Jestem pewna, że każda Was słyszała kiedyś hasło „Rodzić po ludzku”.
Dla mnie „Rodzić po ludzku” to znaczy rodzić w dobrych warunkach, w czystym i miłym miejscu, z najbliższą osobą u boku… Ale nie tylko. Hasło „Rodzić po ludzku” oznacza przede wszystkim poród w towarzystwie profesjonalnego personelu medycznego – takiego, który potraktuje cię jak człowieka który potrzebuje pomocy, zajmie się twoim stanem fizycznym oraz psychicznym, i da ci największe wsparcie.
U mnie tego zabrakło.

Owszem, miejsce było przyjemne, ciepłe, higieniczne i odpowiednio wyposażone.
Może nie rodziłam jakoś specjalnie długo bo mój poród trwał 9 godzin. Pierwsze wrażenie po tym wszystkim było co najmniej dobre, ponieważ byłam szczęśliwa, że Julka już jest ze mną, ale nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak dużo działo się w tamtej chwili. Owładnięta bólem i buzującymi hormonami, nie byłam w stanie myśleć i zobaczyć tego co widzieli moi najbliżsi. 

http://instagram.com/smallrosie#Po paru miesiącach patrzę na to chłodno i widzę, że do porodu genialnie przygotowałam się w domu. Wiedziałam jakie pozycje przyjmować by poród postępował. Wiedziałam jak prawidłowo oddychać by maleństwo było dotlenione. Podczas pobytu na sali porodowej z moim ukochanym non stop pilnowałam tego jak mam się poruszać żeby rozwarcie się poszerzało, bez przerwy pilnowałam oddechu. Chciałam, by obok była położna. Tak na jakby co. Nie było jej. Przychodziła co pół godziny. Odczuwałam to jako jej brak. Do tej pory zastanawiam się jakim cudem udawało mi się myśleć i nie stracić głowy. Dlaczego musiałam sama walczyć z bólem? Co miał zrobić mój biedny (w tej chwili) ukochany? Mógł tylko patrzeć, wysłuchiwać mojego płaczu i trzymać mnie za rękę. To nie wystarczało. Potrzebowałam pomocy w razie sytuacji, w której po prostu przestałabym myśleć bo ciało przejęłoby całą kontrolę. Odnosiłam wrażenie, że położna jest tak jakby jej nie było, a jestem zdana tylko na siebie i mojego ukochanego. Gdyby nie jego obecność, nie czułabym się w pełni bezpieczna.
Położne pojawiły się za to w hurtowej ilości gdy nie byłam w stanie wyprzeć Julki na zewnątrz..
Nie jestem w stanie również zrozumieć tego, jak anestezjolog mógł zignorować moją prośbę o drugą dawkę znieczulenia zewnątrz oponowego. Pominę to, że przy podawaniu pierwszej dawki był nieprzyjemny i zdecydowanie brakowało mu empatii. Kiedy w bardzo krótkim czasie znieczulenie całkowicie przestało działać dowiedziałam się, że ten człowiek nie przyjdzie do mnie, bo jest na innej operacji. Przecież ja rodziłam. Wypuszczałam na świat nowe życie. Czy to nie było ważne?
Dostało mi się za to, że przeżywam swój ból. Rudowłosa doktor która odbierała poród, wyleciała do mojej rodzicielki z pretensjami o mój próg bólu. Jak ja mogę mieć niski próg bólu, no jak?! Przecież ona urodziła czwórkę dzieci, więc to nie możliwe, żeby mnie bolało tak bardzo! Szkoda tylko, że ta kobieta nie zdawała sobie sprawy, że nie każdy jest tak odporny na ból. Po to jest znieczulenie, żeby sobie ulżyć... Jednak po mnie ono spłynęło jak po maśle. Ot co, chwilę odpoczęłam. I tyle.
Myślałam, że zejdę.

Opadają mi ręce jak sobie pomyślę, że personel medyczny (za przeproszeniem) opieprzał mnie za to, że krzyczę… Powodem było rzekome stresowanie innej rodzącej.. Nie wolno mi krzyczeć, bo bym obudziła cały oddział… To przecież jest śmieszne! Bolało mnie tak bardzo, że nie wiedziałam co mam zrobić i krzyczałam na nich, że mam wszystko gdzieś a ja mam prawo do krzyku. Dosłownie.
Miałam dość ludzi którym brakowało empatii i zrozumienia.
Kiedy okazało się, że nie mogłam normalnie urodzić, przyszła zastępczyni ordynatora, starsza pani doktor. Ona nas uratowała. Dzięki niej Julka jest z nami, dzięki niej jestem tutaj.
Żałuję, że wtedy ja i moja rodzina byliśmy tak bardzo zaaferowani wszystkim, że nie złożyliśmy żadnej skargi.
Gdybym dostała wsparcie od położnej, anestezjologa i rudowłosej doktor, czułabym się naprawdę komfortowo. Ale tak nie było. Czułam się zignorowana i potraktowana przedmiotowo.
To jest dalekie od idei „Rodzić po ludzku”.

Ze zgrozą czytam wiadomości o tym, że w którymś szpitalu kobieta zmarła podczas porodu. Ze zgrozą przyjmuję codziennie wypływające z prasy wiadomości o śmierci dzieci na porodówkach.
Staram się wczuć empatycznie w sytuację kobiet które straciły dziecko. Nie potrafię. Łzy w oczach od początku. Tak się nie da… Nie jestem sobie w stanie wyobrazić czegoś tak strasznego, więc jak bardzo źle muszą się czuć te kobiety? Dlaczego nie zrobiono wszystkiego by ich dzieci żyły?

Zauważyliście ile się mówi o zwiększającej się liczbie cesarskich cięć? Moim zdaniem jest całkiem na odwrót. Dobrze jest kiedy kobieta może urodzić dziecko siłami natury, bez żadnych komplikacji w czasie porodu. Natomiast jeśli do porodu siłami natury zmusza się ciężarną która ma wskazania do CC, to jest to dla mnie coś strasznego. Dziewczyna z którą dzieliłam salę w szpitalu nie mogła normalnie urodzić. Nie pomagały kroplówki z oksytocyną podawane co dwa dni a także cewnik założony do szyjki macicy. Nic nie ruszało. Przez 24 godziny trzymali ją na porodówce pod kroplówką. Szyjka ani drgnęła, ta kobieta nie była w stanie normalnie urodzić. Po 24 godzinach straciła siły i wykonano jej cesarskie cięcie.
Moja bratowa ze względu na dużą wadę wzroku miała mieć CC. Kazano jej rodzić naturalnie. Kazano jej ryzykować utratą wzroku.
U mnie była mowa o cesarskim cięciu ze względu na tachykardię płodu. Tachykardia jest niebezpieczna dla takiego maluszka, więc dlaczego nie wykonano CC? Pominę to, że mam wadę serca i astmę a podczas porodu faszerowano mnie lekami... Jaki to miało sens?

Nie każda z nas jest w stanie normalnie urodzić i by to rozwiązać, wymyślono cesarskie cięcie. Nie rozumiem jak można zmuszać do normalnego porodu jeśli są przeciwwskazania. Nigdy nie zrozumiem jak można podejmować takie ryzyko.
Nie potrafię sobie wyobrazić tego, jak można nie dbać o to by kobiety czuły się komfortowo podczas porodu. Nie jestem w stanie zaakceptować braku indywidualnego podejścia do rodzącej. Kobiety są różne - jedna znosi to lepiej, inna gorzej. Jedna jest zdrowa jak rydz, inna ma jakieś schorzenia. Odnoszę wrażenie, że każda jest traktowana w ten sam, schematyczny sposób - a nóż uda się urodzić naturalnie, może nic się nie stanie.
Gdy dojdzie do jakiejś tragedii, rodzice dziecka są zdani tylko na siebie. Gdzie jest wsparcie?

Choć narodziny mojej dziewczynki były dla mnie jednym z najpiękniejszych momentów w życiu, to na sam poród patrzę z takim samym bólem jak wcześniej. Mam jakąś traumę.
Ból podczas porodu może i da się przeżyć, ale to, jak personel potrafi potraktować pacjentkę, skutecznie niszczy wszelkie pozytywne odczucia.

Drodzy lekarze, drogie położne - proszę Was, traktujcie rodzące ze zrozumieniem i dużą dawką empatii. Traktujcie je indywidualnie. Nie każda jest w stanie znieść tak wielki ból. Dobrze wiecie jak bardzo rozchwiana emocjonalnie potrafi być kobieta która rodzi swoje dziecko. Nie traktujcie prośby o znieczulenie jako fanaberię. Jeśli kobieta nie jest w stanie urodzić siłami natury i ma do tego przeciwwskazania, nie bagatelizujcie tego co się dzieje, nie ryzykujcie. Bądźcie mili, odłóżcie złe nastroje na bok. Darzcie rodzące wsparciem którego one tak potrzebują. Gdy nakrzyczą, nie gniewajcie się. Bądźcie obok i pomóżcie powitać nowemu człowiekowi świat jak najlepiej.
Jeśli troszczycie się o ludzi z powołania, to robicie jedną z najlepszych rzeczy jakie możecie robić  życiu.
Sprawiajcie, by hasło „Rodzić po ludzku” nabierało sensu.
By każda z nas mogła jak najlepiej przeżyć narodziny swojego maleństwa.
By czuła w pełni, że narodziny dziecka były naprawdę cudowne.