Od dziecka jestem choinkową maniaczką:) Gdy byłam mała, zawsze byłam pierwszą ochotniczką do ubierania choinki. Jednak nigdy nie było to w pełni zadowalające ponieważ moi rodzice są raczej zwolennikami sztucznych drzewek a prawdziwe omijają szerokim łukiem - głównie ze względu na to, że choinki gubią igły. Tak samo było u mojego ukochanego, więc teraz, kiedy mieszkamy razem, możemy z pełną premedytacją realizować swoje widzimisię.  Tak też było w tym przypadku - uporczywą woń plastikowych igiełek zamieniliśmy na piękny, żywiczny zapach. Prawdziwa, żywa choinka stanęła wczoraj w naszym salonie ;) Pewnie dziwicie się, że to mnie tak ekscytuje ale od małego nie mogłam się doczekać momentu w którym zrobię tak jak chcę!:)

Moje widzimisię oznaczało także własnoręcznie robione ozdoby. Oczywiście Damian wniósł coś od siebie, lecz ja postanowiłam pokombinować i stworzyć coś własnego. Poszłam na łatwiznę tylko raz, przemycając z domu mamy moje maleńkie bombki;D
Postawiłam na filcowe ozdoby, kruche, delikatnie zdobione ciasteczka i suszone plastry pomarańczy (widać je w filmiku!).


Filc kupiłam w Empiku za niecałe 8 zł. Wykonałam z niego serduszka - jedne są przeplatane, inne są wypełnione watą. Upiekłam też kruche, czekoladowe renifery (i wiewiórki!) które ozdobiłam cukrowymi pisakami, cukrowe laski kupiłam w sklepie pod blokiem mojej mamy. Do tego wszystkiego złoty sznureczek - i voilà!
A idzicie tą maleńką laleczkę? Moja mama kupiła ją dla Juleńki, sądzę że to będzie doskonała, świąteczna pamiątka!:)


Zapraszam teraz do obejrzenia zdjęć i naszego filmiku:)



Wszystko wyszło naprawdę ładnie i przede wszystkim tak jak chcieliśmy :) Żebyście widzieli minę Julki jak zobaczyła to wszystko rano!;D Musiała dotknąć każdej ozdóbki która znajdowała się w zasięgu maleńkich rączek :)


Jak Wam się to wszystko podoba?:)