Marcowe włosy ♡

30 marca 2013

Hej kochane!:) Dziś przychodzę do Was nareszcie z notką o moich włosach w miesiącu marcu, w tym wszystkim podsumuję styczeń oraz luty kiedy takich notek nie było (możecie przeczytać o trzymiesięcznej pielęnacji) a ja nie miałam chęci dodać czegokolwiek, bo a to miałam badhairday, a to w pielęgnacji brakowało punktualności a mi brakowało energii do czegokolwiek :)
Tak więc zapraszam do oglądania i czytania :)


Zdjęcie robione w świetle lampy błyskowej ponieważ o tej porze w moim pokoju jest ciemno.

Włosy na dzień dzisiejszy. Lekko się puszą, wyżej odstają krótsze włoski bo nie wszystkie są równej długości. Długość około 51 cm, w styczniu przed studniówką były ścinane do około 46 cm, przyrost około 5 cm od około połowy stycznia do teraz.
W okresie 3 miesięcy czasami notowany bad hair day spowodowany puszeniem się, suchością albo niemożnością ułożenia włosów. Poza tym były w dobrym stanie, gładkie i miękkie gdyż pielęgnowałam je tak jak trzeba oraz prowadziłam suplementację od środka.

Czy ciąża wpłynęła na włosy do tej pory?
Nie. Nie różnią się one swoim stanem sprzed ciąży jak i w trakcie, rosną normalnie, i wyglądają tak jak wcześniej. Nie każdej hormony ciążowe wpływają na włosy, nie powinno się uogólniać i przypisywać im niewiarygodnych właściwości.
Wypadanie było normalne.

Włosy w świetle dziennym (słoneczny dzień) z dnia 23 marca.
Zdjęcie bez makijażu :D
Nie jestem w stanie określić ich koloru bo często przebija się w nich rudość, kolor często zależy od światła, przy jasnym potrafię mieć jasne karmelkowe, przy normalnym jak koń kasztanek (tak powiedział mój ukochany i pokazywał mi milion zdjęć tych koni hah:D), a gdy jest ciemno to słyszę o jasnym brązie ;D


Toś mnie przyrównał kochanie ;D Trafiony zatopiony ;D
Trzymiesięczna pielęgnacja włosów.

Szampony.


Moją miłością w tym okresie jest szampon ze skrzypu polnego Barwa Natury. Doskonale oczyszcza włosy z brudu i olejów, a czy pomaga na wypadanie? Minimalnie, ale cudów nie oczekujmy bo to tylko szampon.

Avon Naturals Herbal. Używam go tylko dlatego że zalega w szafce w łazience i trzeba go zużyć. Choć nie lubię Avonu i moje ciało również to włosy zdołały się przystosować do tego szamponu (jak skóra do balsamu Avon z lichy i lawendą) i reagują całkiem normalnie. Szampon zawiera ziołowe ekstrakty które pielęgnują włosy, bardzo dobrze oczyszcza jeśli chodzi o brud, słabiej jeśli mowa o olejach.

PharmaCf żel do higieny intymnej Kora dębu. Gdy miałam dość innych szamponów, sięgnęłam po ten żel, od tak, bo miałam kaprys. Zawiera ekstrakty pielęgnujące włosy i kwas mlekowy, świetnie myje, włosy są po nim gładkie i śliskie. Ideał :)

Bingo Spa jedwabne serum do mycia włosów. Świetny oczyszczacz na specjalne okazje, doskonale myje, do tego stopnia zmywa brud i oleje że włosy są aż 'tępe' w dotyku. Tym samym idealnie przygotowuje do przyjęcia maski czy odżywki. Jedynie drażni mnie w nim zapach dlatego obecnie staram się go już używać naprawdę rzadko.

Odżywki i maski.
Maska Bingo Spa ze spiruliną i keratyną. Zanim ją ogólnie zrecenzuję muszę ją jeszcze wypróbować wraz z siemieniem lnianym. Jest ok ale myślę że dobrze się sprawdzi na grubszych włosach ponieważ cienkie jednak obciąża, chyba że użyję jej przed myciem włosów. Wtedy to co innego!

PilomWax WAX do włosów jasnych - najlepsza maska na świecie. Używam waxu od jakiś dwóch lat i spisuje się naprawdę niesamowicie. Przyspiesza wzrost włosów, pielęgnuje je, odżywia, nawilża, cud miód! Stosuję co tydzień, w ciągu trzech miesięcy potrafiłam jednak używać jej nieregularnie bo nie miałam ochoty na nic...

Siemię lniane. Podstawa jeśli chodzi o nawilżanie, stosuję jakoś co dwa tygodnie jako żel lniany żeby nawilżyć i odżywić włosy. Super wygładzacz.


Jantar Farmona. Teraz kiedy nie wskazane jest żebym wcierała codziennie cokolwiek w skórę głowy, używam Jantaru jako odżywkę na długość włosa i końcówki po myciu. Doskonale pielęgnuje włosy. Po ciąży zamierzam znowu wcierać w skórę głowy.

Kemon Nutrizione Leggera. Zdenkowana, bardzo dobra odżywka. Jej działanie mogę porównać do Waxu nałożonego na włosy po myciu na 3 minuty jako odżywka. Bardzo dobra, polecam.

Oleje.


Olejek łopianowy z czerwoną papryką Green Pharmacy. Wahałam się przed użyciem jego ponieważ bałam się że zaszkodzi maluszkowi. Moje obawy rozwiała jednak rozmowa z lekarzem i moją mamą, wg których jeśli będą jakiekolwiek rewelacje to tylko na skalpie.
Stosuję od tygodnia wg zaleceń producenta. Ja zastosowałam go już dwa razy, oczekuję wzmocnienia cebulek włosa i przyspieszenia wzrostu co dał mi Jantar oraz Seboradin. Czy coś zauważyłam po tych dwóch razach? Na pewno nie wypadło mi więcej włosów niż myślałam że wypadnie, mogę powiedzieć że wypadanie się zmniejszyło i tu olejek faktycznie działa. Włosy po użyciu i zmyciu go z nich są uniesione od nasady. Olejek nie ma zapachu. Myślę że zaskoczy mnie jeszcze bardziej pozytywnie.

Vatika i Babydream. Stosuję na noc, na długość włosa, co tydzień, zamiennie. Doskonale pielęgnują włosy, wygładzają, odżywiają. Obowiązkowo w pielęgnacji.

Suplementacja.
Moją suplementację stanowią witaminy dla kobiet w ciąży, obecnie Falvit mama. Niedługo zacznę brać też żelazo (gin powiedziała że nie można przesadzić bo maluszek się spasie (;D!) i ciężko będzie mi urodzić), Falvit zmniejszę o połowę bo co za dużo to nie zdrowo :) Muszę pilnować żeby maluszek nie wyssał ze mnie wszystkich witamin bo ja również ich potrzebuję, tak więc postanowiłam że nie zrezygnuję z Falvitu.
Normalne witaminy, korzystam z nich ja i maleństwo uzupełniając wszelkie witaminowe zapasy więc pod tym względem jest ok :)

.........................................................................................................................................................................................................................................................

 Wesołych świąt!:)

Kończąc tą notkę chciałabym życzyć Wam Wesołych Świąt i tego byście spędziły je w miłej, ciepłej i rodzinnej atmosferze.
Całuję i ściskam kochane!!:)

Zdjęcia produktów, koni oraz jajek wielkanocnych pochodzą z Google Grafika.

Videoblog • Euro Gastro

25 marca 2013

Hej kochane!:D Dzisiaj w końcu postanowiłam zrobić notkę z filmikiem jaki nagrałam na Euro Gastro :D Myślę że to całkiem ciekawe, można zobaczyć jak takie targi wyglądają od środka:)
Oczywiście filmik jest nagrany ręką amatorki (którą jestem ja), więc będzie kilka chaotycznych momentów ale większość starałam się uchwycić naprawdę na spokojnie i myślę że jest nawet ok :)
Filmik jest nagrany głównie na potrzeby prezentacji z przedmiotu ale pomyślałam że wstawić go na bloga również będzie dobrze :)


Miłego popołudnia!:D

Euro Gastro 2013

21 marca 2013

Hej kochane!:) Nareszcie mogę napisać w miarę normalnego posta...:P Dlaczego? Obecna aura mnie dobija. Mam dość śniegu, zimna, chmur, brei na ulicach... Bo jakby zliczyć wszystko porządnie, zima trwa już jakieś.... 4 miesiące? To wszystko sprawia że ciągle śpię i nie mam na nic ochoty. Najchętniej weszłabym pod kołdrę i nie wychodziłabym już spod niej, bo jestem na maksa zmęczoooona... Wszystkiego się odechciewa, nie mam ochoty robić zdjęć, nie mam ochoty nigdzie wychodzić, nawet maseczek na włosy nie chce mi się robić bo siły w dłoniach nie mam. Spaaaaććć... Wiosno, przyjdź!!

Dzisiaj za to mam dla Was foto relację z targów gastronomicznych Euro Gastro 2013. Miałam przyjemność iść na nie z moim ukochanym, pooglądać co nie co i trochę pojeść :D Chodziliśmy po hali MT Polska jakieś dwie godziny gdy stwierdziłam że już nie mam siły :)
Powiem Wam że widziałam naprawdę wiele ciekawych rzeczy, m.in. piece z panelami dotykowymi i nowymi systemami obsługi o których chce się wiedzieć wszystko :D Jadłam przepyszny pudding ryżowy no i widziałam maszynę do masowej produkcji sushi która kosztuje 40 000 zł. Szok! No ale wszystko ma swoją cenę. W każdym razie było pysznie :D

I na koniec ja :D

Powiem Wam że ja i D. widzieliśmy kolejną "babę z radomia" - kobieta ładowała do swojej torby bułki Oskroby które były wystawione do degustacji - torba wypakowana po pęczki a stoisko puste, ale cóż, tak to jest jak się jest pazernym :P Rozumiem, iść i próbować wszystkiego po troszku ale żeby od razu podpierdzielać całe stoisko do torby? Trochę wstyd...

Tym samym kończę tego posta, idę zjeść kolację bo wieczór przespałam a w brzuszku burczy :)
Dobranoc!:)

Zupa krem z zielonej fasolki szparagowej.

11 marca 2013

Witam wszystkich :) Dzisiaj chciałabym Wam pokazać jak zrobić zupę krem z zielonej fasolki szparagowej która jest bardzo prosta w wykonaniu i nie wymaga większego nakładu pieniężnego :)

Uogólniając - zupa krem jest jedną z najłatwiejszych w wykonaniu zup ponieważ wystarczy po prostu zmiksować to co znajduje się w garnku, często zyskuje ona miano wykwintnej ze względu na okazje na jakich się ją podaje.
Świetnie nadaje się na kolację we dwoje, można ją podać z grzankami, z dodatkiem ziół, można ją nawet udekorować głównym składnikiem np. szparagiem.


Składniki
• włoszczyzna - seler, korzeń pietruszki, marchew, por, cebula
• ziemniak
• korpus z kurczaka bądź jego dowolna część
• 450g zielonej fasolki szparagowej
• 2 łyżki śmietany 18%
• 2 liście laurowe
• kilka ziaren pieprzu czarnego
• sól
• pieprz
• sos sojowy
• OPCJONALNIE Vegeta - ja nie używałam ale proponuję dla wzmocnienia smaku bulionu
• 2 ząbki czosnku
• olej
• dowolne zioła do posypania gotowej zupy.

Przepis
1. Korpus z kurczaka umyć, usunąć piórka jeśli gdzieniegdzie zostały, wymoczyć w zimnej wodzie. Po wymoczeniu wsadzić do garnka średniej wielkości, zalać wodą do wysokości około 2 cm nad kurczakiem. Garnek postawić na średnim ogniu i od chwili zagotowania gotować około 40 minut. W międzyczasie zbierać szumowiny.
2. Włoszczyznę i ziemniaka umyć, obrać, usunąć niepotrzebne części, rozdrobnić. Cebulkę obrać, przepołowić, przypalić nad ogniem palnika.
Gdy korpus się ugotuje, wyjąć go z garnka, odstawić do ostygnięcia. Do wody po kurczaku wrzucić rozdrobnione warzywa. Dosypać ziarenka pieprzu i liście laurowe, gotować około 20 minut. Po tym czasie dodać zieloną fasolkę szparagową i znowu gotować całość około 15 minut.
3. Kiedy warzywa się ugotują odcedzić i odstawić do ostygnięcia. Z korpusu pozyskać mięso i dodać do warzyw. Całość miksować dolewając stopniowo bulion.
Do zupy dodać łyżeczkę soli, pieprz i kilka kropel sosu sojowego. Zamieszać.
4. Przygotować grzanki. Plastry kajzerki lub chleba nacierać rozkrojonymi ząbkami czosnku aż złapią aromat, posmarować olejem, pokroić w kostkę i podsmażać na patelni aż będą rumiane. (ja swoje przypaliłam bo oglądałam "Przepis na życie" ;D)
5. Dwie łyżki śmietany zahartować w szklance z zupą, dodać do całości i mieszać aż ciut zgęstnieje.
6. Porcjować, podawać z grzankami i dowolnymi ziołami.

Smacznego!:)


Jak wybrać szkołę średnią? Dlaczego warto wybrać technikum? Moja krótka historia i kilka rad.

8 marca 2013


10 marca 2017

Ostatnimi czasy zauważyłam, że mój blog jest wyszukiwany po pewnymi zapytaniami w Google, i że ten wpis zbiera sporo wejść. Dotarło do mnie, że niedługo część naszych młodych obywateli czeka wybór szkoły średniej. Z ciekawości przejrzałam ten wpis i stwierdziłam, że nie napisałabym go teraz w taki sposób. Był zbyt emocjonalny i chaotyczny. Dziś podeszłam do niego na nowo, na spokojnie. Postanowiłam re edytować go, bo moje zdanie jest bardziej wyważone i z biegiem czasu widzę, jakie efekty przynosi dobry wybór z przeszłości. Tak, więc jeśli szukacie szkoły, bądź nie wiecie co dalej, zachęcam Was do przeczytania. Przyjemnej lektury!


Jak wybrać szkołę średnią?

Uwaga! Moja historia przeplatana jest wątkami prywatnymi, ale te wątki nieco tłumaczą moją zagmatwaną sytuację w tym czasie :)


W momencie reedycji tego posta jestem w stanie stwierdzić, że wciąż pamiętam wiosnę 2008 roku całkiem wyraźnie. Był to czas, w którym szukałam szkoły średniej. Jestem osobą, która nie lubi podejmować decyzji na hej, dlatego łatwo jest się domyślić, że dla szesnastolatki było to trudne. W tym czasie byłam bombardowana przez otoczenie kiepskimi opiniami na temat uczniów techników, więc zdecydowałam od razu, że wybieram tylko liceum. Jeszcze wtedy wydawało mi się, że jest to najlepszy wybór i zaprowadzi mnie naprawdę daleko. Nie słuchałam mamy, która zawsze mnie wspierała i radziła mi, żebym nie szła do ogólniaka, bo po technikum będę mogła łatwo i szybko znaleźć pracę w wyuczonym zawodzie. Zignorowałam to, że skoro lubię kuchnię, to fajnie byłoby to rozwijać. Nie zwracałam uwagi także na to, że mój brat, który ukończył szkołę gastronomiczną, zarabia całkiem niezłą kasę. Liceum kojarzyło mi się wręcz elitarnie i, prawdę mówiąc myślę, że w tamtym momencie odbiła mi palma i wywyższałam się. Brzmi brutalnie, ale szczerze.
Prawda jest taka, że kierowałam się głupimi stereotypami . Tak poza tym miałam chłopaka, którym byłam totalnie zaślepiona. Jak można się domyślić, on też miał wpływ na mój wybór, więc pobiegłam za nim. I przez to omal nie zostałam z niczym.

Nie przemyślałam dogłębnie tej sprawy. Nie myślałam o tym, co będzie po szkole. Zdam maturę, pójdę na studia, i co dalej? Uważałam, że liceum to jedyny, słuszny wybór. Nie zwracałam uwagi na własne talenty, nie myślałam o tym, by je szlifować.

Nie zadawałam sobie trudniejszych pytań. Gdybym miała teraz wybierać szkołę, to zadałabym sobie takie…

A jeśli nie zdam tej matury, i niczego się nie nauczę?
Co będzie, jeśli się okaże, że tak naprawdę nic nie będę miała?
A może lepszą opcją będzie technikum, gdzie ćwiczy się do zawodów i uczy podstawowych przedmiotów? 
Czy matura i egzamin zawodowy nie są lepszym zabezpieczeniem?


No nic. Poszłam do liceum, rozpoczęłam naukę i po kilku miesiącach poczułam, że coś jest nie tak. Powiem Wam krótko i szczerze, z perspektywy czasu.
Gdy patrzę na to teraz, nauki miałam mniej niż w technikum, ale poza szkołą rozwijałam swoje zainteresowania, uczyłam się z dnia na dzień, a że nauczyciele w tej szkole oceniali wszystko bardzo surowo, to starałam się wkuć jak najwięcej, co zajmowało mi naprawdę dużo czasu. Tak poza tym pomagałam moim rodzicom i siedziałam u mojego byłego chłopaka w szpitalu, czasem spotykałam się z koleżanką z klasy. Pewnie pytacie – co było nie tak?
Pomijając eksa, który totalnie mnie wykorzystywał, przynosił mi ciągle przykrość i nie szanując mnie, zmniejszał moje poczucie wartości oraz wiarę w siebie… Pomijając to, że wspierałam innych, choć sama nie miałam wsparcia… Nauczyciele w tym liceum nie mieli powołania w zawodzie. Wymagali bardzo dużo (do czego nie mogę się przyczepić), ale nie pomagali, nie podchodzili indywidualnie do ucznia, byli nieprzyjemni w obyciu (oprócz jednego nauczyciela, którego nawet miło wspominam), i wzbudzali we mnie paniczny lęk, co sprawiło, że moja motywacja spadła poniżej zera. Prócz teorii nie miałam NICZEGO WIĘCEJ. Byłam bardzo zmęczona, zawiedziona i rozżalona. Wtedy coś mnie tknęło i zdałam sobie sprawę z tego, jaką głupotę odwaliłam, nie słuchając rad mojej mamy. Straciłam przez to mnóstwo czasu i energii, moja dusza wręcz rozchorowała się. Gdy moja mama zaprowadziła mnie do psychologa, okazało się, że wpadłam w depresję. Jednak nie miałam czasu użalać się nad sobą, bo psycholog tak mnie pocisnęła, że wyszłam wściekła, trzaskając drzwiami.
To była przełomowa chwila, w której ktoś po raz pierwszy wytrącił mnie z impasu. Zyskałam siłę i odwagę, by przyznać się przed samą sobą, że nie miałam racji i popełniłam błąd. Gdybym umiała wtedy słuchać swojej intuicji, to wiedziałabym, że marnuję swój czas, potencjał i talenty, które powinnam szlifować.
Wzięłam się w garść i odeszłam. Dałam sobie czas na psychiczny odpoczynek i przygotowanie się do nowego. Przeprowadziłam się do centrum Warszawy, pojechałam na wakacje i…


Z zapałem rozpoczęłam naukę w Technikum. Bałam się, że sobie nie dam rady, bałam się nauczycieli, bałam się wszystkiego. Niesłusznie. Po raz pierwszy od dawna czułam, że to jest właśnie TO. Rozpierało mnie pozytywne uczucie, którego nie umiałam opisać. Zaskoczyło mnie ciepłe podejście nauczycieli do uczniów, które było bardzo indywidualne, a każdy, jeśli tylko chciał, mógł w sobie rozwijać to, co najlepsze. Wpadłam w szał nauki, wiedzę chłonęłam jak gąbka. Poznałam cudownych ludzi, zaczęłam dostrzegać, że relacja, w której tkwiłam, była toksyczna, a z pozoru bliscy ludzie potrafią nas wykończyć psychicznie i stosować wobec nas przemoc. Jednak miałam więcej siły niż wcześniej i zakończyłam trudny związek, który przynosił mi dużo bólu. Ostatnia rzecz z lawiny problemów trafiła do kosza. To był bardzo przełomowy czas, bo z nieba spadł mi mój ukochany. Chyba domyślacie się, że najlepsze rzeczy zdarzają się przez przypadek? :) Dostałam jeszcze większego, motywacyjnego kopa, miałam jeszcze więcej energii i uczyłam się jeszcze bardziej. Ten power przydał mi się, bo dochodziło mi coraz więcej przedmiotów i nauki było coraz więcej. Sama nauka w Technikum Gastronomicznym dała mi nie tylko wiedzę teoretyczną, ale i praktyczną. Praktyki w kuchni hotelowej dały mi doświadczenie zawodowe, dzięki czemu w wieku 18 lat podjęłam pierwszą w swoim życiu, poważną pracę. To wszystko sprawiło, że zaczęłam dorastać, poważniej traktować rodzinę i zarobione pieniądze z szacunkiem. Stałam się pracowita i ambitna. Chciałam więcej i więcej! Jeśli miałabym do czegoś to porównać, to zdecydowanie do zasady działania śnieżnej kuli. Chyba wiecie, o co mi chodzi? :)


Co mi dała nauka w technikum?

• wiedzę nie tylko z przedmiotów podstawowych, takich jak matematyka, j. polski, historia, chemia, fizyka itd. ale i z zawodowych, takich jak technologia żywienia, obsługa klienta, wiedza o przepisach bhp, sprzętach używanych w gastronomii, podstawy żywienia człowieka (w tym diety, wiedza o przemianach chemicznych w organizmie człowieka, wiedza o chorobach wynikających z problemów żywieniowych, wszystko o składnikach znajdujących się w pożywieniu, wiedza o składnikach dodawanych do żywności sprzedawanej w sklepach i wszystko o cholesterolu, itd). Często na lekcjach nauczyciele wyciągali więcej niż w programie nauczania, przedmioty stawały się rozszerzonymi, ale uważam, że jeśli wiedza z danego tematu jest ciekawa, to jej większa ilość nie zaszkodzi ;)

• zrozumiałam, że gastronomia to nie tylko gary i patelnie, ale również sztuka. Dobry kucharz jest mistrzem, który potrafi niesamowicie łączyć smaki. Poza tym kuchnia to też w pewnym sensie chemia i miałam okazję przekonać się o tym na własnej skórze.

• oprócz zdanej matury posiadam dokument potwierdzający moje kwalifikacje zawodowe, który jest furtką do zawodu.

• dzięki tej szkole miałam okazję uczestniczyć w wielu ciekawych wydarzeniach gastronomicznych, czasem brałam udział w olimpiadach, chodziłam na targi, dzięki czemu miałam okazję poznać dziedzinę, jaką jest cukiernictwo.

• dzięki temu, że zdecydowałam się na naukę w miejscu ZGODNYM Z MOIMI ZAINTERESOWANIAMI, miałam motywację i chęci, nauczyłam się wszystkiego, czego chciałam, i tę wiedzę wykorzystuję do tej pory.

• poznałam niesamowitych ludzi, którzy mają takie same pasje, wielkie marzenia i determinację. Niektórzy z nich uczęszczali do konkurencyjnej szkoły, ale biorąc pod uwagę samą gastronomię, cieszę się, że poznałam takich ludzi. Wielu z nich zaszło naprawdę daleko!

• uczestniczyłam w praktykach zawodowych, dzięki którym poznałam hotel i gastronomię od wewnątrz.

• pracowałam ciężko zarówno jeśli mówimy o samej szkole, praktykach, jak i pracy w gastronomii, ale dzięki temu nauczyłam się szanować to, co osiągnęłam, zwłaszcza jeśli chodzi o pieniądze. Zobaczyłam, że dobre efekty zależą od naszych chęci i zaangażowania, oraz to, że trzeba korzystać z okazji, jakie daje nam życie.


Wady? Nie widzę, bo to był (mój pierwszy w życiu!) naprawdę dobry wybór. Tak jak wspomniałam, do tej pory cieszę się z korzyści, jakie zyskałam dzięki nauce w tej szkole. Dzięki temu piekę i rozwijam swoją pasję. Dzięki temu wiem, co mogę podać mojemu dziecku do jedzenia i to od momentu, gdy miało kilka miesięcy, bez radzenia się innych. Dzięki temu i znajomości swojego organizmu mogę sama wyznaczyć sobie plan żywieniowy, jeśli chcę zrzucić na wadze. Mogę iść na studia, nawet jeśli totalnie odbiegają od kierunku obranego w technikum. Jeśli będę szukała pracy w gastronomii, zaświadczę, że mam wiedzę. Bo mam!


Po kilku latach ciągle chodzi mi po głowie pewna myśl i chciałabym także powiedzieć coś osobom, które mają kiepską opinię o uczniach techników. Uważacie takie osoby za tłuki, za przyszłych roboli? W takim razie proszę Was, przyjrzyjcie się szefom kuchni, mniejszych lub większych restauracji. Oni też kiedyś zaczynali, a teraz osiągają szczyty. Z niesamowitą determinacją walczyli o osiągnięcie swoich celów. Pomyślcie o ludziach, którzy pracują w gastronomii, a nawet nie ukończyli szkoły, czy studiów w tej dziedzinie. Skąd wiecie, czy nie będziecie na ich miejscu za kilka lat? Proszę o więcej szacunku dla nich. Wśród swoich znajomych mam osoby, które nie odnalazły się w tym świecie i okazało się, że to nie jest ich droga. Ale mam też takich, którzy osiągają naprawdę wiele. Niektórzy z nich pracują w gastronomii za granicą, niektórzy tam studiują. Wśród znajomych z podwórka jest chłopak, który zaczynał nieśmiało, brał udział w konkursach gastronomicznych i osiągał świetne wyniki, a potem wyjechał szlifować swój talent za granicą, m.in. w Hiszpanii. Mam też znajomą, która ukończyła szkołę ze świetnymi wynikami, a teraz zajmuje się fotografią kulinarną. Podziwiam ją za niesamowity zapał i pracowitość. A ja? Teraz gdy mam więcej czasu, znowu chłonę wiedzę jak gąbka. Tym razem jako samouk poznaję świat słodkości, ćwiczę, testuję nowe smaki. Rozwijam swoją pasję i przy okazji korzystam z wiedzy, jaką zdobyłam wiele lat temu w szkole. Bo i technik żywienia uczy się o tym, co się dzieje w czasie pieczenia. Czysta chemia, czysta nauka. A studia? To dla mnie dodatek i czysta przyjemność, bo kocham się uczyć. Tylko jeszcze mam dylemat – Obronność, czy Anglistyka? :) Ale tylko dylemat. To da się rozwiązać.


Edytując ten wpis (a w zasadzie pisząc go od nowa), zauważyłam, że moje poprzednie zdanie o nauce w liceum było naprawdę bardzo radykalne i pełne emocji. Szczerze powiem, że nie ma się co dziwić, bo po prostu miałam pecha. Tylko że teraz mam to tak jakby bardziej w nosie. Wiecie, co Wam powiem? Nie chce mi się pisać negatywnie o liceach, bo z perspektywy czasu widzę, że żaden ogólniak nie byłby dla mnie, ponieważ od zawsze miałam konkretne zainteresowania i po prostu potrzebowałam doszlifowania swoich umiejętności oraz wiedzy związanej z nimi. Na dodatek najlepiej uczę się poprzez praktykę, a matura nigdy nie mogłaby być dla mnie jednym wyjściem. Zawsze muszę mieć jeszcze jedno.


W moim przypadku pójście do liceum było błędem. Myślę, że kiepsko byłoby, gdybym jeszcze w tym samym roku szkolnym zmieniła szkołę, bo ciężko byłoby mi ogarnąć ogrom wiedzy, skoro byłam w takim stanie. Przerwa odświeżyła mi umysł i przygotowała do dalszej, sukcesywnej nauki.


Tytuł wpisu to „Jak wybrać szkołę średnią”. Uważam, że po tylu latach i przemyśleniach mogę szczerze powiedzieć, co myślę. Co Wam radzę?

• róbcie wszystko zgodnie z własnym sumieniem.

• zwracajcie dużą uwagę na własne zainteresowania i na to, czy jest szkoła, w której możecie trenować własne umiejętności.

• nie wybierajcie szkoły tylko dlatego, że chodzi tam Wasz chłopak czy dziewczyna.

• jeśli kpicie z techników i uważacie, że to jest zwykły bullshit, to zanurzcie głowę w zimnej wodzie i wyrzućcie z głowy takie myślenie. Po pierwsze to nie ładnie, a po drugie nie macie racji. Serio. Szkoła, którą wybieracie, powinna dawać Wam możliwości rozwijania własnych zainteresowań, a co za tym idzie…

• pomyślcie rozsądnie. Jeśli myślicie tylko o studiach bądź nie ma szkoły średniej, która byłaby odpowiednia dla osób z Waszymi zainteresowaniami, wybierzcie liceum. Studia też mogą dać zawód, a czasem są ku temu jedyną opcją. Jeśli macie konkretne zainteresowania, nie krępujcie się i poszukajcie szkoły, która im odpowiada. Jest pełno techników, liceów profilowanych itp.. A jeśli chcecie mieć dwie furtki w razie czego, czyli możliwość studiowania, jak i zagwarantowaną możliwość pracy w zawodzie, to odpowiedź nasuwa się sama. Jesteście młodzi i świat stoi przed Wami otworem. Nie zmarnujcie tego!


Kończąc ten wpis, zejdę trochę z tematu i przyznam szczerze, że z perspektywy 8-9 lat widzę, że dobrze się stało, nawet jeśli było dużo łez. Wszak lata szkolne to nie tylko nauka, ale i życie prywatne ;) Gdyby nie te wszystkie zdarzenia, zarówno dobre, jak i złe, nie miałabym tego, co mam teraz. Cieszę się nie tylko z sukcesów, ale i z popełnianych błędów, z łatwiejszych i trudniejszych wyborów, bo dzięki temu wszystkiemu mam wspaniałą rodzinę, wspomnienia, różne doświadczenia i przydatną wiedzę. Jestem za to wszystko bardzo wdzięczna!

Cannelloni z farszem mięsno szpinakowym

3 marca 2013

Witajcie w ten piękny dzień, mamy niedzielę 3 marca, aura bardzo dobra, zachmurzenie średnie, 5 stopni na termometrach ;D Co jak co ale jak widzę że pogoda się naprawdę poprawia to o wiele mi lepiej!;D Cudnie patrzeć na ten brak śniegu za oknem, dociera do mnie to, że niedługo będę mogła urozmaicić swój codzienny wygląd bo będzie cieplej, a ja mam więcej ciuchów na wiosnę niż na takie zimne dni jak ostatnio ;D

Degustacja nowych smaków wciąż trwa więc dzisiaj pokażę Wam jak zrobić makaron cannelloni z farszem mięsno szpinakowym, zapiekany z sosem pomidorowo papryczkowym Arrabbiata z Łowicza :)
Cannelloni robiłam pierwszy raz w życiu i sądzę że na pewno to jeszcze powtórzę!:)

Do polania sos można zrobić własnoręcznie ale można też użyć gotowego - ja tak zrobiłam bo niestety w moim przypadku oczekiwanie na jedzenie kończy się wielką frustracją :D

Jaki w moich odczuciach jest ten sos?;) Po otwarciu słoika spróbowałam palcem i machnęłam ręką - 'Echhh, przecież to nie jest ostre!'. O ostrości sosu przekonałam się w momencie spróbowania makaronu. Był naprawdę ostry! Sądzę że ten sos to idealna propozycja dla facetów a moim faworytem pozostaje sos Puttanesca :) :D

SKŁADNIKI
• makaron Cannelloni
• opakowanie rozdrobnionego szpinaku
• pierś z kurczaka lub drobiowe mięso mielone 300g
• ser żółty
• 2 sosy Łowicz Arrabbiata
• średniej wielkości cebula
• ząbek czosnku
• bazylia
• sól pieprz - do smaku
• olej

PRZEPIS

KROK I • MIĘSO

Mięso rozdrabniamy lub już rozdrobnione przygotowujemy do smażenia.
Smażymy na oleju z niewielką ilością soli do momentu aż będzie białe. Nie solimy go zbyt mocno bo na przyprawianie przyjdzie jeszcze czas.

KROK II • SZPINAK, CEBULKA I CZOSNEK

Cebulkę siekamy w kostkę, szpinak odsączamy na sitku ponieważ po rozmrożeniu jest w nim bardzo dużo wody.

Cebulę smażymy w małym garnku, na najmniejszym ogniu. Gdy ta nieco się przyrumieni, przeciskamy czosnek przez praskę i dodajemy do cebulki. Podsmażamy jeszcze chwilę i dodajemy szpinak, całość dusimy na małym ogniu kilka minut.

KROK III • FARSZ

Gdy szpinak z cebulką i czosnkiem się nieco poddusi, dodajemy kurczaka i dusimy całość do odparowania wody. Nie zapominamy również o przyprawieniu całości! Doprawiamy do smaku solą, pieprzem i bazylią - nie ma określonej ilości, ważne jest to by każdy przyprawił farsz tak aby mu smakowało.

Gdy tylko zauważycie że odparuje znaczna część wody jaka była w początkowej fazie duszenia farszu, dodajecie ser żółty. Ma on za zadanie spoić wszystko w jedną całość, no i roztopić się znacznie podczas zapiekania :) Farsz zostawiamy na około 15 minut do przestygnięcia.
W międzyczasie przygotowujemy rurki makaronu cannelloni i jeśli macie możliwość proponuję Wam rękaw do nadziewania.

KROK IV • NADZIEWANIE I ZAPIEKANIE

Przygotowany makaron nadziewamy - można łyżeczką czy rękawem do nadziewania (szybsza opcja). Polecam Wam to robić zręcznie i stawiać rurki w pionie co może zapobiec pękaniu makaronu (mi niestety 1/4 popękała).
W międzyczasie nagrzewamy piekarnik do około 180 stopni.

Tak nadziane rurki wykładamy w formie do pieczenia (lub naczyniu żaroodpornym) wysmarowanej od dołu sosem pomidorowym Arrabbiata.

Gdy cały makaron z farszem zostanie wyłożony, zalewamy całość sosem - POLECAM WAM GO JEDNAK NIECO ROZCIEŃCZYĆ co wspomoże proces mięknięcia makaronu w czasie pieczenia.
Formę z cannelloni wstawiamy do piekarnika na około 25 minut.
Jeśli nie macie czym przykryć formy, użyjcie folii aluminiowej - unikniecie przypalenia.
Pamiętajcie też że może nie wyjść idealnie - mi 1/4 rurek popękała więc część cannelloni zamieniło się w jednowarstwową lazanię. Mimo to jest naprawdę smaczne!;D

KROK V • JEMY!

Gotowe cannelloni porcjujemy, możemy polać sosem jeśli lubimy ostrość. Ja nałożyłam sosu stanowczo za dużo i musiałam czymś zapijać :D

Polecam Wam i życzę smacznego!:)

Latest Instagrams

© Kreuję swoje życie • Lekka i przyjemna strona lifestyle'u młodej mamy. Design by Fearne.