Co mnie zaskoczyło w Worthing? 17 punktów!

18 września 2016

Anglia mnie totalnie zaskoczyła. A raczej Worthing. Oczywiście nie oszukujmy się, nie jest tak różowo, jak można by myśleć! Są rzeczy, które mnie zachwyciły i sprawiły, że polubiłam to miejsce bez wątpienia, ale i takie, które w pewnej części zniechęcają mnie na maksa. Ciekawi?



1. Nie tak brytyjsko, jak się może wydawać.

Worthing to miejscowość nadmorska, położona nad Kanałem La Manche. To miasto jest jak nasz Sopot, ma swoich mieszkańców, ale to typowo turystyczne miejsce. Są tu hotele i pensjonaty, masa miejsc, w których można się zatrzymać i wypocząć.


 


Zachodni brzeg Worthing jest usiany kolorowymi Sea Lodgeami, które dodają niesamowitego uroku temu miejscu. Mogę Wam powiedzieć, że patrząc na nie, na myśl przychodzą mi właśnie torty w stylu angielskim – słodkie i urocze, czyli biszkopt z kremem maślanym obłożony masą cukrową. Sam lukier, róż i baby blue. Tak brytyjsko.





Mimo wszystko nie mogę powiedzieć, że miasto wygląda typowo angielsko. Mnie Anglia kojarzy się z domkami z cegieł i skromnymi podwórkami. Idąc dalej, Anglię kojarzę z Londynem, z szeregowcami, i czerwonymi budkami telefonicznymi. Kojarzę ją sobie z Nothing Hill i z serialem „Co ludzie powiedzą?”. Dla mnie tak wygląda Anglia. A tu zonk. Gdyby ktoś mnie tam przywiózł, bez informowania gdzie jadę, to w życiu bym nie pomyślała, że to miasto w UK.
Widok z plaży budzi we mnie skojarzenia z całkiem innego miejsca na świecie. I wcale nie kojarzy mi się z Anglią. Dziwnie.





Spacerując deptakiem w kierunku Goring Beach widziałam białe, ekskluzywne domy wzdłuż ulicy. Wypatrzyłam nawet mały jacht w ogrodzie. Gdzieniegdzie na podwórkach były małe palmy (w głąb lądu większe okazy) i całość nie budziła skojarzeń z UK. Tak samo pomyślałam, gdy szłam w kierunku Lancing.




 Ulice w dzielnicy willowej wyglądały jak nasz Izabelin, okolice Otwocka i Józefowa.


Deptak miejski był trochę taki jak na Helu. Mimo to więcej było w nim nijakości, bo nie zrobił na mnie szczególnego wrażenia.
Dopiero północ miasta wyglądała typowo brytyjsko.
Tak więc Worthing to totalny miks stylów i każdy może znaleźć tam coś dla siebie. Ale dlaczego nie uważam go za miejscowość do zamieszkania na lata?
Bo po prostu go na ten moment go „nie czuję”. Bywa!




2. W Worthing nie ma Primarka.
No nie ma. No i co mam powiedzieć? Gdyby był, pewnie bym codziennie tam chodziła. Ale za mniej więcej 6 funtów nie chce mi się jeździć do Brighton. Oczywiście w dwie strony. Autobusem.
Tak poza tym jest tam masa sklepów. Oczywiście nie można powiedzieć, że to imperium shoppingu, ale można tam kupić to, czego się akurat potrzebuje. Jest H&M, Claire’s, Accesorrize, TK Maxx, Top Shop, New Look, Superdrug, Boots, i wiele innych… Jak chciałam klapki na plażę, to poszłam do H&M. 





3. Namiastka egzotyki.
Właśnie. Dosłownie. Szłam ulicą i widziałam, że ktoś w ogrodzie palmę. Najczęściej był to Daktylowiec Kanaryjski, razem z Kordylierą Australijską, często też widziałam Palmy Sabalowe. Apogeum zaskoczenia nastąpiło wtedy, gdy zobaczyłam w jednym z ogrodów drzewo bananowe. Ale jeszcze większe zdziwienie ogarnęło mnie, gdy ujrzałam…




4.
- Kochanie, zapomniałam kupić w sklepie paczkę liści laurowych.
- Och kochanie, już lecę do ogródka, zerwę ci kilka z naszego dużego drzewa :)

Drzewo laurowe w ogródku. Nie wiem co mam zrobić. Czuję, że moje życie straciło sens.


5. Życie w morzu.
Podczas pobytu w Worthing miałam pierwszy raz okazję do zobaczenia tego, co pewnie od czasu do czasu ląduje na Waszych talerzach. Omułki i kraby to była codzienność, nie było problemu z ich znalezieniem. Fajnie było trzymać takie małe stworzenie w dłoni.
Oczy nam wyszły na wierzch, gdy po nocnym sztormie zobaczyliśmy na plaży truchło jakiejś ryby. Była szaro biała (częściowo pożarta, został tylko biały brzuch wraz ze skórą, płetwami i ogonem), miała około 60 cm długości, a w oczy rzucał nam się charakterystyczny, rekinowaty pysk. Nie mogłam w to uwierzyć, dopóki nie przejrzałam Google w poszukiwaniu informacji oraz zdjęć. Musiałam się upewnić, że to właśnie widziałam, bo przez okropny smród nie przyglądaliśmy się jej za długo. Znalazłam też informacje o występowaniu rekinów i ich atakach w wodach kanału angielskiego. W sumie przecież Wielka Brytania to wyspa na Oceanie Atlantyckim. Więc w sumie tam może żyć wszystko... Hmm.
Czuję się jak małe dziecko, które siedzi w ubikacji i boi się, że coś je ugryzie w pupę :D
Już nigdy nie wejdę tam do wody.





6. Słodycze i kosmetyki.
Och, nie byłabym sobą, gdybym podczas pobytu w UK nie delektowała się słodyczami. Wiecie, czekoladę mogę jeść przez miesiąc, ale ciężej jest z donutami i boskimi Reese’s. Do tej pory nie wiem jakim cudem schudłam i zaokrągliłam się jednocześnie. Magia :D





Co do kosmetyków miałam świetną okazję do zobaczenia tego, czego w PL nie mogłam kupić stacjonarnie. Przyjrzałam się m.in. kosmetykom Soap & Glory. Nie mogłam się też oprzeć temu, by nie spojrzeć na szafę Make Up Revolution, choć nie ukrywam, że dowiedziałam się niedawno, że marka zawitała w naszych drogeriach Hebe. Bosko!
Podczas pobytu w UK skusiłam się uwaga… na jedną rzecz!
Mgiełka Ted Baker Pink jest boska!


7. Normalna uprzejmość.
Przepraszam, proszę, dziękuję. Lubię to i uważam, że te zwroty powinien stosować każdy.
A jeszcze bardziej lubiłam to, jak ktoś, jadąc samochodem, zatrzymał się na środku jezdni, bym mogła przejść na drugą stronę, chociaż w sumie nawet nie miałam takiego zamiaru ;)


8. Uwagi na tle narodowościowym. Krzywe spojrzenia. Buractwo.
Da się to zauważyć, nawet jeśli jesteście tak cichymi osobami, jak ja i nie wydzieracie się na całą ulicę. W Worthing jest sporo miłych ludzi, ale nie da się ukryć, że tak naprawdę większość hrabstwa West Sussex głosowała za Brexitem. Spodziewałam się tego, że w jakiś sposób mogę odczuć niechęć wobec obcokrajowców, ale jedna z sytuacji przeszła totalnie moje wszelkie wyobrażenia. Zostałam zaczepiona w środku miasta przez mężczyznę w wieku około 40 lat, który przysłuchiwał się mojej rozmowie z dzieckiem. Na początku facet się miło przywitał, skomplementował mnie, a potem z grubej rury wypalił, że w Anglii nie powinnam mówić w swoim języku. Że mam piękną córeczkę, ale nie powinnam rozmawiać w swoim języku. Bo przecież jesteśmy w Anglii i powinnam mówić wszędzie po angielsku. I że powinnam to zapamiętać. Na koniec jak gdyby nic życzył mi miłego dnia, powiedział jeszcze raz, że jestem piękna i się pożegnał.
Stałam jak wryta i nawet się nie odezwałam. Czułam, jak twarz mi czerwienieje ze złości, i gdyby nie to, że jestem w obcym kraju, to kazałabym mu spieprzać daleko ode mnie. Wiecie, co mnie najbardziej zirytowało? Jego komplementy, fałszywy uśmiech, i grzeczności. Jak dla mnie mógł sobie je wsadzić w tyłek i pocisnąć mi bez nich.
Jeśli zdarzy się Wam za granicą dyskryminacja na jakimkolwiek tle, to nie dajcie się sprowokować. I zapamiętajcie – jadąc do obcego kraju, wypada znać podstawy języka, rozmawiać z tubylcami w ich języku, ale nikt nie ma prawa zabronić Wam rozmów z bliskimi w waszym języku.


9. Ten sam produkt, inna nazwa.
Zamiast Orbit jest Extra, zamiast Lay’s jest Walkers. I wiele innych.


10. Fastfood smakuje inaczej.
Nie jestem stałą bywalczynią Mc Donalds, ale czasem zdarzy mi się ochota na coś śmieciowego albo zabójczy głód. Tak właśnie czułam się po przylocie do UK, ssanie w żołądku było niemiłosierne. W drodze do Worthing zatrzymaliśmy się w Mc Donaldzie gdzie zamówiłam cheeseburgera. Jeden gryz, drugi gryz, coś jest nie tak… Bułka i ser jakby smaczniejsze, sos i mięso mniej słone, więcej ogórka i cebulki… Całość dziwna. Nie tak strasznie chemiczna. I tak jedząc dalej, stwierdziłam, że w Warszawie cheeseburgery są po prostu niesmaczne. Nie wiem, od czego to zależy, ale… nieważne.
W nocy ze środy na czwartek byłam w McD na Świętokrzystkiej. Niesmak miałam chyba przez pół dnia.


11. Mały smutek.
Wiadomo, że życie w Anglii jest 2,3 razy droższe niż w Polsce, ale… patrząc z pozycji obserwatora, dostrzegam, że stosunek zarobków do wysokości kosztów jedzenia, rachunków itd. wychodzi dużo lepiej i na więcej można sobie pozwolić. Muszę Wam zdradzić, że trochę się zasmuciłam podczas rozmowy przez telefon z moim tatą. Porównywaliśmy ceny polskie i angielskie niektórych produktów, jakie były na ten moment. Prawie że wyszło na jedno…


12. Wszędzie czułam zapach zioła…
… i nie o rumianku mowa ;) Chociaż palenie marihuany jest w Anglii karalne, to praktycznie codziennie czułam ten charakterystyczny zapach na ulicy lub plaży. Czułam go nawet z sąsiedztwa, ale w sumie nie dziwiłam się – obok nas mieszkała kobieta wyglądająca na ciężko chorą osobę. Wiecie, co mam na myśli, że marihuana uśmierza ból. Oczywiście tego nie wiem, bo nigdy nie paliłam, ale lubię czytać o różnych medycznych ciekawostkach.



13. Zero psich kupek na trawniku.
Zero, absolutne zero. Tak jak przez prawie dwa miesiące Julka nie wlazła w żadną psią kupę, tak po powrocie wdepnęła w nią od razu. Czuję się zażenowana, widząc, że u nas ten temat bardzo kuleje. Mówiąc dalej, powiem Wam, że nie widziałam psich odchodów także na chodnikach, a co za tym idzie, to…




14. Czyste parki.
Czyste, piękne parki, w których można siedzieć na trawie bez obawy, że siedzimy na śmierdzącej niespodziance.



15. Cudowne samochody.
Oczywiście to zdjęcia niektórych, ale tylu klasyków nie widziałam nigdzie!



16. Wszystko za funta, czyli najfajniejszy sklep w mieście. Przynajmniej dla mnie.


Aaaa! Edit 29.09.16r.
Oto 17, zapomniany punkt czyli...
...sklepy zamykane o godzinie 17 w całym mieście! Możecie mi wierzyć lub też nie, ale była to jedna z najbardziej zaskakujących mnie rzeczy. Nieźle się zdziwiłam na początku gdy wyszłam o 18 do sklepu a tu klops! Wszystko pozamykane. Jak pojedziecie do Worthing to pamiętajcie - w dni powszednie sklepy są czynne do godziny 17, a w niedzielę do 16. Nieliczne są czynne do wieczora, ale czasem trzeba się nałazić.


Fajnie było, serio. Worthing to idealna miejscowość na wakacje, na przeżycie nowej przygody. Jeśli jesteście ciekawi świata, to odwiedźcie to miejsce, bo jest warte zobaczenia :)

10 komentarzy

  1. Świetnie przygotowany post,
    czyta się go z przyjemnością
    Chciałoby się tam być
    pozdrawiam MARCELKA♥

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo fajny post! Zaskoczyła mnie ta sytuacja z tym panem po 40, jestem w szoku. Ja mieszkam w Madrycie i wiele razy usłyszałam, że jeste rumunką (nic do nich nie mam) chociaż nikt mnie pytał skąd jestem. Teraz jest już trochę lepiej, bo Hiszpanie zaczynają latać do Polski i bardzo im się u nas podoba. Ale tak, miałam wiele przykrych, zabawnych i miłych sytuacji. Pozdrawiam!!

    www.ladyagat.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ślicznie za komentarz :):* Pozdrawiam :)

      Usuń
  3. Powiem Ci, że najzabawniejsze w temacie obcokrajowców jest to, że tylko w mniejszych miejscowościach mają z nimi problem, tak ewidentny. Twoja sytuacja jest o tyle komiczna, że ta mieścina żyje z turystów, więc są ich tam setki.

    Primarka w Brighton nie masz co żałować - nie jest to najlepszy w okolicy ;)

    Skojarzenia z autobusami itp - takie typowe właśnie dla książkowej Anglii. Ta nad kanałem wcale tak nie wygląda, chociaż ogólna architektura jest podobna, dużo cegieł i charakterystyczne budownictwo.

    McDonalds smakuje lepiej też w Niemczech niż w Polsce :D Chociaż w przypadku UK chemicznie jest tak samo, wiem natomiast że są różnice w przygotowywaniu, w sprzęcie.

    A co jeszcze.. Ceny. Zależy co kupujesz i gdzie. Wszystkie funciaki są generalnie okej, ale jak chcesz zrobić tzw domowy obiad to tam lepiej nie kupować produktów. Natomiast chemie, przybory toaletowe, słodycze czy przekąski warto tam kupować. I jakieś akcesoria :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, więc byłam mega zaskoczona tą sytuacją. Nie lepiej zachowała się starsza kasjerka w Waitrose która po prostu była nieuprzejma, przerwała mi gdy do niej mówiłam i zaczęła mnie pouczać bez powodu. Żenada.

      Właśnie powiem Ci że dalej od morza ta architektura była w moich oczach bardzo angielska :D Za to siedząc na plaży i obserwując hotele (między innymi Kingsway) pomyślałam sobie o bardzo podobnych budynkach w San Francisco :D

      Mnie po naszym McD bolał brzuch i miałam długo niesmak. Do głowy nawet przyszła mi skrajna myśl, że zarządzający McD traktują Polskę jak kraj trzeciego świata i dlatego te wszystkie "specjały" są po prostu niesmaczne ;P Ale to taka moja myśl od niechcenia.

      Kochana, to ja wiem:D W funciaku kupowałam czekoladę która wszędzie indziej kosztowała funta pięćdziesiąt :D No i papier toaletowy, pieluchomajtki na noc dla dziecka (dla porównania w Boots cena takich wynosiła 3,5 funta), jakieś tam chusteczki nawilżane i wszystko co gdzie indziej kosztowało więcej niż funt :D

      Żałuję tylko ze nie kupiłam szarej filiżanki ze spodkiem. Echh, cała ja!

      Usuń
  4. Ja zawsze kupuję tam kalendarz, taki zeszytowy. Kosztuje tego funta i wiem, że po 10 miesiącach intensywnego używania nie będzie najładniejszy na świecie, ale też wiem, że takiego za 30-60zł zwyczajnie nie potrzebuję. A odpowiada mi cały styl graficzny w środku, to jest dla mnie ważne.
    PS. tez kupuje tam słodycze :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ja co do kalendarzy mam wymagania ale to ja hahaha :D Taka niby poukładana a bajzel w koło non stop się robi bo ciężko mi się bez kalendarza zorganizować :D
      Ja już swoje "zamówienie" zrobiłam, wszystko z Cadbury :D Parę rzeczy, bo mam swoich ulubieńców, właśnie mi za granicą nie zaimponowało wszystko ale te kilka rzeczy :D Wybredna jestem i większość mi szału nie robi :D

      Usuń
  5. Super zdjęcia, bardzo fajny post. :)
    Miłego dnia!

    OdpowiedzUsuń

Miłe, ciepłe słowa a także szczera, kulturalna, i przede wszystkim - konstruktywna krytyka - wszystko jest dozwolone. To motywuje mnie najbardziej w blogowaniu!:)

Chamstwo i obraźliwe teksty lądują w koszu od razu.

Latest Instagrams

© Kreuję swoje życie • Lekka i przyjemna strona lifestyle'u młodej mamy. Design by Fearne.