8.10

10 października 2020


Z roku na rok czas płynie coraz szybciej, moja twarz staje się jego lustrzanym odbiciem. Ponad etatowe nerwy w prezencie dodają jej odrobinę powagi. Kolejny rok niesie dawkę większej pewności siebie, ale i przykrości z faktu mijającego czasu. Z drugiej strony uderza poczucie mówiące o tym, że niektórych rzeczy jest się bliżej niż dalej. Nudne schematy? Nie... To intuicja wyświetlająca obraz bliższej i dalszej przyszłości jak film. Kiedyś mi to przeszkadzało, dziś jestem za nią wdzięczna.


Za nami trzy czwarte 2020 roku i choć do jego końca jeszcze dwa miesiące, to śmiem stwierdzić, że dwa tysiące dwudziesty rok to jeden z najbardziej męczących psychicznie lat pod słońcem. Energia tego roku dała mi się mocno we znaki i przyznam, że nie czuję się najlepiej. Za mną ciężkie mentalnie kilka miesięcy. To, co się dzieje na świecie, mocno na mnie wpływa, poza tym prywatnie też nie jest łatwo. Dobre rzeczy przeplatają się z tymi smutnymi, a mi nie raz zdarzało się być mentalnie rozwaloną... Nie mogę powiedzieć, że jest źle w tym fizycznym wymiarze, bo jest ekstra, ale psychicznie jestem po prostu zmęczona. Choć jest jeden plus tej sytuacji. Duchowo rozwijam się wyjątkowo szybko i sprawnie. Jestem za to bardzo wdzięczna.


Pierwszy raz od lat nie życzyłam sobie tego samego co wcześniej. Co roku powtarzałam jedno życzenie jak mantrę, a ono nie chciało się spełnić, choć próbowałam mu pomóc. Po drodze były dwie porażki. Po tym wszystkim w głowie kotłowała się stara myśl, że pora przestać się spalać i przyjąć to, co się stało z pokorą. Dość! Nic nie dzieje się bez powodu. Zawsze warto o coś się starać, ale jeśli za którymś razem nie ma efektów, to trzeba przystopować, dać sobie spokój. Kiedyś wyjdzie, a jak nie... to trudno. I trzeba się z tym pogodzić.


Konsekwencja - klapki spadły mi z oczu. Całości dopełniły stare, upierdliwe myśli. Jakieś takie poczucie złości i niezrozumienia, że nie wyszło coś, co miało wyjść, przechodzące w niezdrową obsesję. Znaki, wszędzie znaki. I ta niesamowicie silna intuicja. Choć moimi własnymi oczami nie widziałam co się wokół mnie dzieje, to trzecie oko wyłapywało wszystko wyjątkowo trafnie. Jak to działa? Wyobraź sobie, że o czymś myślisz, a ja to będę wiedziała, choć nie musisz mi tego mówić. Może mi się to przyśnić jak rozmowa w tej dziwnej przestrzeni, mogę to usłyszeć w przypadkowo usłyszanej rozmowie obcych ludzi na mieście, lub jak myśl która pojawia się w głowie ze skojarzeniem. Rzuconą w eter myśl, wszechświat sam dostarczy mi jak wiadomość, jak krótki sms, jak szyfr. Nie czuję się wtedy samotna, choć z tymi myślami jestem sama.



Nie musisz być “kimś”, by być KIMŚ niezwykłym

29 września 2020



Dzieci mają swoje ideały i marzenia. Jedne chcą być naukowcami, inne marzą o karierze muzycznej, a jeszcze inne widzą siebie w świecie mody i showbiznesu. Jako dzieci mamy przed oczyma te swoje wymarzone “ja”, które mogłoby się kiedyś urzeczywistnić. 
I ja takie miałam. 
Od kiedy pamiętam, chciałam robić coś, co sprawiłoby, że byłabym "kimś". Miałam milion pomysłów na minutę, chciałam być piosenkarką, biznesmenką, dziennikarką telewizyjną, nauczycielką, i najbardziej... naukowcem! Z radością patrzyłam w niebo - najpierw w chmury, a potem w tą niesamowitą czarną głębię, kryjącą masę tajemnic. Zawsze miałam w sobie dziwną tęsknotę za tym co jest na niebie i wiedziałam, że zajęcie związane z tym jest na liście moich pragnień. Z prawdziwą szczerością podziwiałam nie tylko tych wszystkich ludzi o wielkich umysłach - naukowców, odkrywców, prawników, przedsiębiorców (sic!), ale i artystów, którzy dokonywali "czegoś wielkiego" i ustawiali się na lata. Ci wszyscy ludzie byli dla mnie wzorem do naśladowania, a ja traktowałam ich z największą czcią - w końcu zawsze chciałam być kimś tak wielkim jak oni.


Lata minęły i wiele rzeczy się zmieniło. Choć marzenia pozostały te same, to przestałam postrzegać innych ludzi, poprzez pryzmat dokonań, tytułów i ogrom szerzonej wiedzy. Choć cały czas uważałam, że to, co przekazują nam jest godne uwagi, to zaczęłam dostrzegać, że to nie zawodowe dokonania czynią ich wzorami do naśladowania. Coraz bardziej ciekawili mnie nie jako ci, którzy czegoś dokonali, lecz jako ludzie. Po prostu. Częściej zwracałam uwagę na informacje o nich, bo chciałam poznać historię ich życia. Wtedy już dojrzewałam i widziałam trochę więcej. Dziecięca naiwność, którą miałam w sobie wyparowała...
Nagle się okazywało, że ten aktor, którego podziwiałam, zdradzał żonę i wykorzystał jej dokonania dla podbudowania własnej kariery, sąsiad, wielki biznesmen robił lewe interesy i klepał inną na boku, a kolejny pseudo znajomy znajomych wykiwał kolegę by zgarnąć dorobek wspólnej pracy dla siebie. To był czas pełen wątpliwości - ludzie mogli być pozornie wspaniali i TACY ZDOLNI, ale jakoś tak w pierwszej chwili zwracałam uwagę na ich postępki wobec innych. Przecież już widziałam, jak jest, jacy są. A wbrew pozorom łatwo jest robić karierę, łatwo osiągać spore sukcesy... Inną sprawą jest to, że czasem po trupach... Do czego piję?
Gdybym nie podjęła się wyzwania założenia swojej rodziny, dalej myślałabym, że droga do awansu jest ciężka i żmudna. Wierzcie mi, nie jest... Widzę to po innych i gdy przekładam to na swoje życie, to wiem, że gdybym miała trochę więcej wolnego czasu, to już dawno byłabym na kolejnych szczeblach kariery, albo robiłabym drugi kierunek studiów. Ogarnęłabym, bo teraz wiem, że to byłoby dla mnie łatwe. A co nie jest?
Nie łatwo jest być dobrym dla innych ludzi...


Gdy lata temu dostrzegłam, że ci absolutnie fantastyczni (!) ludzie nie koniecznie są tacy sami w środku, lista wspaniałych i podziwianych, którzy BYLI dla mnie KIMŚ, rozwaliła się jak domek z kart. Dalej podziwiałam szczególne dokonania, ale nie miały już dla mnie takiej wagi jak dobroć i uczciwość. Tak samo było, gdy już byłam dorosła i weszłam w ten kolorowy świat biznesu i internetu, gdzie każdy mógł być osiągnąć coś wielkiego. Łatwo jest się zachłysnąć i przesadzić. Łatwo jest w tym utonąć. Sukcesy, liczby, pieniądze, inspirowanie, motywacja i inne wyświechtane frazesy... Mogę to podziwiać, ale jakie może to mieć dla mnie znaczenie, gdy ktoś jest w środku podłą szumowiną?
Żadne. 
A teraz powiem Wam coś.


Moim największym autorytetem jest... moja mama. Choć zawsze kochałam ją najbardziej na świecie, to gdy urodziłam dziecko wiedziałam, że NAPRAWDĘ JEST DLA MNIE KIMŚ. Nie żeby wcześniej tak nie było bo od zawsze podziwiałam ją jak najpiękniejszy klejnot, ale najwięcej dostrzegłam gdy sama zostałam mamą. Ona jest naprawdę czadowa. Ma łeb jak sklep. Jest pracowita, zaradna, bez problemu ogarnęłaby się sama bez pomocy innych. Doświadczenie życiowe nabywane przez lata sprawiło, że jest mądra i potrafi mi doradzić jak nikt inny, bez owijania w bawełnę. Jest najprawdziwszą wiedźmą, bo ma OGROMNĄ INTUICJĘ i odczyta intencje innych już przy pierwszym spojrzeniu. A gdzieś tam na końcu wspomnę, że jest umysłem ścisłym - a taki umysł poradzi sobie wszędzie i ze wszystkim. Nie znam innej tak niespotykanej osoby. MOJA MAMA JEST DLA MNIE KIMŚ, bo choć jest naprawdę rezolutną kobietą, to najpiękniejsze jest to, że jest dobrym i uczciwym człowiekiem. Inni przy niej wymiękają...
A tak poza tym ktoś, kto poradził sobie z taką gówniarą jak ja, jest naprawdę wyjątkowy! Nie znam drugiego człowieka, który byłby jak ona. 



Teraz jest tak, jak być powinno. Nie dopuszczam wszystkiego i innych do siebie, mam spory dystans. Widzę, gdy ktoś jest zdolny i docenię to. Mało tego. DOCENIĘ TO, bo wiem, że zdolności i przekazywana wiedza są cenne. Ale na pierwszym miejscu postawię charakter... Bo jedna osoba bez kolosalnych dokonań na koncie, ale o dobrym sercu, jest warta więcej niż sto zepsutych w środku ludzi sukcesu. 

Ulubieńcy pielęgnacyjni ostatniego roku

13 września 2020



Dzień dobry! Wraz z początkiem września zawitała jesień moi kochani, a to samo oznacza, że sezon chorobowy rozpoczął się i z miejsca polizało mnie jakieś wirusisko. Moim planem na chorowanie jest zazwyczaj jedynie Netflix & Chill, bo po pierwsze nie mogę za bardzo nic robić, a po drugie chcę, żeby organizm się zregenerował. Jednak jeśli mogę w tym czasie siedzieć z nosem w iPhonie i szukać nowości na Aliexpressie albo po raz setny obejrzeć Harrego Pottera i Zakon Tajemnic, to pisania nie chcę sobie odpuścić. Dzisiejszym tematem będą moi ulubieńcy do pielęgnacji cery - jest to część pierwsza, bo z tymi kosmetykami nie rozstawałam się przez długie miesiące i to w głównej mierze dzięki nim bardzo poprawił się stan mojej cery...


Na pierwszy ogień oczyszczanie i usuwanie makijażu. Moimi ulubieńcami były te dwa płyny micelarne - dwufazowy Garnier z olejkiem arganowym oraz beztłuszczowy od Bourjois. Są to dobre płyny (Garnier wręcz rewelacyjny), ale nie radzą sobie z jednym produktem - tuszem Maybelline Lash Sensational - niezależnie od tego czy mówimy o wersji klasycznej czy wodoodpornej. Ten tusz jak zastygnie to ciężko go zmyć - nie raz domywałam okolicę oczu następnego dnia po przebudzeniu. Odkryłam jednak sposób - przy demakijażu smaruję powieki i rzęsy dowolnym olejem jaki mam w domu np. lnianym, a potem domywam twarz i oczy mydłem. Trochę szczypie, ale czasem trzeba sobie pomóc ;) Btw. jeszcze jeśli chodzi o doczyszczanie to w tamtym czasie najlepszym produktem nie był jakikolwiek żel, ale... mydło ;) Choć od żeli nie stronię, i używam ich razem ze...


... szczoteczką Luną Mini Play! Słyszałam, że ostatnio dziewczyny turbo ją polecały (czyżby kolejna akcja marketingowa?), ale u mnie nie ma nic komercyjnego, bo kupiłam ją sobie sama! I na dodatek w fajnej cenie tj. 159 zł.  Jakby nie patrzeć, 159 to dalej duża cena za takie urządzenie, ale nie ma się co dziwić, bo to produkt premium. Uwielbiam ją stosować, bo nie dość, że dokładnie doczyszcza skórę, to na dodatek ją złuszcza i masuje! Zauważyłam też, że po umyciu nią twarzy produkty o wiele lepiej się wchłaniają, a ich działanie jest mocniejsze. Męczę ją od września i dalej pracuje bez zarzutu. Nie ma sobie równych. Zaraz zobaczycie z jakimi produktami zdziałała u mnie prawdziwe cuda!


Twarz oczyszczona? Okej! :) To pora na kwasy i sera. Na pierwszy ogień leci kwas glikolowy 7% od Ordinary, którego używałam na noc. Pisałam Wam już o nim, ale ten produkt jest wart miliona tekstów polecających, bo jest po prostu niesamowity :) Problem z moimi zaskórnikami skończył się w ciągu kilku miesięcy i teraz jeśli coś się pojawiło, to zazwyczaj był to zaskórnik zamknięty, który zwykle (do tej pory) zostaje przeze mnie usunięty igłą do usuwania zaskórników i pęsetą (nie cisnę, usuwam inaczej, bez popękanych naczynek i większych dram ;) ). Na dodatek ten tonik świetnie działał w przypadku zmian zapalnych - testowaliśmy go w tym przypadku zarówno na twarzy jak i na plecach... Dosłownie w kilka dni można było się pozbyć stanu zapalnego a ropne krosty po prostu znikały w oczach! :)


Jeśli mówimy o kwasach, to z całkowitą pewnością mogę Wam polecić ten czerwony, krwawy kwas (AHA 30% + BHA 2%). Raz, że peelingi robione nim są super i fantastycznie złuszczają skórę, a dwa, że stosowany punktowo na wypryski (30 do 60 min.) ekspresowo je wysusza i dusi dalsze ich powstawanie w zarodku! Jest to mocny produkt, więc nie zdziwcie się jeśli w tym jednym miejscu skóra będzie podrażniona, ale u mnie to przynosi efekty. Btw. jeśli zdecydujecie się na takie zastosowanie to ja nie biorę za to odpowiedzialności - mówię o tym co się u mnie sprawdziło i jakie były efekty. Po prostu jestem królikiem doświadczalnym dla siebie samej.

Serum kofeinowego używałam około dwóch miesięcy i zauważyłam, że po jego użyciu spojrzenie jest po prostu świeższe! Taki efekt mi się podoba, ale uważam, że za krótko go używałam by móc powiedzieć coś więcej. Jestem tylko pewna jednego - jest to w 100% bardzo delikatny produkt.  Btw. testowałam go ostatnio na wymęczonej makijażem skórze (zasnęłam z makijażem i obudziłam się z facjatą osoby którą można podejrzewać o ostre imprezowanie) i zauważyłam, że działa na nią po prostu pobudzająco. Myślę, że będę to powtarzać!

Kwas, który nawilża a nie złuszcza? :) Oczywiście hialuronowy! Ja używam kwasu 2% + wit. B5, i kocham go od pierwszego użycia! Jest to produkt idealny a w połączeniu z...


... kremem nawilżającym z kwasem hialuronowym działa prawdziwe CUDA! Używałam tego kremu na noc i na dzień przez kilka miesięcy - najczęściej stosowałam go na noc w połączeniu ze wspomnianym kwasem to... naprawdę, dzięki tej metodzie mam cerę IDEALNĄ :) Skóra Jest jednocześnie idealnie wypełniona, napięta, mięciutka, gładka i w ogóle miodzio! :) Krem sprawdza się u mnie również pod makijaż. Jest to najlepszy krem, jakiego kiedykolwiek używałam. Uwielbiam go!


Na sam koniec moje ulubione produkty do ust, czyli maska od Laneige oraz peeling Dior! Jeśli chodzi o samą maskę, to nie stosuję jej na noc bo szkoda mi wsmarowywać ją w poduszkę (strasznie się kręcę!). Za to używam jej w ciągu dnia. Nakładam ją przed wykonaniem makijażu, jak i po prostu jak błyszczyk - mam po niej super usta ale... mogłaby być tańsza ;) Mimo to nawet to jestem w stanie przeboleć, bo nie można temu produktowi odmówić rewelacyjnej wydajności.

Peeling do ust od Diora jest produktem, który namiętnie wygrzebuję (zostały resztki) i sądzę, że na jesień sprezentuję go sobie w tym roku :) Jego cena powala, ale wierzcie mi, że naprawdę jest wart swojej ceny. Złuszcza świetnie, pachnie i smakuje cudownie, ale co najlepsze - po nałożeniu i złuszczeniu ust, chłodzi je, koi i zostawia delikatny kolor! Powiem Wam szczerze, że w sytuacji w której mam wybór - peeling Dior czy szminka np. MAC - sto razy wolę go od moich pomadek z MAC, które choć są równie cudowne (i tylko tego można oczekiwać od tak kultowego produktu), to nie dorównują mu nic a nic ;)

Dom

18 sierpnia 2020

Jeszcze do niedawna pomyślałabym sobie, że życie w jednym budynku z innymi ludźmi jest ideałem, zwłaszcza jeśli macie do dyspozycji ogrodzony ogródek i taras na którym możecie zjeść śniadanie. A potem coś mnie ukuło i zdałam sobie sprawę, że to ideał, ALE NIE DLA MNIE.

Trzy lata wstecz. Na rogu pobliskiej ulicy jest sobie zachwaszczona działka. Wiecie, wszędzie są trawy, dzika roślinność, jabłonie. Któregoś dnia wjeżdżają ciężkie maszyny i rozwalają wszystko metr po metrze. Dzika, ogrodzona łąka zamienia się w suche, zapiaszczone pole. Niedługo po tym staje tam domek. Mały, idealny domek. Mija kilka miesięcy, i właściciele dopieszczają go krok po kroku... Romantyczny ganek, staromodne zdobienia... A obok domek dla dzieci na drewnianym podwyższeniu. Coś absolutnie wspaniałego... I nagle sobie wyobraziłam, że mam taki domek, mały ale własny. Wokół drzewa, dużo trawy, miejsce na ognisko... Dzieciaki biegają, pies odpoczywa. Rozkoszuję się porankami w ogrodzie, a potem chodzę po grządkach, gdzie rosną zioła, pomidory i te wszystkie przepyszne cudowności. Obok mąż ma swój warsztacik, w którym oddaje się różnym, twórczym rzeczom. Wszyscy jesteśmy tacy szczęśliwi z daleka od zgiełku wielkiego miasta... To idealne życie dla mnie. Bez zaglądającej przez balkon sąsiadki i hałasów z mieszkań obok. Bez tej niezręczności, gdy dwa metry dalej para sąsiadów rozmawia o prywatnych sprawach czy uprawia seks przy otwartym na oścież oknie. Bez tego skrępowania, że ktoś usłyszy, jak pokłócisz się z partnerem. Bo kłócić się jest rzeczą normalną, ale nikt nie lubi gdy inni to usłyszą.

Mając naście lat wyprowadziłam się z takiego uroczego domku, do mojej mamy, która mieszka w samym centrum Warszawy. Mieszkanko było ciepłe, suche i przytulne. Totalna odwrotność starego domku rodziców, który jest prawie wiekowy, a stare ściany rodzą pleśń po każdej zimie. Właśnie ta pleśń o mało nie dobiła mamy. Spędziłyśmy tam długie lata, ale zdrowie jest ważniejsze - zaraz po tym zdiagnozowano u mnie astmę. 
Ze względu na naukę, mieszkanie w centrum było dla mnie idealne. Poza tym wszędzie było blisko - dwa kroki do sklepu, fryzjera, galerii handlowej, kina, parku... Lepiej być nie mogło. Gdy urodziła się Julka, centrum Warszawy wymieniłam na podwarszawskie miasteczko, które otaczają lasy, a 15 km za nim są już wsie. IDEAŁ. Tylko sposobu mieszkania nie zmieniłam - dalej mieszkaliśmy w bloku, z tym że wynajmowaliśmy je jak większość młodych ludzi.
Jednak każdy wynajmujący po jakimś czasie zaczyna myśleć, co dalej na zasadzie, że fajnie by było nie płacić komuś za mieszkanie. I o ile wizja kredytu jest wkurzająca, obrzydliwa i człowiek najchętniej nigdy by go nie brał, to zaczyna się nad nim zastanawiać. W końcu na jedno wyjdzie, tylko ten wkład własny... Jak to zrobić, jak to zrobić... Myślisz, myślisz i nie masz od tych myśli spokoju. Wiesz jednak, że wszystko się ułoży.

I mnie to trafiło. Poczułam ogromne pragnienie wolności i spokoju, które dla każdego ma inny wymiar. Dla mnie jest proste. Marzę o życiu z gatunku SLOW. Nie nadaję się do wyścigu szczurów, nie jestem z tych, którzy się zabijają o posadę i idą po trupach. Nie mogłabym mieszkać w dużym mieszkaniu, w ogromnym mieście. Czasem zostaję w Warszawie na noc gdy wiem, że nie dojadę następnego dnia do pracy bo dobiją mnie korki na 30 km i niesamowicie się męczę. Osaczające mnie ze wszystkich stron budynki, są dobijające. Miasto strasznie mnie męczy. Tłumy, które kiedyś kochałam, dziś są dla mnie czymś nie do zniesienia, a hałas... możecie się domyślić. Gdy mam tam spać, to praktycznie nie śpię, bo jest za głośno. Słyszę wszystko - sąsiadów a nawet ich rozmowy, to co się dzieje na ulicy, wodę spływającą w rurach... Idzie oszaleć. Tego nie mam u siebie i dlatego tak lubię moje obecne życie, choć brakującym ogniwem jest DOM, cztery ściany na własność. Ten uroczy domek z ogródkiem, moje największe marzenie.
Mówią, że marzenia się nie spełniają, bo marzenia się spełnia. A ja wierzę w zasadność tych dwóch opcji i nie wykluczam żadnej. Wiem jednak, że w końcu spędzę ten swój wymarzony, IDEALNY, LETNI DZIEŃ.

Wstanę o 7 w letni poranek, wypiję poranną herbatę na własnym ganku, a potem pójdę do ogrodu po szczypiorek i rzodkiewkę. Zrobię na pyszny twarożek i poczekam, aż moje ancymony wstaną na śniadanie. Przez okno kuchenne wpadną promienie słońca i oświetlą dom ciepłymi barwami. Zapach róży pnącej, która rośnie na ścianie obok kuchennego okna, zmiesza się z zapachem kawy. W dzień może gdzieś pojedziemy, poczytamy książki, dzieciaki będą się bawić z psem. Wieczorem zrobimy ognisko i będziemy piec kiełbaski, potem mąż ogarnie dom i młodszą latorośl, a ja z najstarszą córką urządzę wieczór pod gwiazdami. Będzie ciepło a jedynym głośniejszym hałasem będą ptaki śpiewające na drzewach...




Olśnienie

8 sierpnia 2020

2:30, ciepła, sierpniowa noc. Niebo rozświetla księżyc i masa gwiazd żarzących się, jak gorące węgielki w ciemnym piecu. Co kilka minut niebo przecina spadająca gwiazda. Zza horyzontu wyłania się już Wenus, a ja siedzę i patrzę w odchłań nad moją głową pijąc zimne, półsłodkie wino. Jego cierpko słodki smak rozpływa się po języku. Kilka minut mija, a potem jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, napięte mięśnie rozluźniają się, emocje opadają. Nic nie mówię bo język się plącze, ale czuję, jak wszystko co siedzi od dawna w mojej głowie, zaczyna się z niej wylewać. Moja twarda dyscyplina i mocne zasady wydają się w tym momencie być niczym sidła, w które sama zaplątałam, tak zupełnie z własnej woli. Dawno temu zamknęłam się w złotej klatce własnych myśli, bo myślałam, że tak trzeba. Bo trzeba być porządnym wobec tych, którzy nie są wobec mnie. Bo trzeba być szczerym, choć słyszy się kłamstwa. Nie rozumiem, dlaczego nie odgryzałam się, gdy trzeba.  

 

Chłód i cierpko słodki smak trzeźwią mnie momentalnie. Jestem mocno rozluźniona a mimo wszystko czuję, że budzę się z długiego snu, a kurtyna momentalnie opada. Widzę jaka jest prawda, jaka jest rzeczywistość. Długo nie mogłam tego dostrzec, bo chyba nie chciałam tego zobaczyć. Założyłam sobie klapki na oczy, by widzieć jedynie tą pozytywną stronę medalu. Miałam ogromne pragnienia i wielkie marzenia... Dążyłam do nich. Ale one nie zostały spełnione gdy był ich czas i chyba nigdy nie będą. Może nie należą do mnie...? Może tak miało być? Może tak będzie lepiej? Mam nauczkę, bo nawet w najmocniejszych sprawach nie można działać na siłę. Nie będę popychać losu, dam się mu prowadzić. Bo choć niby jestem jego panią, to czuję, że mam już zapisany scenariusz.  

 

Wiesz, niczego nie potrzebuję teraz bardziej niż większej ilości tego słodkiego trunku. Czuję się znieczulona i śmielsza niż zwykle. Nogi miękną mi w kolanach. Nic nowego, po prostu mam bardzo słabą głowę. Gwiazdy wydają się jeszcze piękniejsze, księżyc świeci mocniej. Przyjemnie kręci mi się w głowie, właściwe emocje mają swój głos. W ciemności nocy, pod tym pięknym ciemnym zapominam o moich rolach i jestem po prostu sobą, tą zwykłą dziewczyną w białej koszuli i w różowej spódnicy z torbą pełną marzeń, wizji i pragnień. Nagle odzywa się we mnie masa stłumionych emocji. Nagle uderza do głowy myśl! Momentalnie zdaję sobie sprawę ze znaków danych mi przez los. Przeszywa mnie przyjemny dreszcz. Niby jak iskra, jak piorun przeszywający dwie dłonie w chwili poznania.  

Uszło. Jest mi lżej. 

 

*** 

 

Nie było mnie tu kupę czasu. Minęły cztery miesiące od mojego ostatniego wpisu. Długo nie pisałam bo dużo się działo, a lockdown wcale nie wpłynął cudownie na moją wenę. Śmiem nawet stwierdzić, że byłam kompletnie rozbita i wnioskuję, że nie nadawałam się do czegokolwiek. Ciężkie infekcje i astma w pakiecie wymęczyły mnie kompletnie. Nie miałam głowy do pisania. Jedyne co dawałam radę skleić, to krótki wpis na instagramie czy film na TT. A w maju wróciłam do pracy i rzuciłam się w wir zajęć. Tak zleciał ten czas. Zdecydowanie bardziej wolałam coś odstawić, żeby nie było tego za dużo. Nie miałam głowy do bloga. Nie chciałam tego zrobić byle jak. 




Nowości zakupowe z ostatnich miesięcy / ZARA • Alie • Renee

18 kwietnia 2020



Cześć dziewczyny! Ostatnim razem byłam tu miesiąc temu i byłam pewna, że odezwę się nawet dzień po... Jednak życie to zweryfikowało, a tajemnica moich dolegliwości oprócz astmy oskrzelowej pozostała nieodkryta. Z antybiotyków tylko Amotaks nieco złagodził dolegliwości, ale kaszel mam do teraz... No ale nie o tym. Dziś przychodzę do Was z moimi ulubionymi nowościami zakupowymi z ostatnich miesięcy. Po kolorach i fasonach widać, że wszystko kupowałam z głową i z myślą o noszeniu tego przez CONAJMNIEJ dwa lata. Niektóre rzeczy będą podlinkowane. Jesteście ciekawe? 




Pierwszą rzeczą jest cudowna sztruksowa koszula z wyprzedaży w Zarze. Widziałam ją już wiele miesięcy temu, ale dla mnie 200 zł za koszulę to fanaberia. Pierwotna cena sprawiła, że ją sobie odpuściłam i uznałam, że to bez sensu, ale gdy zobaczyłam ją na wyprzedaży za 69 zł (na dodatek jedyną XS) to stwierdziłam, że czekała na mnie i że będę żałować, jeśli jej nie wezmę. Jej zakup był naprawdę trafiony i już od początku wiedziałam, że będzie jedną z moich ulubionych rzeczy w szafie. Link, który macie poniżej prowadzi do jedynej czarnej koszuli sztruksowej jaką znalazłam w internecie. 

koszula sztruksowa TUTAJ




Drugą w kolejności jest tweedowa marynarka również z Zary. Dawno temu mierzyłam już białą, która leżała naprawdę dobrze, więc z miejsca wiedziałam, że z czarną będzie to samo, a kolor przemawiał zdecydowanie na korzyść. Będąc absolutnie pewna, kupiłam ją w pierwszej godzinie wyprzedaży (dodałam do koszyka kilka dni wcześniej). 229 zł to nadal wysoka cena, ale i tak lepsza niż 349 zł... Poza tym inaczej się kupuje z voucherami na koncie ;) Nie sprecyzuję Wam ile dokładnie oszczędziłam, bo chyba wyrzuciłam meila z paragonem, ale musicie mi uwierzyć, że sporo ;) Poniżej macie link do wszystkich marynarek w internecie (na Ceneo widziałam kilka tweedowych) bo TA JEDNA, KONKRETNA LUBI WRACAĆ, ale i numer referencyjny, który przyda się Wam do wyszukania jej. Po numerze referencyjnym szukamy produktu OCZYWIŚCIE na stronie lub w aplikacji Zary :)

tweedowa marynarka TUTAJ




Widzicie ten śliczny dekolt? To kawałek przepięknej bluzki którą kupiłam na Aliexpress. 
Generalnie sęk tkwi w tym, że materiał to nie 70% bawełny jak podaje sprzedawca, ale dla osób, które nie mają problemu z potliwością, będzie to całkiem fajna część garderoby ;)




Koszula w stylu piżamowym - coś czego już nie ma na stronie Zary, ale znalazłam podobne modele w internecie. Nie byłam pewna tego kroju, ale zaintrygował mnie. Pomyślałam, że będzie fajnie wyglądać z czarnymi, eleganckimi spodniami i mokasynami, albo z dżinsowymi, czarnymi rurkami i sandałkami na obcasie. Prędko mi się nie znudzi, bo na razie nie mam jej gdzie założyć... ;) Nic tylko czekać do końca kwarantanny ;)




Torebka którą widzicie na zdjęciu poniżej to również łup wyprzedażowy z Zary. Widziałam ją już wcześniej i choć na zdjęciach nie urzekała, to na żywo prezentowała się zupełnie inaczej. Wiecie, niby błyszcząca skóra, niby produkt sieciówkowy, a wszystko wykonane jest bardzo porządnie, bez żadnych skaz i na dodatek ta złota, matowa klamra - torebka wygląda po prostu mega LUKSUSOWO. Totalnie mój styl!



Białe tenisówki do śmigania to zakup, który powtarzam każdej wiosny, rok w rok. Wiem, że białe buty to jednak białe buty (oprócz białych Converse, które kosztowały tyle, że traktuję je jak świętość xD) i zjadę je w rekordowym tempie. A jak zjadę je w rekordowym tempie, to staram się zapłacić za nie jak najmniej - w tym roku dałam jakieś 60 zł dzięki dużemu rabatowi na Renee, ale to w zeszłym roku dowaliłam do pieca, bo dzięki wygranemu voucherowi i promocji dałam za buty cały 1 GROSZ :D Tegoroczne bardzo mi się podobają - są w stylu tych od Aleksandra McQueena, a do tego miękkie w środku i bardzo wygodne.

TUTAJ mam dla Was mnóstwo modeli - do wyboru do koloru!





Te czarne buty to ostatni i zarazem najbardziej wyczekiwany zakup ze wszystkich. Czekałam na nie cały sezon i gdy tylko pojawiły się, poczekałam na wyprzedaż, i... oczywiście je wzięłam! Są absolutnie piękne, eleganckie i stylowe. Oczywiście są niskie, bo podtrzymuje je maleńki obcas, ale nie przeszkadza mi to a wręcz przeciwnie - bardzo mi się to podoba! Czekam tylko na drugą połowę wiosny i zakładam je na nogi :)




Na sam koniec widoczne po prawej stronie na zdjęciu (ucięte) mokasyny ;) Zapomniałam zrobić im zdjęcia, więc to jedno musi Wam wystarczyć, ale jeśli już mowa o butach, to są naprawdę fantastyczne! Kupiłam je przed samą kwarantanną 50% taniej, bo zeszłoroczne z Renee bardzo się rozeszły i postanowiłam oddać je mamie, której puchną stopy i woli luźniejsze buty. Te na zdjęciu są z prawdziwej skóry a przy przymierzanie sprawiło mi ogromną frajdę - buty sprawiały wrażenie jakby dopasowały się do mojej stopy a i ja miałam odczucie jakbym... chodziła boso! Wspaniałe, wygodne buty, naprawdę je Wam polecam :)  
Poniżej podaję Wam link. Na razie nie są dostępne, ale skorzystajcie z opcji Coming Soon, bo one lubią wracać ;)

buty TUTAJ




Mam nadzieję, że rzeczy Wam się podobają a w linkach znajdziecie to, czego szukacie. Buziaki!


Dziennik pokładowy / Kwarantanna / 15 marca 2020

15 marca 2020

Przykrą stroną mojej zewnętrznej natury jest to, że sprawiam wrażenie nazbyt znerwicowanej osoby. Fakt, nerwy potrafią mnie dopaść w każdym możliwym momencie, a moja ekspresja nie pozwala zatrzymać wszystkich uczuć w sobie, ale nie jestem znerwicowana. Jestem przezorna, ostrożna i gotowa do przystosowania się do różnych życiowych warunków. Wiem jak to jest, gdy nie ma kasy, a nawet nagle traci się dach nad głową... Wiem jak to jest gdy dziecko przelewa się przez ręce. Wiem jak to jest stać się samotną mamą. Wiem jak to jest, gdy traci się grunt pod nogami. Większość sytuacji jest mi dobrze znana i naprawdę potrafię się przystosować. Ale z tym co jest obecnie, mierzę się pierwszy raz. Nigdy nie stanęłam oko w oko z TAKIM strachem jak teraz. Naprawdę boję się co będzie dalej.




W nowy rok weszłam pełna sprzecznych emocji. Pamiętam, że byłam wtedy bardzo zawiedziona czymś, nie miałam już nadziei. Nie spełniło się jedno z moich największych marzeń i dosłownie straciłam chęć do życia. Zdarza się, no życie. Było mi tak bardzo źle, że miałam w nosie to, czy na świecie dzieją się złe rzeczy, a problemy moich bliskich przestały mnie interesować. Wpadłam w jakiś depresyjny nastrój. Tkwiłam w takim zawieszeniu do momentu, w którym dowiedziałam się o sytuacji w Wuhan.


Każdy, kto mnie lepiej zna wie, że od trzech lat sezon jesienno zimowy jest dla mnie koszmarem. Nieustannie łapię jakieś cholerstwo, a od kiedy Julia chodzi do zerówki (czyli od września), nasze życie kręci się non stop wokół chorób, lekarza, przychodni... Mogłabym tak dalej wymieniać... Lecz co za tym idzie, mamy bardzo osłabioną odporność. Przebyta ostatnio grypa skończyła się dla nas powikłaniami. Julka przeszła zapalenie zatok, ja nawet nie wiedząc chodziłam z zapaleniem oskrzeli przez dwa tygodnie do pracy. Zorientowałam się, że coś jest nie tak dopiero wtedy, gdy napadowy, ostry kaszel nie minął a ja zaczęłam się dusić. 


I teraz wyobraźcie sobie co poczułam, gdy dowiedziałam się o Wuhan i o tym zjadliwym wirusie. Zdałam sobie sprawę, że to groźniejsze niż grypa, choć lekarze i media mówili inaczej. Co można sobie myśleć wiedząc, ile osób umiera na Covid 19 i jak bardzo to jest zjadliwe? Nagle doszło do mnie, jak to może się roznieść po świecie dzięki transportowi lotniczemu. Wszystkie wydarzenia śledziłam przez cały czas i wiedziałam, że kwestią czasu jest, jak wirus pojawi się u nas. Najgorsze było to, że wiedziałam, jak bardzo mamy przewalone. Nie tylko ja i moja rodzina, ale i moje koleżanki i koledzy z pracy. Praca w miejscu tranzytowym ma swoje prawa. Dzień w dzień mijasz się z tysiącami osób, obsługujesz klientów przy jednym stole, ktoś może na ciebie nakichać i nakasłać. Przyjeżdżają ludzie z lotniska, z dworca, z innych miast i krajów. Bardzo lubisz swoją pracę ale wiesz, że teraz, dokładnie w tym momencie (!) naprawdę jesteś w niebezpieczeństwie. Ludzie to bagatelizują, śmieją się z tego... A to nie byle przeziębienie. Grypę wyleczysz. Ale to? Nie wiesz jak z tym walczyć i to sprawia, że jesteś w czarnej dupie. 

A jeśli już mowa o czerni, to miałam poczucie, że wisi nad nami ogromna, czarna chmura. 

Wiecie co, mam bardzo silną intuicję. Potrafię coś dobrze wyczuć. Te przeczucia to jakby przebłyski w myślach i za każdym razem już wiem jak się coś potoczy. Czułam, że zbliża się coś bardzo złego, jakby ciężkość i ból. Już na początku marca wiedziałam, że sytuacja zmieni się nie do poznania. 


Naturą człowieka jest dociekanie. Zazwyczaj, żeby w coś uwierzyć, musisz to zobaczyć. Powiedzcie mi, jak to jest przejść od wyśmiewania do słuchania? Właśnie tak, że przez kilka lat moja rodzina obserwowała moją działającą jak radar intuicję. Te kilka osób nauczyło się, że moje przeczucia są tak trafne, że możemy się przygotować do czegoś zawczasu. Dlatego i tym razem bez żadnej dyskusji wysłuchali mnie i przeszli do czynów. Moi rodzice schowali się w domu, my przed tą całą paniką przygotowaliśmy się do siedzenia u siebie na dłużej. O tak, już tydzień temu wiedziałam, że zostaniemy wszyscy w domu. Po prostu czułam, że wszystko stanie. Zresztą kilka tygodni temu przestałam odwiedzać rodziców. Mama i tata to starsi ludzie, więc bałam się ich odwiedzać przez to, że miałyśmy grypę i też nie chciałam im przynieść czegoś z zewnątrz. 


Od połowy czwartku jestem już w domu. Przez ostatnie dwa tygodnie żyłam w stresie. bo balam się, że mogłam coś ze sobą przynieść. Nie ukrywam, że z dnia na dzień byłam coraz bardziej przerażona i spanikowana. A jak pan doktor powiedział mi, że przez dwa tygodnie chodziłam z zapaleniem oskrzeli, to oblały mnie zimne poty. Byłam osłabiona, nie miałam siły i do tego te nerwy...
Cały czas się boję. Ale ta sytuacja ma też swoje plusy. 




Nagle opadł ze mnie stres związany z biegiem dnia codziennego. Nieustająca aktywność i wyzwania już dawno przestały być dla mnie przyjemnością. Miałam tego dosyć. Miesiącami mijałam się z partnerem, nie miałam szansy być z rodziną na tyle ile chciałam... A przed nami 2 tygodnie razem. Skończyły się kłótnie i spina, bo wiemy, że przez to, że jesteśmy uziemieni na dobre, inne sprawy schodzą na dalszy plan. Mamy szansę być teraz razem na 100% i możemy wykorzystać ten czas na maksa. Dzięki temu włączyła mi się ogromna kreatywność i nagle mam tysiąc pomysłów na różne rzeczy! 
Jest ok, chociaż oskrzela nie pozwalają, nie oddycha mi się dobrze i muszę kilka razy dziennie robić nieprzyjemne wziewy. Teraz chociaż mam szansę to wyleczyć na spokojnie bo wiem, że nikt nie będzie mi wisiał nerwowo nad głową... :)




Co porabiamy od czwartku? W zasadzie nic. Po prostu przymusowo 
odpoczywamy i wzmacniamy się, jak tylko się da. Gotujemy, czytamy, 
oglądamy filmy, przytulamy się... :)




Piesia w swoim żywiole - uwielbiamy się przytulać! Na dodatek moja 
Perełka cudownie wygląda w bluzeczce po... pluszaku. Prawdziwy misio! 




Tiramisu in progress. Zachciało się deseru wieczorową porą.

 Tiramisu było oczywiście zrobione na bazie TEGO przepisu... 
Jak Tiramisu to tylko z Inką! Nie jestem w stanie przełknąć tego 
ze zwykłą kawą. 




Prawda, że wygląda przepysznie? Od razu nabrałam ochoty na TE TRUFLE!





Wspomniane tysiąc pomysłów obejmuje też pizzę - czyli co zjeść, 
gdy nie ma się na nic pomysłu. Szynka, camembert, oliwki i rukola 
to coś, co uwielbiam!


Pomyślałam sobie, że "Dziennik pokładowy" z kwarantanny będzie się pojawiał przez nasz cały pobyt w domu. Będę Wam dawała co u nas znać, pokażę co jemy, co oglądamy, co porabiamy... Tak więc... Do zobaczenia NAWET jutro!

Ściskam, Marta

Wiosenne zakupy kosmetyczne na DOUGLAS.pl • The Ordinary, Clinique, MAC, NYX

26 lutego 2020



Dzień dobry moi drodzy :) Ostatnio pisałam Wam na stories na instagramie, dlaczego jest mnie tak mało. Z tego powodu pewnie nie wiecie również tego (to zamierzam zmienić!), że porządnie zabrałam się za siebie. I nie chodzi tylko o pielęgnację od wewnątrz, ale i na zewnątrz! Owszem, już wiecie jak dbam o moją cerę, ale to nie wszystko, bo postanowiłam wdrożyć do pielęgnacji całkiem nowe produkty. Na dodatek dostałam totalnego bzika na punkcie makijażu, więc tutaj również moje zasoby zaczęły się ładnie powiększać. Bardzo bym chciała się nauczyć robić piękne makijaże i wyćwiczyć ten konkretny warsztat. Sprzyja temu to, że mam rękę do artystycznych rzeczy i moja miłość do kolorów. Jeśli w naturze widzę inspiracje, to na pewno będę umiała przenieść to na skórę :)
Ale bez zbędnego gadania zapraszam Was do poznania moich kosmetycznych nowości! :) 

Moje zakupy zrobiłam w aplikacji DOUGLAS.pl - uwielbiam ją i nie znam bardziej funkcjonalnej apki jeśli mowa o takich sklepach :) No ale do rzeczy!




kofeinowe serum // tutaj

Pierwszym kosmetykiem jest kofeinowe serum 5% od The Ordinary
Jak już wiecie, pielęgnację z The Ordinary prowadzę od października i 
jestem zachwycona efektami. Moja cera zmieniła się nie do poznania,
 jest jędrna, nawilżona i przyjemnie napięta. Niedoskonałości zmniejszyły 
się o 80% i wyglądam zdecydowanie lepiej niż jeszcze kilka miesięcy temu. 
Moja cera jest po prostu rewelacyjna! :) A skoro pielęgnacja dała mi takie 
efekty, to postanowiłam zrobić coś z cieniami i opuchlizną pod oczami. 
Serum stosuję już kilka dni i mam wrażenie, że moje spojrzenie jest 
zdecydowanie świeższe, a skóra nie jest tak opuchnięta po przebudzeniu. 
Na dodatek czuć, że to serum to totalny konkret - po aplikacji po 
prostu czuć, że działa.




Drugim produktem jest krem nawilżający od Clinique. W zeszłym roku 
kupiłam sobie zestaw do pielęgnacji cery mieszanej skłonnej do przesuszenia, 
a że niedługo zamierzam go testować, to dokupiłam sobie jeszcze jeden krem 
tejże marki, Nigdy nie używałam kosmetyków od Clinique, więc jestem 
ciekawa, jak będzie się sprawdzał.

krem nawilżający // tutaj




Pora przejść do nowości makijażowych! Tym razem postawiłam na jeden sprawdzony produkt i dwie, bardzo kuszące nowości!




pomadka MAC Kinda Sexy // tutaj

Z pomadkami od MAC znam się już od dawna. Miałam odcień Creme Cup, 
który był totalnym słodziakiem, w tym momencie używam od czasu do 
czasu ciemniejszego nudziaka o nazwie MEHR, a kolor ktory widzicie na
 zdjęciu to KINDA SEXY - mój wieloletni must have! Powiem Wam, 
że tym razem oczekiwania dorównały rzeczywistości i pomadka jest 
naprawdę cudowna! Bardzo kremowa i przy tym trwała, smaczna (!) i pięknie
 pachnąca. Na dodatek to mój ukochany, herbaciany odcień :)

konturówka NYX // tutaj

Konturówka do ust o przepięknym odcieniu różu to coś, czego od dawna 
nie było w mojej kosmetyczce. Nie używam jej stricte jako konturówki,
 ale wypełniam nią również resztę ust. Całość zwieńczam balsamem do ust - 
wygląda to cudownie, choć jako mat też prezentuje się pięknie! Ta konturówka
 dobrze się sprawdza również jako baza. Cena była kusząca, bo zapłaciłam za 
nią tylko 11 zł w promocji :)


 

Ostatnią rzeczą jaką miałam w koszyku jest... ten piękny cień do oczu! 
Zdziwicie się, ale mocne oko robię sobie do pracy, a gdy nie mam na 
powiece chociaż brązowego cienia, czuję się dość niepewnie :P Ten 
zgaszony granat zaintrygował mnie już przy pierwszym spojrzeniu,
 a że cena była całkiem przyjemna, to pomyślałam, że dobrym pomysłem 
byłoby przetestowanie go na sobie. Bałam się efektu, bo granat zawsze był 
dla mnie trudnym kolorem, ale nie dość, że wyszło mi całkiem ładnie, to na 
dodatek cień był dość trwały... Myślę, że za 9, 90 PLN warto spróbować!

cień do oczu NYX Galactic // tutaj




Co sądzicie o moich nowościach? :) Skusiłybyście się na coś z tego posta? Zdecydowanie polecam Wam pomadkę od MAC i produkty od The Ordinary - zwłaszcza te od The Ordinary! :) Ja kupuję swoje tylko na Douglas bo paczki przychodzą szybko a wysyłka do sklepu jest darmowa - dzięki temu wczoraj poczyniłam kolejne zakupy i uzupełniłam swoje pielęgnacyjne zapasy... ;)


Do zobaczenia w kolejnym poście!:)
 

Podsumowanie lutego, czyli.... Szpital, jedzenie i zakupy on line.

24 lutego 2020


Przed nami końcówka lutego więc myślę, że przyzwoicie byłoby już podsumować ten miesiąc, bo przez nadchodzący tydzień nic więcej się nie wydarzy. Nie poleciałam w tym miesiącu na księżyc ani nie osiągnęłam piorunującego sukcesu, bo było nieco trudniej niż myślałam. Czy wiecie, że styczeń był jednym, jedynym miesiącem w tym jesienno zimowym okresie, gdy nie chorowaliśmy? Albo powiem inaczej - infekcje nie dały specyficznych objawów, po których wiadomo było, że coś się dzieje, więc miałam szansę na 100% wdrożyć się w życie zawodowe by móc zarobić lepszy hajs. Nie skończyło się to dobrze, bo luty dał czadu pod względem chorowania...


Zaczęło się od ciągnącego się u Julki zapalenia zatok. Przez cały styczeń mała po prostu smarkała, w międzyczasie pojawiły się ropne wycieki z oczu i nosa. Na początku miesiąca złapało ją konkretnie i nasza pani doktor wdrożyła antybiotyk. Julka się wyleczyła i wróciła do przedszkola, jednak tylko na dwa, trzy dni... bo potem znowu ją złapało. Powiem Wam szczerze, że gdy tylko dostałam telefon od Damiana, że Julia znowu gorączkuje, to dostałam okropnej nerwicy. Przez cały dzień w pracy denerwowałam się, bo poważnie obawiałam się, że dzieje się coś złego. Moje przeczucie było słuszne, bo następnego dnia po wizycie u pediatry dostałam skierowanie do szpitala dla Julki. Okropnie bolał ją kark i głowa, była konkretnie rozbita, a gorączka nie spadła jej przez cały dzień. W pewnej chwili zauważyłam, że dziwnie śpi (nie jak chore dziecko, to było coś innego) i migiem spakowałam nas do szpitala. Potem było już gorzej, bo mdlała mi i wymiotowała pod siebie.
W szpitalu wyszła GRYPA TYPU A... Do tej pory zastanawiam się jakim cudem mała to złapała, bo na ten typ chorują nie tylko ludzie, ale i zwierzęta!
Wiecie, ludzie nie traktują grypy poważnie, a prawda jest taka, że tą chorobę TRZEBA WYLEŻEĆ (niezależnie od typu choroby), bo nie leczona może skończyć się powikłaniami a nawet... nie chcę tego nawet mówić. My dostałyśmy izolatkę, na noc została podłączona kroplówka i mocne leki. Po weekendzie opuściłyśmy szpital, ale stan małej wcale się nie poprawił, bo niestety w praniu wyszły powikłania. Do podawanego już Tamiflu dołączył antybiotyk.
Oczywiście ja również złapałam tego wirusa i wtorek był dla mnie najgorszym dniem w moim życiu, serio, pod względem bólu poród był lepszy! Jeszcze o 11 rozmawiałam przez telefon (już z gorączką), a potem 39 stopni rozwaliło mnie do tego stopnia, że leżałam w okropnych bólach i płakałam, bo nie mogłam tego znieść. Jednocześnie było mi potwornie zimno i gorąco, nie miałam siły podnieść ręki, nic nie jadłam i nie piłam, a od 16 już przestałam chodzić do łazienki. Wieczorem Damian podał mi leki (już brałam Oseltamiwir, potwornie drogi, ale jaki skuteczny!) i dopiero o 2 podniosłam się z łóżka.
Także za nami podłe półtora tygodnia... Dobrze, że idzie wiosna!


Oto oznaki tej wiosny, ale raczej z początku miesiąca. Temperatura w lutym zaskakuje, kto by pomyślał, że może skakać do 13 stopni? :) I dobrze, niech skacze! Mi pasuje, może być jeszcze więcej na termometrze!


Z racji większej ilości czasu spędzanego w domu postanowiłam wziąć się nieco za książki. Mafijne tematy uwielbiam, ale coś są dla mnie za ciężkie, więc zaczęłam czytać "Małe Kobietki" :) Książka wydaje się być naprawdę lekka i sympatyczna - coś dla mnie! :)


Ale luty to nie tylko choroby, książki i ładna pogoda. To też jedzenie - ulubione! W tym miesiącu mogłabym jeść to samo na okrągło. Po pierwsze...


Ser pleśniowy na chrupiącej kromce chleba, obowiązkowo z dżemem żurawinowym. Wyjątkowy przysmak, zwłaszcza na gorąco!


Sushi, sushi, sushi... Raz zamówiłam, a tak to kręciłam już kilka razy. Nie miałam na nie tylko ochoty w czasie choroby, ale poza nią mogłabym jeść je ciągle :) W marcu jednak zamówię, nie będę miała tyle czasu na robienie rolek.


Na zdjęciu mój sztos zestaw czyli:
• surimi w tempurze, mango, majonezem, sałatą
• awokado
• burak, ogórek, awokado, mango, kiełki, szczypiorek


Nie obyło się bez pączków w Tłusty Czwartek - mój mały pacjent sobie zażyczył, więc musiałam spełnić tą zachciankę. Wyjątkowo - bo prawie cały tydzień nic sama nie gotowałam, a jedzenie non stop zamawiałam do domu - nie miałam siły stać przy garach. Też musiałam wyleżeć wirusa, żeby móc znowu pracować i zajmować się maluchem.


Przepyszne nuggersy z uda kurczaka - pierwszy raz wyszły mi tak smaczne. Mięso pokroiłam, rozbiłam tłuczkiem, zamarynowałam w przyprawie "złocisty kurczak" i zostawiłam na kilka godzin. Następnie obtoczyłam w mące, potem w jajku a potem w panierce i usmażyłam na... tłuszczu po smażeniu pączków :P Jadłyśmy je z sosem z jogurtu, ogórka i czosnku. Zrobiłam tylko jeden błąd - dodałam cztery ząbki czosnku, więc jak możecie się domyślić, nie za ciekawie potem się czułam, a dokładniej mówiąc - tak sobie podrażniłam język, że mi spuchł :D



Na koniec najprzyjemniejsze, czyli zakupy online :D


Kolorową paletkę Hean x NatalieBeautyyy znacie na bank dłużej niż ja, bo ta paleta jest już od kilku miesięcy (???) na rynku. Gdy ją tylko zobaczyłam, przypomniały mi się te wszystkie kolorowe cienie mojej mamy, którymi w tajemnicy malowałam się w łazience gdy byłam mała :D Mama nie pozwalała mi ich ruszać, więc jak wiadomo, nie była zadowolona gdy widziała moją twarz w różnych odcieniach tęczy :D Te kolory budzą sentyment i przywołują dzieciństwo, zwłaszcza te błyszczące, które są absolutnie cudowne :)


Na tym zdjęciu możecie zobaczyć kwarc różowy, kryształ górski, ametyst i kwarc niebieski. Kupiłam te kamienie u Astoneishing, bo niestety w okolicy nie mam sklepu z tego typu artykułami, a poza tym już od dawna planowałam zakup kamieni, w których moc naprawdę wierzę. Uważam, że minerały mają szczególne właściwości i warto korzystać z takich dobrodziejstw. Poza tym spójrzcie, jak pięknie przechodzi przez nie światło - czy to nie cudowne...? :)


A na koniec nasz mały, stróżujący piesek. Każdego dnia przekonuję się o tym, jaki jest z niej niezły numer :) Do następnego kochani!


Latest Instagrams

© Kreuję swoje życie • Lekka strona lifestyle'u młodej mamy. Design by Eve.