Podsumowanie lutego, czyli.... Szpital, jedzenie i zakupy on line.

24 lutego 2020


Przed nami końcówka lutego więc myślę, że przyzwoicie byłoby już podsumować ten miesiąc, bo przez nadchodzący tydzień nic więcej się nie wydarzy. Nie poleciałam w tym miesiącu na księżyc ani nie osiągnęłam piorunującego sukcesu, bo było nieco trudniej niż myślałam. Czy wiecie, że styczeń był jednym, jedynym miesiącem w tym jesienno zimowym okresie, gdy nie chorowaliśmy? Albo powiem inaczej - infekcje nie dały specyficznych objawów, po których wiadomo było, że coś się dzieje, więc miałam szansę na 100% wdrożyć się w życie zawodowe by móc zarobić lepszy hajs. Nie skończyło się to dobrze, bo luty dał czadu pod względem chorowania...


Zaczęło się od ciągnącego się u Julki zapalenia zatok. Przez cały styczeń mała po prostu smarkała, w międzyczasie pojawiły się ropne wycieki z oczu i nosa. Na początku miesiąca złapało ją konkretnie i nasza pani doktor wdrożyła antybiotyk. Julka się wyleczyła i wróciła do przedszkola, jednak tylko na dwa, trzy dni... bo potem znowu ją złapało. Powiem Wam szczerze, że gdy tylko dostałam telefon od Damiana, że Julia znowu gorączkuje, to dostałam okropnej nerwicy. Przez cały dzień w pracy denerwowałam się, bo poważnie obawiałam się, że dzieje się coś złego. Moje przeczucie było słuszne, bo następnego dnia po wizycie u pediatry dostałam skierowanie do szpitala dla Julki. Okropnie bolał ją kark i głowa, była konkretnie rozbita, a gorączka nie spadła jej przez cały dzień. W pewnej chwili zauważyłam, że dziwnie śpi (nie jak chore dziecko, to było coś innego) i migiem spakowałam nas do szpitala. Potem było już gorzej, bo mdlała mi i wymiotowała pod siebie.
W szpitalu wyszła GRYPA TYPU A... Do tej pory zastanawiam się jakim cudem mała to złapała, bo na ten typ chorują nie tylko ludzie, ale i zwierzęta!
Wiecie, ludzie nie traktują grypy poważnie, a prawda jest taka, że tą chorobę TRZEBA WYLEŻEĆ (niezależnie od typu choroby), bo nie leczona może skończyć się powikłaniami a nawet... nie chcę tego nawet mówić. My dostałyśmy izolatkę, na noc została podłączona kroplówka i mocne leki. Po weekendzie opuściłyśmy szpital, ale stan małej wcale się nie poprawił, bo niestety w praniu wyszły powikłania. Do podawanego już Tamiflu dołączył antybiotyk.
Oczywiście ja również złapałam tego wirusa i wtorek był dla mnie najgorszym dniem w moim życiu, serio, pod względem bólu poród był lepszy! Jeszcze o 11 rozmawiałam przez telefon (już z gorączką), a potem 39 stopni rozwaliło mnie do tego stopnia, że leżałam w okropnych bólach i płakałam, bo nie mogłam tego znieść. Jednocześnie było mi potwornie zimno i gorąco, nie miałam siły podnieść ręki, nic nie jadłam i nie piłam, a od 16 już przestałam chodzić do łazienki. Wieczorem Damian podał mi leki (już brałam Oseltamiwir, potwornie drogi, ale jaki skuteczny!) i dopiero o 2 podniosłam się z łóżka.
Także za nami podłe półtora tygodnia... Dobrze, że idzie wiosna!


Oto oznaki tej wiosny, ale raczej z początku miesiąca. Temperatura w lutym zaskakuje, kto by pomyślał, że może skakać do 13 stopni? :) I dobrze, niech skacze! Mi pasuje, może być jeszcze więcej na termometrze!


Z racji większej ilości czasu spędzanego w domu postanowiłam wziąć się nieco za książki. Mafijne tematy uwielbiam, ale coś są dla mnie za ciężkie, więc zaczęłam czytać "Małe Kobietki" :) Książka wydaje się być naprawdę lekka i sympatyczna - coś dla mnie! :)


Ale luty to nie tylko choroby, książki i ładna pogoda. To też jedzenie - ulubione! W tym miesiącu mogłabym jeść to samo na okrągło. Po pierwsze...


Ser pleśniowy na chrupiącej kromce chleba, obowiązkowo z dżemem żurawinowym. Wyjątkowy przysmak, zwłaszcza na gorąco!


Sushi, sushi, sushi... Raz zamówiłam, a tak to kręciłam już kilka razy. Nie miałam na nie tylko ochoty w czasie choroby, ale poza nią mogłabym jeść je ciągle :) W marcu jednak zamówię, nie będę miała tyle czasu na robienie rolek.


Na zdjęciu mój sztos zestaw czyli:
• surimi w tempurze, mango, majonezem, sałatą
• awokado
• burak, ogórek, awokado, mango, kiełki, szczypiorek


Nie obyło się bez pączków w Tłusty Czwartek - mój mały pacjent sobie zażyczył, więc musiałam spełnić tą zachciankę. Wyjątkowo - bo prawie cały tydzień nic sama nie gotowałam, a jedzenie non stop zamawiałam do domu - nie miałam siły stać przy garach. Też musiałam wyleżeć wirusa, żeby móc znowu pracować i zajmować się maluchem.


Przepyszne nuggersy z uda kurczaka - pierwszy raz wyszły mi tak smaczne. Mięso pokroiłam, rozbiłam tłuczkiem, zamarynowałam w przyprawie "złocisty kurczak" i zostawiłam na kilka godzin. Następnie obtoczyłam w mące, potem w jajku a potem w panierce i usmażyłam na... tłuszczu po smażeniu pączków :P Jadłyśmy je z sosem z jogurtu, ogórka i czosnku. Zrobiłam tylko jeden błąd - dodałam cztery ząbki czosnku, więc jak możecie się domyślić, nie za ciekawie potem się czułam, a dokładniej mówiąc - tak sobie podrażniłam język, że mi spuchł :D



Na koniec najprzyjemniejsze, czyli zakupy online :D


Kolorową paletkę Hean x NatalieBeautyyy znacie na bank dłużej niż ja, bo ta paleta jest już od kilku miesięcy (???) na rynku. Gdy ją tylko zobaczyłam, przypomniały mi się te wszystkie kolorowe cienie mojej mamy, którymi w tajemnicy malowałam się w łazience gdy byłam mała :D Mama nie pozwalała mi ich ruszać, więc jak wiadomo, nie była zadowolona gdy widziała moją twarz w różnych odcieniach tęczy :D Te kolory budzą sentyment i przywołują dzieciństwo, zwłaszcza te błyszczące, które są absolutnie cudowne :)


Na tym zdjęciu możecie zobaczyć kwarc różowy, kryształ górski, ametyst i kwarc niebieski. Kupiłam te kamienie u Astoneishing, bo niestety w okolicy nie mam sklepu z tego typu artykułami, a poza tym już od dawna planowałam zakup kamieni, w których moc naprawdę wierzę. Uważam, że minerały mają szczególne właściwości i warto korzystać z takich dobrodziejstw. Poza tym spójrzcie, jak pięknie przechodzi przez nie światło - czy to nie cudowne...? :)


A na koniec nasz mały, stróżujący piesek. Każdego dnia przekonuję się o tym, jaki jest z niej niezły numer :) Do następnego kochani!


Pielęgnacja cery mieszanej ze skłonnością do przesuszenia • Foreo & The Ordinary

26 stycznia 2020

Cztery miesiące temu rozpoczęłam walkę o skórę bez niedoskonałości. Tak jak nawilżenie było moją piętą achillesową, tak było też ze wszelkimi wypryskami, zanieczyszczonymi porami czy intensywnym wydzielaniem sebum. Pomimo tego, że myłam buzię dwa razy dziennie i robiłam peelingi (najczęściej drobnoziarniste), nie uzyskiwałam żadnego, konkretnego efektu. Pory dalej były wypchane po brzegi ciemną, tłustą masą, a usuwanie mechaniczne mijało się z celem. Poza tym peelingi które stosowałam nie usuwały martwego naskórka... A jeden z moich ulubionych kremów nie chciał działać - więc ani nie mogłam buzi wyczyścić, ani nawilżyć. No nie dało się. Postanowiłam zmienić swoją pielęgnację. Na mojej półce łazienkowej pojawiły się zupełnie nowe produkty i zmienił się sposób oczyszczania.


Mój rytuał zaczynam od oczyszczania twarzy. Odkryłam, że moja cera potrzebuje codziennego złuszczania i masażu, więc gdy tylko zobaczyłam szczoteczkę Foreo Lunę Play Plus na promocji w Super Pharm, nie wahałam się ani chwili przed zakupem, który był pierwszym krokiem w mojej nowej pielęgnacji. Ale do zakupu nie skłonił mnie jedynie kiepski stan mojej skóry. Więc co?
Piękna buzia mojej Ani. Spotykamy się rzadko, wiec mam porównanie. Wierzcie mi, jej cera wyglądała zupełnie inaczej na kilka miesięcy przed tym spotkaniem. Była szara, zmęczona, niezbyt jędrna. Lecz gdy ją tylko zobaczyłam po tych wielu dniach, nie mogłam się nadziwić! Wygladała zdrowo, była miękka, sprężysta, rozjaśniona i świeża. A jej właścicielka pięknie i promiennie. Byłam w szoku, jak wiele potrafi zdziałać konkretne oczyszczanie i złuszczanie. To była moja największa motywacja.
Szczoteczka nie była tania, ale wiedziałam, że to będzie naprawdę dobry i wartościowy zakup. Już samo pierwsze użycie nieźle pokazało na co stać to urządzenie. Skóra była tak złuszczona, że aż sprawiała wrażenie tępej w dotyku, ale dzięki temu krem wchłonął się i to konkretnie! Potem przyszła pora na resztę...


Kolejnym krokiem stały się kwasy... W moje ręce trafiły te od The Ordinary. Słyszałam na ich temat wiele dobrego, ale jakoś nigdy nie miałam zbyt wiele motywacji do wprowadzenia takiego sposobu dbania o cerę u siebie. I wiecie co, żałuję, że zaczęłam ich używać tak późno! 
Kwas Glikolowy 7%  stosuję jako tonik w celu regulacji pracy gruczołów łojowych, delikatnego złuszczenia na co dzień, wygładzenia i wyrównania kolorytu mojej cery. Używam go praktycznie codziennie, poza dniami w których wykonuję peeling kwasami (AHA 30% + BHA 2%) i powiem Wam, ze na mojej buzi działa cuda. W końcu nie mam takiego problemu z czarnymi kropkami na nosie, a dzięki peelingowi kwasowemu który zostawiam na buzi na około 10 minut moja buzia jest ekstremalnie gładka i idealnie przygotowana do nakładania serum, kremów czy maseczek. Jeśli już mowa o czarnych kropkach czy wypryskach, to jest ich 80% mniej niż przed kuracją The Ordinary. Przestały też pojawiać się ropne pryszcze, a jedyne czym mogłabym się troskać to kaszka pod skórą, która jest tylko i wyłącznie wynikiem prowadzonego przeze mnie trybu życia. 
Ostatnim kwasem, który stosuję, jest kwas hialuronowy z dodatkiem witaminy B5. Używam go jako serum pod kremy i widzę, że cera jest dzięki niemu przyjemnie napięta.


Po oczyszczaniu, tonizowaniu i serum, następnym krokiem jaki wykonuję, jest nałożenie kremu nawilżającego z kwasem hialuronowym. Można powiedzieć, że krem jak krem, ale jak dla mnie to jeden z najlepszych produktów jakie używałam. Ma normalny skład i NAPRAWDĘ NAWILŻA. Świetnie sprawdza się pod makijaż a nakładany na noc działa cuda. 


Lubię krem nawilżający od The Ordinary łączyć z czymś innym... Albo po prostu go przykryć, lub użyć czasem czegoś innego. Sporym zaskoczeniem był dla mnie ten krem od Nivea. A dlaczego? Wszystkie kremy od Nivea jakich używałam były paskudnymi zapychaczami. Ten kupiłam w Biedronce i aż nie mogłam uwierzyć, że jest tak lekki, nie zapycha i tak dobrze nawilża. Nie wiem od czego to zależy, może po prostu trafiła tam dobra seria? W każdym bądź razie jest świetny. Zdarzało mi się go nakładać bez przygotowania cery po myciu a cera i tak była nawilżona, miękka i miła w dotyku :)



NUXE używam w kryzysowych momentach, gdy buzia potrzebuje czegoś innego, lub po prostu jest mocniej przesuszona. Ponadto zauważyłam, że dobrym sposobem jest stosowanie go na mocniej wysuszone fragmenty skóry, która wtedy szybciej dochodzi do siebie. Lubię go!


Patrząc na ilość tych kosmetyków i jakość, mogę spokojnie rzec, że moja pielęgnacja
 jest naprawdę minimalistyczna i nastawiona na rozwiązanie konkretnego problemu. 
Twarz po zmianie moich nawyków wygląda zupełnie inaczej i czuć, że jest dopieszczona.
Pory się uspokoiły bo są dobrze oczyszczone, skóra jest rozjaśniona dzięki kwasom i 
tak miękka przez mocne nawilżanie, że uwielbiam jej dotykać. Jeśli macie tak jak ja
skórę mieszaną ze skłonnością do przesuszenia, to polecam Wam właśnie te kosmetyki.
Będziecie zadowolone :)

Latest Instagrams

© Kreuję swoje życie • Lekka strona lifestyle'u młodej mamy. Design by FCD.