Wiecie co, tak sobie patrzę na ludzi wokoło. No dobra, może nie wszystkich, bo najbardziej przyglądam się rodzinom. Patrzę na ich twarze i próbuję z nich odczytać emocje. Te subtelne znaki, które mówią, czy ktoś jest szczęśliwy z tego, co ma i czy dba o relacje z rodziną.
Często widzę czułości, drobne gesty, wzajemną pomoc. Są też ludzie cisi, porozumiewający się ze sobą subtelnie. Bije od nich ta cudowna energia i szczęście, bo choć są spokojni i czasem wręcz poważni to widać, że jest między nimi porozumienie dusz. Potrafią rozwiązywać problemy dnia codziennego w piękny sposób.
Czasami widzę spięcia i zdenerwowanie różnymi sytuacjami. A bo na przykład dziecko zaczyna broić w sklepie, bo jest zmęczone, albo nawet cała rodzina. Ale czuję, że te osoby komunikują się ze sobą nawet, jeśli potrafią być naprawdę na siebie wkurzeni.
Zdarza mi się też wyczuć niezadowolenie, wręcz złość u małżonków. W najgorszych przypadkach obojętność. Czuję, że ci ludzie przestali ze sobą rozmawiać. Od takich ludzi bije specyficzna aura, przez którą robię się niespokojna i zastanawiam się, co bym zrobiła na ich miejscu. Zazwyczaj odpowiedź jest jedna – próbowałabym rozmawiać z partnerem, choćby miał mnie uznać za wstrętną zrzędę. Trułabym mu dupę, nawet jeśli miałby mnie dosyć.

Każdy, kto jest w związku, wie, że nawet w najlepszej relacji pojawiają się spięcia, czasem kłótnie o głupoty. To najprawdziwsza z prawd, tak było, jest i będzie. Mimo wszystko zawsze wiedziałam, że najważniejszą metodą jest często ta najbanalniejsza.

Rozmowa.

Zazwyczaj spokojna, czasem przepełniona emocjami. Ale to jest rozmowa, zawsze konstruktywna i szczera. Mamy za sobą czas (wcześniej fruwało więcej nam motyli w brzuchu, aniżeli działało połączeń w mózgu), w którym docieraliśmy się najbardziej i zdarzały się spięcia, a nawet momenty, w których potrafiliśmy nie odzywać się do siebie. Wierzcie mi, nie ma nic gorszego. Zrozumieliśmy, że to nie na tym polega, że nie można tak postępować. W zdrowym związku trzeba rozmawiać, być wobec siebie szczerymi w 100% choćby nawet miało zaboleć i co najważniejsze, nie można rezygnować z komunikacji, nie można zamykać się w sobie. Nigdy.

Tworzymy rodzinę, która jest naszym silnym fundamentem na życie, jesteśmy osobami, które są wobec siebie lojalne, mogą na sobie polegać, akceptują się w 100%. Ja mam jego, on ma mnie, mamy kochane maleństwo, razem jest wszystko, oddzielnie nie ma nic. Jesteśmy wspólnotą czerpiącą z tego ogromną siłę napędzającą nas do życia. Nigdy nie miałam tyle siły ile mam przy mojej córeczce i przy moim partnerze. Widzę to też po tym, jak on reaguje, gdy nas nie ma obok.
Razem mamy ochotę do życia.
Razem możemy wszystko.
Razem tworzymy spójną całość.
Ostatnimi czasy miałam okazję do przemyśleń i oceny różnych sytuacji. Pozwoliło mi to dostrzec rzeczy mniej i bardziej istotne.
Na przykład to, że bez nich byłabym jak jabłko bez odgryzionego kawałka. Bez niego bym się popsuła. A ja potrzebuję tego kawałka, bo bez niego jestem niepełna i tracę smak. Tym kawałkiem są oni. Razem jesteśmy całością jak soczyste, czerwone jabłuszko.
Jesteśmy osobami rodzinnymi. Tak zostaliśmy wychowani, taka jest nasza natura. Mamy w nas pewną niezależność, ale nic nie działa tak jak wspólna obecność, czy sama świadomość, że pomimo wszystko, jesteśmy razem. Rodzina to nasza siła. Jestem za to bardzo wdzięczna.