Dom

18 sierpnia 2020

Jeszcze do niedawna pomyślałabym sobie, że życie w jednym budynku z innymi ludźmi jest ideałem, zwłaszcza jeśli macie do dyspozycji ogrodzony ogródek i taras na którym możecie zjeść śniadanie. A potem coś mnie ukuło i zdałam sobie sprawę, że to ideał, ALE NIE DLA MNIE.

Trzy lata wstecz. Na rogu pobliskiej ulicy jest sobie zachwaszczona działka. Wiecie, wszędzie są trawy, dzika roślinność, jabłonie. Któregoś dnia wjeżdżają ciężkie maszyny i rozwalają wszystko metr po metrze. Dzika, ogrodzona łąka zamienia się w suche, zapiaszczone pole. Niedługo po tym staje tam domek. Mały, idealny domek. Mija kilka miesięcy, i właściciele dopieszczają go krok po kroku... Romantyczny ganek, staromodne zdobienia... A obok domek dla dzieci na drewnianym podwyższeniu. Coś absolutnie wspaniałego... I nagle sobie wyobraziłam, że mam taki domek, mały ale własny. Wokół drzewa, dużo trawy, miejsce na ognisko... Dzieciaki biegają, pies odpoczywa. Rozkoszuję się porankami w ogrodzie, a potem chodzę po grządkach, gdzie rosną zioła, pomidory i te wszystkie przepyszne cudowności. Obok mąż ma swój warsztacik, w którym oddaje się różnym, twórczym rzeczom. Wszyscy jesteśmy tacy szczęśliwi z daleka od zgiełku wielkiego miasta... To idealne życie dla mnie. Bez zaglądającej przez balkon sąsiadki i hałasów z mieszkań obok. Bez tej niezręczności, gdy dwa metry dalej para sąsiadów rozmawia o prywatnych sprawach czy uprawia seks przy otwartym na oścież oknie. Bez tego skrępowania, że ktoś usłyszy, jak pokłócisz się z partnerem. Bo kłócić się jest rzeczą normalną, ale nikt nie lubi gdy inni to usłyszą.

Mając naście lat wyprowadziłam się z takiego uroczego domku, do mojej mamy, która mieszka w samym centrum Warszawy. Mieszkanko było ciepłe, suche i przytulne. Totalna odwrotność starego domku rodziców, który jest prawie wiekowy, a stare ściany rodzą pleśń po każdej zimie. Właśnie ta pleśń o mało nie dobiła mamy. Spędziłyśmy tam długie lata, ale zdrowie jest ważniejsze - zaraz po tym zdiagnozowano u mnie astmę. 
Ze względu na naukę, mieszkanie w centrum było dla mnie idealne. Poza tym wszędzie było blisko - dwa kroki do sklepu, fryzjera, galerii handlowej, kina, parku... Lepiej być nie mogło. Gdy urodziła się Julka, centrum Warszawy wymieniłam na podwarszawskie miasteczko, które otaczają lasy, a 15 km za nim są już wsie. IDEAŁ. Tylko sposobu mieszkania nie zmieniłam - dalej mieszkaliśmy w bloku, z tym że wynajmowaliśmy je jak większość młodych ludzi.
Jednak każdy wynajmujący po jakimś czasie zaczyna myśleć, co dalej na zasadzie, że fajnie by było nie płacić komuś za mieszkanie. I o ile wizja kredytu jest wkurzająca, obrzydliwa i człowiek najchętniej nigdy by go nie brał, to zaczyna się nad nim zastanawiać. W końcu na jedno wyjdzie, tylko ten wkład własny... Jak to zrobić, jak to zrobić... Myślisz, myślisz i nie masz od tych myśli spokoju. Wiesz jednak, że wszystko się ułoży.

I mnie to trafiło. Poczułam ogromne pragnienie wolności i spokoju, które dla każdego ma inny wymiar. Dla mnie jest proste. Marzę o życiu z gatunku SLOW. Nie nadaję się do wyścigu szczurów, nie jestem z tych, którzy się zabijają o posadę i idą po trupach. Nie mogłabym mieszkać w dużym mieszkaniu, w ogromnym mieście. Czasem zostaję w Warszawie na noc gdy wiem, że nie dojadę następnego dnia do pracy bo dobiją mnie korki na 30 km i niesamowicie się męczę. Osaczające mnie ze wszystkich stron budynki, są dobijające. Miasto strasznie mnie męczy. Tłumy, które kiedyś kochałam, dziś są dla mnie czymś nie do zniesienia, a hałas... możecie się domyślić. Gdy mam tam spać, to praktycznie nie śpię, bo jest za głośno. Słyszę wszystko - sąsiadów a nawet ich rozmowy, to co się dzieje na ulicy, wodę spływającą w rurach... Idzie oszaleć. Tego nie mam u siebie i dlatego tak lubię moje obecne życie, choć brakującym ogniwem jest DOM, cztery ściany na własność. Ten uroczy domek z ogródkiem, moje największe marzenie.
Mówią, że marzenia się nie spełniają, bo marzenia się spełnia. A ja wierzę w zasadność tych dwóch opcji i nie wykluczam żadnej. Wiem jednak, że w końcu spędzę ten swój wymarzony, IDEALNY, LETNI DZIEŃ.

Wstanę o 7 w letni poranek, wypiję poranną herbatę na własnym ganku, a potem pójdę do ogrodu po szczypiorek i rzodkiewkę. Zrobię na pyszny twarożek i poczekam, aż moje ancymony wstaną na śniadanie. Przez okno kuchenne wpadną promienie słońca i oświetlą dom ciepłymi barwami. Zapach róży pnącej, która rośnie na ścianie obok kuchennego okna, zmiesza się z zapachem kawy. W dzień może gdzieś pojedziemy, poczytamy książki, dzieciaki będą się bawić z psem. Wieczorem zrobimy ognisko i będziemy piec kiełbaski, potem mąż ogarnie dom i młodszą latorośl, a ja z najstarszą córką urządzę wieczór pod gwiazdami. Będzie ciepło a jedynym głośniejszym hałasem będą ptaki śpiewające na drzewach...




Olśnienie

8 sierpnia 2020

2:30, ciepła, sierpniowa noc. Niebo rozświetla księżyc i masa gwiazd żarzących się, jak gorące węgielki w ciemnym piecu. Co kilka minut niebo przecina spadająca gwiazda. Zza horyzontu wyłania się już Wenus, a ja siedzę i patrzę w odchłań nad moją głową pijąc zimne, półsłodkie wino. Jego cierpko słodki smak rozpływa się po języku. Kilka minut mija, a potem jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, napięte mięśnie rozluźniają się, emocje opadają. Nic nie mówię bo język się plącze, ale czuję, jak wszystko co siedzi od dawna w mojej głowie, zaczyna się z niej wylewać. Moja twarda dyscyplina i mocne zasady wydają się w tym momencie być niczym sidła, w które sama zaplątałam, tak zupełnie z własnej woli. Dawno temu zamknęłam się w złotej klatce własnych myśli, bo myślałam, że tak trzeba. Bo trzeba być porządnym wobec tych, którzy nie są wobec mnie. Bo trzeba być szczerym, choć słyszy się kłamstwa. Nie rozumiem, dlaczego nie odgryzałam się, gdy trzeba.  

 

Chłód i cierpko słodki smak trzeźwią mnie momentalnie. Jestem mocno rozluźniona a mimo wszystko czuję, że budzę się z długiego snu, a kurtyna momentalnie opada. Widzę jaka jest prawda, jaka jest rzeczywistość. Długo nie mogłam tego dostrzec, bo chyba nie chciałam tego zobaczyć. Założyłam sobie klapki na oczy, by widzieć jedynie tą pozytywną stronę medalu. Miałam ogromne pragnienia i wielkie marzenia... Dążyłam do nich. Ale one nie zostały spełnione gdy był ich czas i chyba nigdy nie będą. Może nie należą do mnie...? Może tak miało być? Może tak będzie lepiej? Mam nauczkę, bo nawet w najmocniejszych sprawach nie można działać na siłę. Nie będę popychać losu, dam się mu prowadzić. Bo choć niby jestem jego panią, to czuję, że mam już zapisany scenariusz.  

 

Wiesz, niczego nie potrzebuję teraz bardziej niż większej ilości tego słodkiego trunku. Czuję się znieczulona i śmielsza niż zwykle. Nogi miękną mi w kolanach. Nic nowego, po prostu mam bardzo słabą głowę. Gwiazdy wydają się jeszcze piękniejsze, księżyc świeci mocniej. Przyjemnie kręci mi się w głowie, właściwe emocje mają swój głos. W ciemności nocy, pod tym pięknym ciemnym zapominam o moich rolach i jestem po prostu sobą, tą zwykłą dziewczyną w białej koszuli i w różowej spódnicy z torbą pełną marzeń, wizji i pragnień. Nagle odzywa się we mnie masa stłumionych emocji. Nagle uderza do głowy myśl! Momentalnie zdaję sobie sprawę ze znaków danych mi przez los. Przeszywa mnie przyjemny dreszcz. Niby jak iskra, jak piorun przeszywający dwie dłonie w chwili poznania.  

Uszło. Jest mi lżej. 

 

*** 

 

Nie było mnie tu kupę czasu. Minęły cztery miesiące od mojego ostatniego wpisu. Długo nie pisałam bo dużo się działo, a lockdown wcale nie wpłynął cudownie na moją wenę. Śmiem nawet stwierdzić, że byłam kompletnie rozbita i wnioskuję, że nie nadawałam się do czegokolwiek. Ciężkie infekcje i astma w pakiecie wymęczyły mnie kompletnie. Nie miałam głowy do pisania. Jedyne co dawałam radę skleić, to krótki wpis na instagramie czy film na TT. A w maju wróciłam do pracy i rzuciłam się w wir zajęć. Tak zleciał ten czas. Zdecydowanie bardziej wolałam coś odstawić, żeby nie było tego za dużo. Nie miałam głowy do bloga. Nie chciałam tego zrobić byle jak. 




Latest Instagrams

© Kreuję swoje życie • Lekka strona lifestyle'u młodej mamy. Design by FCD.