Czy teraz potrzebuję lustrzanki...?

18 listopada 2019



Jeszcze kilka lat temu zastanawiałabym się jaki nowy, inspirujący post dla Was napisać... Dziś wiem, że staranie się na siłę nie jest za dobre. W każdej dziedzinie życia. Począwszy od związków po pracę, zdrowie, na przyjemnościach kończąc. Nie ma co się silić na inspirujący post, gdy chciałam Wam po prostu pokazać zdjęcia które zrobiliśmy z Damianem. Nie było by w nich nic szczególnego, gdyby nie to, że... nie robiliśmy ich lustrzanką!


Pamiętam zakup mojej pierwszej i jak dotąd jedynej lustrzanki. Canon 600D był szczytem moich blogowych marzeń i największym celem. Z (pozytywną) zazdrością obserwowałam poczynania blogowych koleżanek i ich wspaniałe sesje. Bardzo chciałam mieć równie piękne zdjęcia. Swoje marzenie spełniłam, gdy osiągnęłam finansową niezależność i mogłam sobie pozwolić na tak konkretny zakup. Chciałam robić przecudowne zdjęcia, uczyć się nowych rzeczy, więc zakup mojego Canona był kwestią czasu. 

Praktycznie cały blog jest wypełniony zdjęciami zrobionymi Canonem 600D. Gdy w międzyczasie dokupiłam stałkę, poczułam, że weszłam na najwyższy lvl. Moje zdjęcia były dla mnie absolutnym sztosem. 
A potem zabrakło mi czasu, chęci i siły. Blog i aparat poszedł w odstawkę. Już nie miałam czasu na fotografowanie nieba, bo musiałam rano wstać do pracy czy załatwić milion innych spraw. Nie mogłam się zgrać z innymi na fajne zdjęcia, a do tego przestało mi się uśmiechać dźwiganie ciężkiego aparatu. I tak z dnia na dzień pochłonęła mnie niemoc, a wena totalnie odpłynęła.  


Ale spokojnie. Technologia poszła do przodu, telefony robią tak imponujące zdjęcia jak aparaty. Może na komputerze to nie jest żyleta, ale to samo osiągnęłabym zwykłym kompaktem... Choć nawet nie. Kompakt nigdy nie rozmył mi tak fajnie tła jak iPhone XR :)

I to właśnie z nim się polubiłam. Szczerze Wam powiem, że nigdy nie byłam tak zadowolona z jakiejś inwestycji czy podobnego zakupu. Ten telefon jest tak świetny, że głowa mała. A to jakie robi zdjęcia, odejmuje mi mowę. Bo już nie potrzebuję tak lustrzanki jak kiedyś. W zasadzie nawet z niej nie korzystam, chyba że kiedyś dokupię teleobiektyw z myślą o fotografii nocnego nieba ;) W tym momencie zwykły aparat w iPhone jest dla mnie absolutnie wystarczający :)


No ale co jest na zdjęciach? :) Oczywiście OOTD, którego nie było od ponad roku!

czapka bezmarkowa
sweter z drugiej ręki
płaszcz NAKD
torebka NAKD
buty Converse
zegarek Daniel Wellington




Moja jesień / Photo diary

14 listopada 2019



Na wstępie chciałabym podziękować wszystkim osobom, które obejrzały mojego ostatniego vloga - nie sztuką jest wytrwać 45 minut oglądając malującą się i gadającą dziewczynę! :) Mimo wszystko świetnie się w tym czułam, ale nie ma co się oszukiwać i zaprzeczać, że są osoby, które jednak wolą formę pisaną i lubią czytać. To dla Was :)

Btw. Zanim przejdę do sedna, to sukienkę możecie znaleźć tutaj :)




A więc moja jesień była całkiem miła. Mówię - BYŁA, bo choć pogoda jest przyjemna, jest stosunkowo ciepło i można nadal zbierać grzyby, to w mojej głowie i w sercu już trwa przygotowanie do Świąt Bożego Narodzenia ;) Wracając do tematu - nie mogę narzekać, a zwłaszcza mentalnie. Choć zdrowie nie dopisywało, szczególnie przez trzy tygodnie chorowania, to cieszyło mnie piękne, jasne słońce i niebieskie niebo. Nie za bardzo mogłam cieszyć się cudowną pogodą bo choróbsko rozłożyło mnie i Julkę na łopatki, ale za to odpoczęłam psychicznie od pracy i skorzystałam z czasu z córeczką. Muszę Wam powiedzieć, że czas spędzony z nią jest dla mnie najcenniejszy na świecie :) Fajnie jest pobawić się ze znajomymi i iść do klubu na imprezę, ale bez porównania - sto razy bardziej wolę posiedzieć wieczorem w domu z Damianem i Julką, niż siedzieć w klubie i być na celowniku X facetów, którzy tylko czyhają na to, aż upolują swoją zdobycz :P Zresztą ostatnim razem w klubie podobno miałam branie, a nic nie zauważyłam, bo tańcząc myślałam o tym że tęsknię za Damianem i wolałabym, żeby był obok mnie, że chyba jestem za mało pijana (:D) i o tym, ile mogę właśnie schudnąć xD Tak więc dla mnie lepiej, gdy jest na 100% rodzinnie!

A my co porabialiśmy gdy zdrowie dopisywało? Jeździliśmy tu i tam, chodziliśmy na grzyby, nad jezioro, do Maka, na place zabaw - najważniejsze, że razem i to było super!




Te dwa cudowne zdjęcia to kwintesencja jesieni i nadchodzącego, cudownego okresu. Grzyby i mandrynki, czy to nie brzmi pięknie? Grzyby oczywiście najlepsze z makaronem i boczkiem, a mandarynki pochłaniane kilogramami bez niczego :)
Wyznam Wam, że oprócz czekolady, to właśnie grzyby i mandarynki najlepiej poprawiały mi humor jesienią. Nie ciasto marchewkowe, nie owoce, które latem jadłam jak szalona... Aż szok! Tak w ogóle największy apetyt na to dopadł mnie właśnie w trakcie choroby. A i z chorowaniem było całkiem nieźle... Rozłożyło mnie ekspresowo na popołudniowej, sobotniej zmianie w pracy. Z aktywnej, energicznej kobiety stałam się chwiejącym się chuchrem i z 38 stopniową gorączką pojechałam do lekarza. Wierzcie mi, że darowałabym sobie nocną pomoc lekarską, gdybym miała poniedziałek wolny, ale poniedziałek miałam zacząć turbo wcześnie i musiałam sobie dać radę. Wszystko byłoby ok, gdyby mój ulubiony lekarz (już kiedyś opowiadałam na stores o tym agencie) nie kazał mi się leczyć Ibupromem i iść w poniedziałek do rodzinnego po L4. A co mu szkodziło wypisać? Ach wiem, poprzednim razem uczył się tego przez telefon ze mną - wiem, że brzmię złośliwie, ale jestem na niego strasznie cięta po kilku irytujących wizytach. W każdym razie w poniedziałek poszłam do pracy, i nie byłam tam nawet pół godziny, bo moja szefowa dała mi do zrozumienia, żebym poszła do lekarza z marszu. Poszłam, dostałam receptę, leczyłam się w domu objawowo, nie przeszło. Po czterech dniach nadal miałam gorączkę i skończyło się na ogromnych dawkach antybiotyków, a potem rozwaliło Julę. Wyszłyśmy z tego na początku listopada i odpukać - nie chorujemy :)




Wiecie co? To, że byłam w domu i chorowałam nie oznacza, że odpuszczę sobie miłe dla mnie rzeczy. Wręcz przeciwnie - u mnie miło połechtana próżność oznacza to, że na bank będę mieć lepszy humor, a to oznacza, że lepiej się poczuję. Dlatego wspaniale było cieszyć się nowymi botkami na obcasie, lekką, białą sukienką i nowymi t-shirtami. Ten z księżniczkami wymiata!



botki TUTAJ
sukienka TUTAJ
bluzka TUTAJ


t-shirt w księżniczki ZARA
różowy t-shirt Z DRUGIEJ RĘKI




Apropo tych naszych wypadów, często jeździliśmy tak, żeby pojeździć. Taka jazda bez powodu jest dla mnie jedną z najbardziej relaksujących rozrywek. Uwielbiam patrzeć na krajobrazy za oknem i poznawać nowe, bliskie zakątki.

Mało dzisiaj było, co? No ale niestety, nie robiłam zdjęć na zwolnieniu lekarskim, bo raz, że się tego nie robi, to dwa, ani nie miałam siły, ani nie wyglądałam za specjalnie.
Szykuje się przede mną trochę pracy, więc do następnego!



Moje nowości kosmetyczne / JESIEŃ 2019

11 listopada 2019



Ostatnio pytałam się Was na instagramie, czy wolelibyście nowości kosmetyczne w postaci vloga czy wpisu na blogu... I jestem Wam za to ogromnie wdzięczna. Jestem zachwycona pisząc tego posta, bo dawno nie pisałam o czymś takim i wręcz czuję, że wiatr dmucha w moje żagle! Nie motam się, jestem pewna tego i to jest super! Ale do rzeczy. Widzicie te cudowności? Czaiłam się na nie długo i w końcu zrealizowałam kosmetyczną listę musi have, przy okazji zaspokajając moje "próżne ja" ;) Wierzcie mi, że tak jak trąbiłam kiedyś o dogadzaniu sobie, tak będę to robić ponownie - to naprawdę pomaga i poprawia humor. W końcu nie po to harujemy jak woły, żeby nie móc sobie czegoś kupić, hmm? ;)


___________________________________


Na pierwszy ogień idą cztery nowości z The Ordinary. Ze względu na to, że jestem posiadaczką trądziku wieku dorosłego mając przy okazji problem z przesuszeniem skóry, zdecydowałam się na zakup...



... toniku z kwasem glikolowym 7%. Co jak co, ale znam na tyle moją skórę, 
że wiem, że nie nawilżę jej dobrze, jeśli nie zostanie odpowiednio złuszczona. 
Tonik stosuję już około dwóch tygodni.




Na drugim miejscu z The Ordinary jest krem - serum z kwasem hialuronowym. 
Na razie nie mam określonego rytmu - oczywiście stosuję go codziennie, ale 
różną częstotliwością - czasem tylko na dzień pod inny krem, a czasem i na noc i 
na dzień. Szukam złotego środka.




Kwas hialuronowy 2% + wit. B5 kupiłam z myślą o takim KONKRETNYM 
nawilżeniu skóry. Ma dziwną konsystencję, ale robi na mnie coraz większe 
wrażenie!




Ostatnim z tej serii jest peeling kwasowy AHA 30% + BHA 2%. Tak jak z kremem, 
próbuję złapać swój rytm, ale jedno jest pewne - ten peeling z każdym użyciem 
mnie coraz bardziej zaskakuje!


The Ordinary jest dość popularną marką kosmetyków i planuję zrobić ich recenzję, bo nigdy, ale to NIGDY DOTĄD, żadna marka nie zrobiła na mnie tak KOLOSALNEGO wrażenia. Te kosmetyki zasługują na więcej słów, ale staram się nie zdradzać za dużo ;)



___________________________________





3 stopniowa pielęgnacja od Clinique dla cery mieszanej ze skłonnością do przesuszenia. 
Niestety produkty ułożyłam nie w tej kolejności do trzeba - wszystko od drugiej 
strony... ;) W skład zestawu wchodzi żel do mycia twarzy, tonik złuszczający i krem do 
twarzy.  Zestaw zostawiam na później, bo na razie testuję The Ordinary.




Maskę Laneige wypatrzyłam u jednej z dziewczyn na instagramie. Podobno jest 
świetna, ale to się dopiero okaże, bo dziś będę mieć ją na ustach pierwszy raz.



Poza maską Laneige sprawiłam sobie nową pomadkę MAC, odcień MEHR, oraz 
róż od INGLOTA odcień 46 - piękny, brzoskwiniowy kolor. Jeśli chodzi o pomadkę, 
to pomimo konkretnego matu jest niesamowicie kremowa i bardzo komfortowo mi 
się ją nosi na ustach.



Lakier od ArtDeco z serii Claudia Shiffer. Jest to idealny, nudziakowy odcień, 
który podbije kolor moich paznokci i co najważniejsze - zniechęci mnie do 
obgryzania. Wierzcie mi, nienawidzę obgryzać pomalowanych paznokci. Dziwne, 
ale mi pomaga ;)




Sztuczne rzęsy to moja pięta achillesowa, a że ciężko mi się żyje z moimi cienkimi
 i krótkimi rzęskami, to postanowiłam, że nauczę się doklejać kępki. Niestety ostatnim 
razem gdy próbowałam nakleić sobie sztuczne rzęsy, to zalałam sobie oczy klejem i 
polepiłam wszystko wokół - może z tymi drobinkami będzie lepiej ;)




I na koniec coś, czego brakuje mi w ofercie Sephory Online - drobiazgi do kąpieli. 
Te udało mi się dodać cudem, bo jakoś tak dziwnie rotowały w aplikacji, i nie wiem 
czy były wykupowane czy co ;) Jeszcze przydałyby mi się te urocze olejki do kąpieli 
w postaci kuleczek - to jest sztos :)



To na tyle moi drodzy - wkrótce pojawię się z recenzją The Ordinary i Laneige, bo w tych produktach pokładam największe nadzieje. Od dawna bardzo skupiam się na poprawieniu stanu mojej skóry, która od lat nie reagowała na stosowane przeze mnie specyfiki i wyglądała naprawdę BARDZO ŹLE. Ja już wiem dlaczego, ale tego dowiecie się oczywiście w recenzji... Także do następnego!


Ściskam,

Marta

Wiesz o czym teraz marzę?

19 sierpnia 2019

Ostatni wysyp brzuszków sprawił, ze z nostalgią przeniosłam się myślami kilka lat wstecz. Gdy przeglądałam stare zdjęcia, natknęłam się na kilka, dosłownie kilka z okresu ciąży. Myślałam, ze jest tego więcej... Byłam w szoku, ze nie zachowałam więcej wspomnień z tego ekscytującego czasu. Nie ma się jednak co dziwić, bo ta ciąża była specyficzna. 

Po pierwsze - była tą pierwszą, była czymś nowym. Nie wiedziałam czego się spodziewać, jak będzie się zachowywać mój organizm, a jego wszelkie reakcje naprawdę mnie zadziwiały - zwłaszcza huśtawka nastrojów... 😱

Po drugie - bardzo przejmowałam się reakcjami ludzi na mój widok. Urodziłam dziecko mając 21 lat, wyglądałam na 6 lat młodsza. Od chwili obwieszczenia ciąży światu towarzyszył mi NIEUSTANNY HEJT, na żywo i w internecie. Jeszcze gorsze było to, ze to szło od kobiet... 

Po trzecie - presja i brak spokoju - presja na ślub bo ciąża, presja, by ochrzcić dziecko bo tak wypada. Nikt, absolutnie nikt poza partnerem, mamą i teściową nie pytał, czy faktycznie tego chce. A nie chciałam. Wiecie, jestem tego zdania, ze dziecko to każdy może zrobić, ale ślub czy sakrament, to dla mnie sprawa życia i śmierci. I JA sto razy zastanowię się zanim wyjdę za mąż czy ochrzczę dziecko - bo męża chcę mieć jednego do końca życia, a żeby ochrzcić kogoś to trzeba wiedzieć dlaczego i U KOGO, a nie dlatego, żeby teść czy ciocia byli zadowoleni.

Choć nie wszystko było tak pozytywne jak można by sie spodziewać, to z coraz większą nostalgią wspominam ten czas i nie ukrywam, ze marzę o drugim dziecku. 

Ale nie od razu tego chciałam. Julka od urodzenia była naprawdę hardkorowym i bardzo wymagającym dzieciątkiem (wpis o dziecku hnb). Pierwsze 3 lata z nią były czasem na najwyższych obrotach, i to już od samej porodówki. Dopiero po 3 roku życia nasze wspólne życie stało się łatwiejsze, a z każdym rokiem było spokojniej. Gdy miała 4 lata, wróciłam do pracy i spojrzałam na naszą relację z dystansu. Zobaczyłam, jakim wspaniałym doświadczeniem był ten pierwszy etap macierzyństwa i jak wiele mi dał. Od tamtej pory wiedziałam, że moje marzenie o tworzeniu domu i rodziny jest jeszcze silniejsze. Oczyma wyobraźni widziałam stópki biegające po trawniku - te małe i duże, buzie zajadające szarlotkę, którą upiekłam, czy wspólne ognisko, a w przyszłości mnie i Damiana oglądających fotografie z dawnych lat. Dla mnie pełna i trzymająca się razem rodzina to największy życiowy cel. Karierę mogę robić później, zresztą patrząc na to jak teraz ludzie się biją o stołki... Odpuszczam... I choć bardzo lubię swoją pracę, to widzę ogromny SENS w wychowaniu kolejnego pokolenia na porządnych ludzi. Pomimo tego, że wychowanie w miłości i tolerancji do drugiego człowieka jest usłane drogą pełną wzlotów i upadków, to niesie ogromną satysfakcję i poczucie dobrze wykonanej pracy. 

Nic mnie nie dowartościowało w życiu bardziej, niż bycie dobrą mamą.


Dlatego tez po kilku życiowych wybojach, wzlotach i upadkach, po bólu poronień... z radością będę wyczekiwać cudu bycia mamą po raz drugi. Tym razem będę już przygotowana i będzie inaczej. Nie straszne mi pampersy, nocne wstawanie czy ogarnianie tak małego dziecka. Mam doświadczenie i wiem czego sie spodziewać. W pierwszej ciąży się uczyłam, zdawałam egzaminy i miałam masę stresów, w tej pracuję, prowadzę dom z moją miłością, mamy naszą kochaną sześciolatkę, a moje życie jest tak po ludzku... poukładane? Czuje, ze po prostu będzie dobrze, będzie tak, jak zawsze chciałam, by było. Wiem, ze różne rzeczy mogą się zdarzyć, ale będzie spokojniej. Jestem przygotowana.



Photo diary • czerwiec czyli mnóstwo kwiatów, natura i jak rozstaję się z mięsem...

30 czerwca 2019



Łał, nawet nie wiecie jaki mam fajny miesiąc za sobą :D To aż niewiarygodne, zważywszy na przebieg ostatnich dwóch lat. Dzięki temu, że nagle stało się tak, jakbym odcięła przeszłość jednym, stanowczym ruchem, a ta tak po prostu sobie odleciała w dal... i PRAWIE nic nie pamiętam. Jestem zupełnie inną osobą - już nie nieszczęśliwą i znerwicowaną, a naprawdę zadowoloną z siebie i z życia kobietą. To naprawdę niesamowite!

A na pierwszym zdjęciu, oczywiście piwonie! Czerwiec jest miesiącem pod znakiem piwonii, którym narobiłam tyle zdjęć, że do połowy lipca będziecie je oglądać na instagramie :D




Było ciepło i przepięknie. Choć byłam momentami naprawdę zmęczona, to nie poprzestawałam na spacerach z Julką i Perłą. Zawsze miałam poczucie, że po pracy to tylko w domu i w domu, a jak przyjrzałam się dokładniej temu jak spędzamy moje wolne dni to stwierdziłam, że jednak bardzo dużo czasu spędzamy na dworze!





Tak witałyśmy lato! Wśród traw kwitnących w wielu odcieniach różu.




Mówią, że nie liczy się sprzęt, a umiejętności fotografa. To zdjęcie robiłam moim iPhone SE, którego uwielbiam! Nawet, jeśli aparat w nim już nie robi ogólnie takiego wrażenia, to mimo wszystko uważam, że jeśli wolę robić zdjęcia nim, niż lustrzanką, to jednak to mówi samo za siebie ;) Muszę Wam jednak zdradzić, że planuję go wymienić na lepszy model jesienią, albo zimą, może nawet po świętach gdy ceny spadną. Używam go już prawie 3 lata bez ŻADNYCH USTEREK, więc nie ma mowy o telefonach konkurencyjnych firm. iPhone sprawdził mi się najlepiej i używam go NAJDŁUŻEJ.




Piwonie to nie wszystko, bo prawda jest taka, że nie obyłam się bez żadnych kwiatów, czy polnych, czy takich ze stoiska.




Moja okolica i piękna pogoda :) Tak można żyć! :)




Połacie pięknego, polskiego Jastrunu. Naprawdę kocham moją okolicę za mnogość gatunków roślin i to, jak pięknie wszystko rozkwita na wiosnę i tętni życiem przez całe lato. Odnajduję tu niesamowity spokój i szczęście, jaki odnajdywałam w dzieciństwie przedzierając się przez dzikie trawy na tyłach ogrodu moich rodziców. W momencie pisania tego posta siedzę na tarasie naszego mieszkania i zerkam na ten mały ogródek z wierzbą przy płocie... i już jestem myślami w ogrodzie mojego domu, w przyszłości. Wiem, że będzie tam mnóstwo kwiatów i drzew, a po ścianach domu i oknach ogromnej przeszklonej werandy będą wspinać się róże.




Gra światła.




Interstellar to książka, której szukałam w całym internecie PRZEZ ROK. Nie pamiętam już, czy Wam o tym mówiłam, ale w kręgu moich zainteresowań jest nauka o kosmosie i prawami rządzącymi światem. Fascynuje mnie to od dziecka, a w gwiazdy patrzę z jakąś dziwną tęsknotą. Gdybym miała jednak ten umysł ścisły...
Nie zliczę już ile książek o wszechświecie przeczytałam, od kiedy nauczyłam się czytać. Nie przypomnę sobie, ile filmów obejrzałam, jednak to z tych fabularnych właśnie Interstellar jest oparty na nauce. Już na wstępie możemy przeczytać, że twórcy w 100% odwzorowali to, jak wygląda horyzont zdarzeń i jak może wyglądać tunel czasoprzestrzenny. To właśnie ten film sprawił, że z radością i ogromną werwą wróciłam do "poszukiwań". Nie ma nic piękniejszego niż pasja.
Więc czytam :)


Czerwcowe momenty - piękne obłoki srebrzyste, które rozświetliły północne niebo po zachodzie słońca, dosłownie na kilka dni przed przesileniem letnim i... ogromna pełnia, chyba największa w tym roku.




CZERWCOWE PRZYJEMNOŚCI

owoce
koktajle
relaks

Tak poza tym dach który widzicie powyżej, jest dachem domu sąsiadów i powiem Wam, że to najpiękniejszy domek jaki widziałam. Chciałabym mieć kiedyś właśnie TAKI, albo stary dom z duszą.


I DALEJ UWAGA, BO MAM DLA WAS HIT...

A mianowicie, poza wczorajszym dniem, to od prawie 3 tygodni nie tknęłam mięsa. Raz, że jest gorąco i nie chce się jeść takich rzeczy, dwa, że już mi nie w smak. Zwłaszcza z kurczakiem, który śmierdzi przed i po przygotowaniu. Po przygotowaniu jest wręcz obleśny, a posmak w ustach... Jakbym zjadła padlinę. Źle się czułam po zjedzeniu kanapki z kurczakiem, ale z braku laku nie miałam pod ręką nic, po czym miałabym siłę dalej pracować. Energię miałam, ale do końca dnia wyżułam chyba cały bister gum miętowych.
Idziemy dalej - wieprzowina, postrach mojego mózgu. Boję się zjeść mięso zwierzaka, który się nie poci i całe zanieczyszczenie zostaje w środku.
Jedyna opcja to wołowina i łosoś, ale bardzo rzadko i tylko w postaci tatara albo steku medium rare. Dlatego raz na jakiś czas tatar albo sushi. Sushi będzie po wypłacie, a tak poza tym ciągle jem pokarmy roślinne, nabiał i jaja.
A oto przykładowe i bardzo zwyczajne dania, które zjadłam w czerwcu. Oczywiście reszcie zdjęć nie zrobiłam bo ogarniałam po fakcie :D
granola z czereśniami
kotlety ziemniaczane z mozarellą, oliwkami i bazylią, plus sałatka grecka
"udawany" schabowy z boczniaka z mizerią i ziemniakami
kanapki z serkiem, pomidorem i cebulą, jajecznica

A na koniec hit czyli... kanapka z tatarem z pomidorów suszonych i cukinii! Nie wiedziałam, że coś tak innego, może być tak smaczne i aromatyczne!




Soki i koktajle to moja codzienność!




Pierwszy bukiet piwonii w sezonie.


Ale i kwiaty z okolicy. Wspaniale tu jest, naprawdę!!




Wypady duże i małe. Prawda, że cudownie?





A na koniec tego posta żegnam się z Wami kolejnym pysznym jedzonkiem i moją psią mordeczką :) Do następnego!




Latest Instagrams

© Kreuję swoje życie • Lekka strona lifestyle'u młodej mamy. Design by FCD.