżywki tylko w sprayu, maski nie istniały, o Jantarze zapomniałam, a jedyna rzecz więcej jaką robiłam, to olejowanie. Tym razem kokosem od Body Boom i niczym więcej!




Koniec maja zaznaczył się w moim plannerze bardzo dobrze, bo rozpoczęłam miesięczną pielęgnację z marką Halier. O tych kosmetykach słyszałam już jakiś czas temu, a kapsułki Hairvity przewijały się w propozycjach na moim instagramowym wallu, robiąc mi niesamowitego smaka na nie. Świetne efekty u innych dziewczyn dają mi dużą nadzieję na niezły przyrost. Liczę na to, że moje włosy będą jeszcze lepsze po tej kuracji i że moja recenzja nieźle mnie podbuduje, więc trzymajcie kciuki!


Na koniec podsumowanie stanu moich włosów w maju i pierwszym tygodniu czerwca.

• prawie roczny odrost po rozjaśnianiu Loreal Sunkiss
• rozdwojone końcówki których nie ruszam, bo pomimo pozbycia się wystających piórek nie jestem gotowa na WIĘKSZE CIĘCIE
• włosy rosnące w różnym tempie
• baby hair
• praktycznie codzienny, majowy bad hair day i m.in. elektryzujące się włosy
• mięsiste włosy po rozpoczęciu nowej pielęgnacji



Kosmetyczne must haves na lato

1 czerwca 2017

Wraz z nadejściem bardzo ciepłych dni zmieniły się trochę moje potrzeby, jeśli chodzi o makijaż, pielęgnację i umilanie sobie dnia codziennego. W sumie to za dużo powiedziane, bo trochę po prostu doszło, a ja w końcu nabrałam ochoty do spełnienia swojego widzimisię. Wiecie jak to jest - jeśli chodzi o zapachy, chcecie czegoś nowego, jeśli chodzi o skórę uzupełniacie braki, jeśli chodzi o usta... I tak dalej, i tak dalej. Ja swoje powody mam i przy tworzeniu tej listy chętnie Wam o nich opowiem.

Tanie kosmetyki 


Długotrwale matujący puder od Golden Rose

to mój must have od momentu poznania bardziej tych kosmetyków na Meet Beauty. Ciągnie mnie do pudru, bo od jakiegoś czasu męczy mnie notoryczne świecenie się skóry i choć lubię efekt glow, to nie w takiej formie. 


BB CREAM Beauty Balm od Golden Rose

 poznałam kilka dni temu, gdy ze względu na temperaturę musiałam zrezygnować z podkładu. Miałam próbkę z mojego #goldenrosebox i powiem szczerze, że sprawdził się niesamowicie! Krycie było wystarczające a skóra po usunięciu kosmetyku nadal była lekka i przyjemna w obyciu. Nie pojawił się efekt zmęczenia a pory nie wyglądały na przytkane. Poza tym ten krem BB kusi mnie designem - wygląda świetnie i kojarzy mi się z kosmetykami o których marzyłam w dzieciństwie!



Zima czy lato, nawilżać i złuszczać skórę trzeba. Smaka na tą  

maskę od Origins

narobiło mi kilka osób z instagrama i jestem ciekawa, 
czy jej działanie jest naprawdę bardzo dobre :) 
Poza tym kocham wszystko co różane.


DIOR Addict Lip Sugar Scrub

to mój must have od miesięcy. Nie będę ściemniać i powiem, że najpierw przyciągnęło mnie przepiękne, eleganckie opakowanie a dopiero potem recenzje i to, jak usta wyglądają "po". Choć domowe peelingi są fajne, to jednak nie lubię się z nimi babrać i otrzepywać się z tego co się osypało. Wolę szybkie sposoby, bo sprzątać to ja mogę po masce do włosów albo po peelingu kawowym - to mi wystarczy. Nie mogę się doczekać momentu, gdy ten produkt trafi do mojej kosmetyczki.


Żel aloesowy wielofunkcyjny Holika Holika

jest na równi ze wszystkimi kosmetykami do nawilżania cery. W domu mam już spory zestaw ratunkowy, ale chcę jeszcze coś aloesowego by wypróbować to działanie na skórze. Nadal nie doszłam do ideału nawilżenia cery.


Yankee Candle A Child Wish

to mój absolutny must have od dawna, bo jest jednym z moich ulubionych zapachów. Ze względu na to, że Fresh Cut Roses upolowałam w TK Maxx jakieś 40% taniej, to jeśli chodzi o ten, również szukam w niższej cenie (trochę jestem skąpiradłem :D). Jest to zapach kojarzący mi się z niesamowitym szczęściem i euforią. Chociaż nie jest to kosmetyk to działa kojąco na moje zmysły, dlatego go tu widzicie.


Szczotka Tangle Angel

To kolejna rzecz którą widziałam taniej w TK MAXX, ale wiecie jak to jest - nie wzięłam jej i w sumie nie wiem czemu! Do tej pory rwę sobie włosy z głowy i żałuję :) Ale chcę ją!



Obok kremu BB od Golden Rose i peelingu w sztyfcie od Diora,  

Sleek - Highlighting Palette Cleopatra's Kiss

to mój największy must have z tej listy. Zobaczyłam go u jednej z dziewczyn na instagramie, a że kocham efekt rozświetlający i przepiękne opakowania to nabrałam ogromnej ochoty na ten kosmetyk. Poza tym to są właśnie moje kolory i myślę, że razem z kremem BB wyglądałby cudnie!



A Wy jakie macie must haves na wiosnę?

Latest Instagrams

© Kreuję swoje życie • Lekka i przyjemna strona lifestyle'u młodej mamy. Design by Fearne.