10 marca 2017

Ostatnimi czasy zauważyłam, że mój blog jest wyszukiwany po pewnymi zapytaniami w Google, i że ten wpis zbiera sporo wejść. Dotarło do mnie, że niedługo część naszych młodych obywateli czeka wybór szkoły średniej. Z ciekawości przejrzałam ten wpis i stwierdziłam, że nie napisałabym go teraz w taki sposób. Był zbyt emocjonalny i chaotyczny. Dziś podeszłam do niego na nowo, na spokojnie. Postanowiłam re edytować go, bo moje zdanie jest bardziej wyważone i z biegiem czasu widzę, jakie efekty przynosi dobry wybór z przeszłości. Tak, więc jeśli szukacie szkoły, bądź nie wiecie co dalej, zachęcam Was do przeczytania. Przyjemnej lektury!


Jak wybrać szkołę średnią?

Uwaga! Moja historia przeplatana jest wątkami prywatnymi, ale te wątki nieco tłumaczą moją zagmatwaną sytuację w tym czasie :)


W momencie reedycji tego posta jestem w stanie stwierdzić, że wciąż pamiętam wiosnę 2008 roku całkiem wyraźnie. Był to czas, w którym szukałam szkoły średniej. Jestem osobą, która nie lubi podejmować decyzji na hej, dlatego łatwo jest się domyślić, że dla szesnastolatki było to trudne. W tym czasie byłam bombardowana przez otoczenie kiepskimi opiniami na temat uczniów techników, więc zdecydowałam od razu, że wybieram tylko liceum. Jeszcze wtedy wydawało mi się, że jest to najlepszy wybór i zaprowadzi mnie naprawdę daleko. Nie słuchałam mamy, która zawsze mnie wspierała i radziła mi, żebym nie szła do ogólniaka, bo po technikum będę mogła łatwo i szybko znaleźć pracę w wyuczonym zawodzie. Zignorowałam to, że skoro lubię kuchnię, to fajnie byłoby to rozwijać. Nie zwracałam uwagi także na to, że mój brat, który ukończył szkołę gastronomiczną, zarabia całkiem niezłą kasę. Liceum kojarzyło mi się wręcz elitarnie i, prawdę mówiąc myślę, że w tamtym momencie odbiła mi palma i wywyższałam się. Brzmi brutalnie, ale szczerze.
Prawda jest taka, że kierowałam się głupimi stereotypami . Tak poza tym miałam chłopaka, którym byłam totalnie zaślepiona. Jak można się domyślić, on też miał wpływ na mój wybór, więc pobiegłam za nim. I przez to omal nie zostałam z niczym.

Nie przemyślałam dogłębnie tej sprawy. Nie myślałam o tym, co będzie po szkole. Zdam maturę, pójdę na studia, i co dalej? Uważałam, że liceum to jedyny, słuszny wybór. Nie zwracałam uwagi na własne talenty, nie myślałam o tym, by je szlifować.

Nie zadawałam sobie trudniejszych pytań. Gdybym miała teraz wybierać szkołę, to zadałabym sobie takie…

A jeśli nie zdam tej matury, i niczego się nie nauczę?
Co będzie, jeśli się okaże, że tak naprawdę nic nie będę miała?
A może lepszą opcją będzie technikum, gdzie ćwiczy się do zawodów i uczy podstawowych przedmiotów? 
Czy matura i egzamin zawodowy nie są lepszym zabezpieczeniem?


No nic. Poszłam do liceum, rozpoczęłam naukę i po kilku miesiącach poczułam, że coś jest nie tak. Powiem Wam krótko i szczerze, z perspektywy czasu.
Gdy patrzę na to teraz, nauki miałam mniej niż w technikum, ale poza szkołą rozwijałam swoje zainteresowania, uczyłam się z dnia na dzień, a że nauczyciele w tej szkole oceniali wszystko bardzo surowo, to starałam się wkuć jak najwięcej, co zajmowało mi naprawdę dużo czasu. Tak poza tym pomagałam moim rodzicom i siedziałam u mojego byłego chłopaka w szpitalu, czasem spotykałam się z koleżanką z klasy. Pewnie pytacie – co było nie tak?
Pomijając eksa, który totalnie mnie wykorzystywał, przynosił mi ciągle przykrość i nie szanując mnie, zmniejszał moje poczucie wartości oraz wiarę w siebie… Pomijając to, że wspierałam innych, choć sama nie miałam wsparcia… Nauczyciele w tym liceum nie mieli powołania w zawodzie. Wymagali bardzo dużo (do czego nie mogę się przyczepić), ale nie pomagali, nie podchodzili indywidualnie do ucznia, byli nieprzyjemni w obyciu (oprócz jednego nauczyciela, którego nawet miło wspominam), i wzbudzali we mnie paniczny lęk, co sprawiło, że moja motywacja spadła poniżej zera. Prócz teorii nie miałam NICZEGO WIĘCEJ. Byłam bardzo zmęczona, zawiedziona i rozżalona. Wtedy coś mnie tknęło i zdałam sobie sprawę z tego, jaką głupotę odwaliłam, nie słuchając rad mojej mamy. Straciłam przez to mnóstwo czasu i energii, moja dusza wręcz rozchorowała się. Gdy moja mama zaprowadziła mnie do psychologa, okazało się, że wpadłam w depresję. Jednak nie miałam czasu użalać się nad sobą, bo psycholog tak mnie pocisnęła, że wyszłam wściekła, trzaskając drzwiami.
To była przełomowa chwila, w której ktoś po raz pierwszy wytrącił mnie z impasu. Zyskałam siłę i odwagę, by przyznać się przed samą sobą, że nie miałam racji i popełniłam błąd. Gdybym umiała wtedy słuchać swojej intuicji, to wiedziałabym, że marnuję swój czas, potencjał i talenty, które powinnam szlifować.
Wzięłam się w garść i odeszłam. Dałam sobie czas na psychiczny odpoczynek i przygotowanie się do nowego. Przeprowadziłam się do centrum Warszawy, pojechałam na wakacje i…


Z zapałem rozpoczęłam naukę w Technikum. Bałam się, że sobie nie dam rady, bałam się nauczycieli, bałam się wszystkiego. Niesłusznie. Po raz pierwszy od dawna czułam, że to jest właśnie TO. Rozpierało mnie pozytywne uczucie, którego nie umiałam opisać. Zaskoczyło mnie ciepłe podejście nauczycieli do uczniów, które było bardzo indywidualne, a każdy, jeśli tylko chciał, mógł w sobie rozwijać to, co najlepsze. Wpadłam w szał nauki, wiedzę chłonęłam jak gąbka. Poznałam cudownych ludzi, zaczęłam dostrzegać, że relacja, w której tkwiłam, była toksyczna, a z pozoru bliscy ludzie potrafią nas wykończyć psychicznie i stosować wobec nas przemoc. Jednak miałam więcej siły niż wcześniej i zakończyłam trudny związek, który przynosił mi dużo bólu. Ostatnia rzecz z lawiny problemów trafiła do kosza. To był bardzo przełomowy czas, bo z nieba spadł mi mój ukochany. Chyba domyślacie się, że najlepsze rzeczy zdarzają się przez przypadek? :) Dostałam jeszcze większego, motywacyjnego kopa, miałam jeszcze więcej energii i uczyłam się jeszcze bardziej. Ten power przydał mi się, bo dochodziło mi coraz więcej przedmiotów i nauki było coraz więcej. Sama nauka w Technikum Gastronomicznym dała mi nie tylko wiedzę teoretyczną, ale i praktyczną. Praktyki w kuchni hotelowej dały mi doświadczenie zawodowe, dzięki czemu w wieku 18 lat podjęłam pierwszą w swoim życiu, poważną pracę. To wszystko sprawiło, że zaczęłam dorastać, poważniej traktować rodzinę i zarobione pieniądze z szacunkiem. Stałam się pracowita i ambitna. Chciałam więcej i więcej! Jeśli miałabym do czegoś to porównać, to zdecydowanie do zasady działania śnieżnej kuli. Chyba wiecie, o co mi chodzi? :)


Co mi dała nauka w technikum?

• wiedzę nie tylko z przedmiotów podstawowych, takich jak matematyka, j. polski, historia, chemia, fizyka itd. ale i z zawodowych, takich jak technologia żywienia, obsługa klienta, wiedza o przepisach bhp, sprzętach używanych w gastronomii, podstawy żywienia człowieka (w tym diety, wiedza o przemianach chemicznych w organizmie człowieka, wiedza o chorobach wynikających z problemów żywieniowych, wszystko o składnikach znajdujących się w pożywieniu, wiedza o składnikach dodawanych do żywności sprzedawanej w sklepach i wszystko o cholesterolu, itd). Często na lekcjach nauczyciele wyciągali więcej niż w programie nauczania, przedmioty stawały się rozszerzonymi, ale uważam, że jeśli wiedza z danego tematu jest ciekawa, to jej większa ilość nie zaszkodzi ;)

• zrozumiałam, że gastronomia to nie tylko gary i patelnie, ale również sztuka. Dobry kucharz jest mistrzem, który potrafi niesamowicie łączyć smaki. Poza tym kuchnia to też w pewnym sensie chemia i miałam okazję przekonać się o tym na własnej skórze.

• oprócz zdanej matury posiadam dokument potwierdzający moje kwalifikacje zawodowe, który jest furtką do zawodu.

• dzięki tej szkole miałam okazję uczestniczyć w wielu ciekawych wydarzeniach gastronomicznych, czasem brałam udział w olimpiadach, chodziłam na targi, dzięki czemu miałam okazję poznać dziedzinę, jaką jest cukiernictwo.

• dzięki temu, że zdecydowałam się na naukę w miejscu ZGODNYM Z MOIMI ZAINTERESOWANIAMI, miałam motywację i chęci, nauczyłam się wszystkiego, czego chciałam, i tę wiedzę wykorzystuję do tej pory.

• poznałam niesamowitych ludzi, którzy mają takie same pasje, wielkie marzenia i determinację. Niektórzy z nich uczęszczali do konkurencyjnej szkoły, ale biorąc pod uwagę samą gastronomię, cieszę się, że poznałam takich ludzi. Wielu z nich zaszło naprawdę daleko!

• uczestniczyłam w praktykach zawodowych, dzięki którym poznałam hotel i gastronomię od wewnątrz.

• pracowałam ciężko zarówno jeśli mówimy o samej szkole, praktykach, jak i pracy w gastronomii, ale dzięki temu nauczyłam się szanować to, co osiągnęłam, zwłaszcza jeśli chodzi o pieniądze. Zobaczyłam, że dobre efekty zależą od naszych chęci i zaangażowania, oraz to, że trzeba korzystać z okazji, jakie daje nam życie.


Wady? Nie widzę, bo to był (mój pierwszy w życiu!) naprawdę dobry wybór. Tak jak wspomniałam, do tej pory cieszę się z korzyści, jakie zyskałam dzięki nauce w tej szkole. Dzięki temu piekę i rozwijam swoją pasję. Dzięki temu wiem, co mogę podać mojemu dziecku do jedzenia i to od momentu, gdy miało kilka miesięcy, bez radzenia się innych. Dzięki temu i znajomości swojego organizmu mogę sama wyznaczyć sobie plan żywieniowy, jeśli chcę zrzucić na wadze. Mogę iść na studia, nawet jeśli totalnie odbiegają od kierunku obranego w technikum. Jeśli będę szukała pracy w gastronomii, zaświadczę, że mam wiedzę. Bo mam!


Po kilku latach ciągle chodzi mi po głowie pewna myśl i chciałabym także powiedzieć coś osobom, które mają kiepską opinię o uczniach techników. Uważacie takie osoby za tłuki, za przyszłych roboli? W takim razie proszę Was, przyjrzyjcie się szefom kuchni, mniejszych lub większych restauracji. Oni też kiedyś zaczynali, a teraz osiągają szczyty. Z niesamowitą determinacją walczyli o osiągnięcie swoich celów. Pomyślcie o ludziach, którzy pracują w gastronomii, a nawet nie ukończyli szkoły, czy studiów w tej dziedzinie. Skąd wiecie, czy nie będziecie na ich miejscu za kilka lat? Proszę o więcej szacunku dla nich. Wśród swoich znajomych mam osoby, które nie odnalazły się w tym świecie i okazało się, że to nie jest ich droga. Ale mam też takich, którzy osiągają naprawdę wiele. Niektórzy z nich pracują w gastronomii za granicą, niektórzy tam studiują. Wśród znajomych z podwórka jest chłopak, który zaczynał nieśmiało, brał udział w konkursach gastronomicznych i osiągał świetne wyniki, a potem wyjechał szlifować swój talent za granicą, m.in. w Hiszpanii. Mam też znajomą, która ukończyła szkołę ze świetnymi wynikami, a teraz zajmuje się fotografią kulinarną. Podziwiam ją za niesamowity zapał i pracowitość. A ja? Teraz gdy mam więcej czasu, znowu chłonę wiedzę jak gąbka. Tym razem jako samouk poznaję świat słodkości, ćwiczę, testuję nowe smaki. Rozwijam swoją pasję i przy okazji korzystam z wiedzy, jaką zdobyłam wiele lat temu w szkole. Bo i technik żywienia uczy się o tym, co się dzieje w czasie pieczenia. Czysta chemia, czysta nauka. A studia? To dla mnie dodatek i czysta przyjemność, bo kocham się uczyć. Tylko jeszcze mam dylemat – Obronność, czy Anglistyka? :) Ale tylko dylemat. To da się rozwiązać.


Edytując ten wpis (a w zasadzie pisząc go od nowa), zauważyłam, że moje poprzednie zdanie o nauce w liceum było naprawdę bardzo radykalne i pełne emocji. Szczerze powiem, że nie ma się co dziwić, bo po prostu miałam pecha. Tylko że teraz mam to tak jakby bardziej w nosie. Wiecie, co Wam powiem? Nie chce mi się pisać negatywnie o liceach, bo z perspektywy czasu widzę, że żaden ogólniak nie byłby dla mnie, ponieważ od zawsze miałam konkretne zainteresowania i po prostu potrzebowałam doszlifowania swoich umiejętności oraz wiedzy związanej z nimi. Na dodatek najlepiej uczę się poprzez praktykę, a matura nigdy nie mogłaby być dla mnie jednym wyjściem. Zawsze muszę mieć jeszcze jedno.


W moim przypadku pójście do liceum było błędem. Myślę, że kiepsko byłoby, gdybym jeszcze w tym samym roku szkolnym zmieniła szkołę, bo ciężko byłoby mi ogarnąć ogrom wiedzy, skoro byłam w takim stanie. Przerwa odświeżyła mi umysł i przygotowała do dalszej, sukcesywnej nauki.


Tytuł wpisu to „Jak wybrać szkołę średnią”. Uważam, że po tylu latach i przemyśleniach mogę szczerze powiedzieć, co myślę. Co Wam radzę?

• róbcie wszystko zgodnie z własnym sumieniem.

• zwracajcie dużą uwagę na własne zainteresowania i na to, czy jest szkoła, w której możecie trenować własne umiejętności.

• nie wybierajcie szkoły tylko dlatego, że chodzi tam Wasz chłopak czy dziewczyna.

• jeśli kpicie z techników i uważacie, że to jest zwykły bullshit, to zanurzcie głowę w zimnej wodzie i wyrzućcie z głowy takie myślenie. Po pierwsze to nie ładnie, a po drugie nie macie racji. Serio. Szkoła, którą wybieracie, powinna dawać Wam możliwości rozwijania własnych zainteresowań, a co za tym idzie…

• pomyślcie rozsądnie. Jeśli myślicie tylko o studiach bądź nie ma szkoły średniej, która byłaby odpowiednia dla osób z Waszymi zainteresowaniami, wybierzcie liceum. Studia też mogą dać zawód, a czasem są ku temu jedyną opcją. Jeśli macie konkretne zainteresowania, nie krępujcie się i poszukajcie szkoły, która im odpowiada. Jest pełno techników, liceów profilowanych itp.. A jeśli chcecie mieć dwie furtki w razie czego, czyli możliwość studiowania, jak i zagwarantowaną możliwość pracy w zawodzie, to odpowiedź nasuwa się sama. Jesteście młodzi i świat stoi przed Wami otworem. Nie zmarnujcie tego!


Kończąc ten wpis, zejdę trochę z tematu i przyznam szczerze, że z perspektywy 8-9 lat widzę, że dobrze się stało, nawet jeśli było dużo łez. Wszak lata szkolne to nie tylko nauka, ale i życie prywatne ;) Gdyby nie te wszystkie zdarzenia, zarówno dobre, jak i złe, nie miałabym tego, co mam teraz. Cieszę się nie tylko z sukcesów, ale i z popełnianych błędów, z łatwiejszych i trudniejszych wyborów, bo dzięki temu wszystkiemu mam wspaniałą rodzinę, wspomnienia, różne doświadczenia i przydatną wiedzę. Jestem za to wszystko bardzo wdzięczna!