Minione tygodnie były zdecydowanie najtrudniejsze ze wszystkich, szczególnie tydzień kończący stary rok. Wszystko zeszło na drugi plan gdy nasze maleństwo zaczęło bardzo chorować...
Trafiliśmy do szpitala w Otwocku dzień przed Wigilią... Mała gorączkowała już wcześniej, jednak teraz było naprawdę źle. Węzły chłonne wielkości piłeczek do ping ponga, czterdziestostopniowa gorączka...  Nasze dziecko wyglądało tak źle, że baliśmy się, że tego nie przetrwa... Łzy płynęły nam z oczu mimo woli... Decyzja lekarza o przeniesieniu jej do Warszawy była ekspresowa.
Przesiedziałyśmy dwa tygodnie w dwóch szpitalach, wytrwałyśmy pomimo okropnej znieczulicy personelu w tym drugim. Julka dostawała bardzo mocne antybiotyki na które reagowała różnie. Bywało nawet, że okropnie wymiotowała! Ale dała radę. 


Nie było dane nam spędzić świąt Bożego Narodzenia w ciepłym domu, nie było dane nam pooglądać fajerwerków przed domem. Ale wiecie co? Kij z tym! Ważne, że ona wyzdrowiała, reszta się nie liczy.
Cudownie jest nam teraz patrzeć na śmiejące się do nas maleństwo które z apetytem je posiłek. Cudownie jest nam gdy biega po domu i rozmawia z nami :) Kochamy ją bardzo mocno! Dzięki niej jeszcze bardziej zrozumieliśmy że zdrowie, nasza miłość i rodzina to sprawy dla nas najważniejsze.