Dlaczego tak bardzo wierzę w siłę przyciągania?

31 stycznia 2017

Nic się nie dzieje bez powodu.
Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz.
Każdy jest kowalem własnego losu.
Karma wraca.
Co posiejesz, to zbierzesz.
I można by tak dalej, i dalej, i dalej… Ale wiadomo, że w tym wszystkim chodzi o jedno.

Prawo przyciągania działa czy chcesz tego, czy nie.

Na pewno w swoim życiu spotkaliście się z sytuacją, w której zobaczyliście coś, o czym wcześniej zdarzyło Wam się pomyśleć. Marzyliście o czymś, aż w końcu nadarzyła się okazja, by to zdobyć. Chcieliście iść na koncert ulubionego artysty i nagle odezwała się do Was koleżanka z biletami. Brzmi znajomo, co nie? Mniej więcej tak to działa.

Jak przyciągnąć szczęście?

W moim życiu niejednokrotnie spotkałam się z tym, że rzeczy, o których pomyślałam lub sobie je wymarzyłam, prędzej czy później przydarzały się mi lub miałam je w posiadaniu. Osoby, których nie widziałam od dawna, odzywały się do mnie, a na dodatek to, z jakim nastawieniem podchodziłam do życia, procentowało w przyszłości i wpływało na moje samopoczucie. Latem 2004 roku, mając niespełna 13 lat, pomyślałam, że bardzo chciałam być pewniejsza siebie. Energetyczny boom, jakiego dostałam niecały miesiąc później, doprowadził do tego, że miałam grupę świetnych znajomych w całym kraju. Inny przykład – kilka lat temu jeszcze ucząc się, miałam dość małych zleceń i chciałam dostać pewniejszą robotę. Niedługo później, na praktykach w kuchni hotelowej zaproponowano mi dorabianie po godzinach praktyk, po szkole i w weekendy. Zgodziłam się bez wahania. Te wszystkie rzeczy łączył jeden mianownik – miałam je w głowie i wierzyłam w nie mocno lub przyczepiły się do mnie jak rzep do psiego ogona. Marzenia się spełniały prędzej czy później a ja wiedziałam, że jeśli czegoś naprawdę chcę, to prędzej czy później to dostanę.
Na domiar tego zaczęłam przyglądać się pewnemu, oczywistemu prawu.

Jeśli dałeś dobro, dobro otrzymasz.
Jeśli komuś pomogłeś i dałeś wsparcie, ktoś pomoże ci w potrzebie.
Dobre uczynki zaprocentują.
Zło się odwróci do tego, kto je zadał.
Skłamałeś? Zostaniesz okłamany.
Ukradłeś coś? Ktoś okradnie ciebie.
Skrzywdziłeś? Inny człowiek skrzywdzi twoją osobę.
Obojętność pozostanie bez odzewu. Nie wniesie nic.

Nie było trudne do zauważenia to, że gdy zrobiłam coś dobrego, to zawsze to do mnie wracało. Gdy komuś pomogłam, ktoś potem pomagał mi. Albo dostawałam niespodziankę od rodziców. Zupełnie jakby to była nagroda za dobry uczynek. Oczywiście tak też było ze złymi rzeczami. Nie uszło mojej uwadze to, że i one wracały do mnie jak bumerang. Właśnie tak to działało.

Gdy zauważyłam moc wszelkich zależności, moja kumpelka podesłała mi film „Sekret”.

Chociaż wierzę w takie rzeczy i nie jestem sceptykiem, to film potraktowałam jako bełkot. Jedna rzecz powtarzana kilkanaście razy, ale w inny sposób, i tak specyficzny, że można poczuć się, jakby ktoś próbował zrobić mi pranie mózgu. Tylko temat taki nie jest. Jest fajny, do indywidualnego odbioru i można z niego wyciągnąć naprawdę fajne rzeczy, dzięki którym można poprawić sobie jakość życia, rozpoczynając od naprawy własnego nastawienia.

To działa w całkiem fajny (powtarzam się!) sposób.
To, co wysyłasz, wraca do Ciebie. Tak jak karma. I możesz to wykorzystać do projekcji swoich marzeń i pragnień. Przykładowo – chcesz odwiedzić jakieś miejsce? Myśl o nim tak, jakbyś tam był. Chcesz mieć dom z ogródkiem? Już teraz myśl tak, jakbyś w nim mieszkał. Masz ochotę na totalną zmianę stylu, ale na razie brak ci funduszy? Wyobrażaj sobie siebie w wymarzonych ubraniach. Nie jest powiedziane, że to, czego pragniesz, otrzymasz od razu, ale na pewno przytrafią Ci się okazje, które pomogą w osiągnięciu celu. Na przykład świetna, dobrze płatna praca. Myślę, że to wyczujesz. Tak samo jest z pokonywaniem swoich słabości i ulepszaniem własnego ja. Myśl o sobie pozytywnie i wizualizuj sobie siebie tak, jakbyś chciał siebie widzieć. Warto też prowadzić notes, do którego można wklejać zdjęcia, wycinki z gazet, wpisywać afirmacje itd.. Dobrze jest też pisać o pewnych rzeczach jak o czymś, co jest – na tej samej zasadzie co wizualizacja. Taki zeszyt ma np. Ania, taki zeszyt mam i ja. Ma go mnóstwo ludzi. Szczerze Wam powiem, że tak też działają zwykłe, najzwyczajniejsze chciejlisty. Nawet na banalnym Pintereście. I przede wszystkim myśli. To siedzi w Waszej głowie.

Gdy mówię Wam o tym, przypomina mi się pewna sytuacja. Kilka lat temu powiedziałam lubemu podczas wakacji, że chciałabym pomieszkać nad morzem przez pewien czas. Powiedziałam, że nie na stałe, bo boję się silnych sztormów, które mogłyby nam zagrozić. Żebyście widziały mój wyraz twarzy, gdy kilka lat później stojąc nad brzegiem morza, przypomniałam sobie te słowa. To, czego chciałam, naprawdę się spełniło! Mieszkałam tam, rankiem budziły mnie mewy i zapach morza a do plaży miałam dwa kroki. To była chwila, w której byłam najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi :)

A to tylko jeden z przykładów. Sporo ich jest. Wśród znajomych też obserwuję tendencję do spełniania się wizualizowanych marzeń. Niektóre naprawdę mają powera i są wielkie:) A wśród tych ludzi po prostu pojawia się multum okazji do spełnienia własnych pragnień!
Gdybym mogła jednak Was przed czymś ustrzec – złe rzeczy również można łatwo zwizualizować, dlatego nie pozwólcie sobie na to, by opanowały Wasze myśli i podkopały Wasze samopoczucie. Zła energia wraca tak samo, jak ta dobra.

Jak dla mnie dusza jest energią. I nasze myśli to energia. A z energii składa się wszechświat. To, co wysyłamy i czym emanujemy, wraca do nas jak bumerang. Wierzę w to bardzo, bardzo mocno! To jest proste, logiczne i jeśli podumacie nad tym, odrzucając argument „BO NIE”, to na pewno to ogarniecie. Jeśli wierzycie w Boga, to powiedzcie mi, czy czujecie energię siły wyższej? Bo ja czuję. I dla mnie to jest dokładnie to samo, tylko by to dostrzec, wystarczy jeszcze bardziej otworzyć umysł.

Podsumowując - uwierz w coś, a to do Ciebie przyjdzie. Nawet szybciej niż myślałeś. Ale przede wszystkim bądź dobry dla siebie i dla innych, a to zaprocentuje!

Farbowanie włosów Nutellą. HIT czy KIT a może świetna maska do włosów?

27 stycznia 2017

Czekoladowa maska do włosów. 
Nie byłabym sobą, gdybym nie zrobiła czegoś dziwnego i szalonego z włosami, co może poprawić ich wygląd. Szczególnie jeśli taki sposób pojawi się w internecie i jest kuszący. Oczywiście nie poleciałabym w skrajność i nie nałożyłabym czegoś niepożądanego na włosy, ale Nutella to nic takiego i choć pomysł budzi zdziwienie, to nie jest straszny. Choć Nutella to pikuś i taki sposób wykorzystania jej jest zadziwiający, to powiedzcie mi szczerze - kto by tam chciał marnować Nutellę do takich celów? :D
Są tacy ludzie, wierzcie mi. Np. ja. Kanapkę z tym kremem mogę zjeść raz na pół roku, po czym słoik z nim może leżeć i czekać na cud. Z racji tego, że zobaczyłam na insta super sposób na kolor i stan włosów, stwierdziłam, że fajnie byłoby spróbować, choć to dziwne i myślałam, że jednak coś wyjdzie.
Prawda jest taka, że kolorystycznego EFEKTU WOW nie ma, a dlaczego? O tym przeczytacie niżej.


Pewnie wiele z Was nadziało się na haczyk. Ten filmik to niezła wędka, co nie? O tym, że Nutella ma w sobie więcej cukru, niż dobrych rzeczy, wie każdy. Ale kolor włosów, jaki uzyskała ta dziewczyna dzięki nałożeniu przez fryzjera mikstury na włosy, jest kuszący. Stwierdziłam, raz kozie ja. Kto wie, jak to wyjdzie. I tak bym Nutelli potem nie tknęła, ale z włosami spróbować można.


Do dwóch łyżek Nutelli powoli dodawałam mleko skondensowane, aż całość osiągnęła lejącą, kremową konsystencję. Mikstura okazała się jednak zbyt „tępa” przy rozprowadzeniu na włosach, więc musiałam rozcieńczyć ją wodą. Po nałożeniu jej na włosy owinęłam je folią spożywczą i ręcznikiem. Taki kokon ogrzewałam później suszarką, żeby wzmocnić działanie maski. Po mniej więcej godzinie spłukałam miksturę z włosów i umyłam je szamponem Jantar. Spryskałam je odżywką i zostawiłam do wysuszenia.
Gdy wyschły, spojrzałam w lustro i zastanowiłam się, co się zmieniło???


Przede wszystkim mikstura zachowała się jak genialna maska nawilżająco odżywcza. Nie ma się czemu dziwić, skoro taka mieszanka to głównie tłuszcze i humekant w postaci cukru. Końcówki były pięknie wygładzone (oprócz tych najbardziej niesfornych), włosy zrobiły się miękkie, przyjemne w dotyku i takie… mięsiste! Na dodatek po raz pierwszy od dawna, nie były tak suche po wysuszeniu. Oczywiście z upływem godzin ich wygląd poprawiał się jak zwykle, ale to, że od razu były takie miłe, nieźle mnie zaskoczyło. Jeśli chodzi o kolor, to nie było już tak kolorowo. Nie osiągnęłam TAKIEGO EFEKTU jak na instagramowym filmiku, ale da się zauważyć, że kolor MINIMALNIE się ochłodził. Mimo to, jeśli chodzi o koloryzację, to EFEKTU WOW jak na filmiku, nie ma. Pomimo jego braku, bardzo zadowoliło mnie działanie pielęgnacyjne. Chętnie powtórzę taki zabieg, bo wychodzi taniej, ale mam w domu łasuchy i moja maska prędzej zostałaby zjedzona, więc lepiej będzie, jak zainwestuję w coś innego, np. WAX :)


Szczerze Wam powiem, że zdziwiło mnie to, że po chemicznej Nutelli nie miałam takiego efektu kolorystycznego jak przy korzeniu rzewienia. Spodziewałam się, że Nutella naprawdę da czadu, bo ma mniej wspólnego z naturą niż rzewień, no ale cóż… Zdziwiłam się.
Btw. post o rozjaśnianiu włosów korzeniem rzewienia, jest najpopularniejszym wpisem na blogu i cały czas jest odwiedzany. Jestem pod wrażeniem i cieszę się, że zebrał tak dużo odsłon i że tak wiele osób spróbowało tego sposobu.


Podsumowując działanie Nutellowej mikstury – maska wychodzi tanio i fajnie działa na włosy, ale nie zmienia ich koloru, więc farby do włosów z tego nie będzie. Choć to nie jest farbowanie włosów Nutellą, to nie oznacza, że nie warto raz przetestować i spróbować nawet dla ich nawilżenia :) Ściskam!


Must haves w tropikalnych kolorach, ciekawy sposób na kolor włosów który zamierzam wykorzystać i LINKI MIESIĄCA

25 stycznia 2017


Mistrzem Photoshopa nigdy nie zostanę, ale czasami uciekam do różnych środków, gdy w grę wchodzi ratowanie zdjęcia. Wyjściowe to to nie jest i trochę mam z tego bekę, ale w kawałeczku wiąże się z tematem wpisu. No i kosmos jest taki śliczny.

Przechodząc do sedna… Obietnice nigdy nie są dobre.
Obiecałam Wam, że wpis pojawi się tego i tego dnia, i co?
Nawaliłam. Kompletnie.

Raz – moje samopoczucie, dwa – nie jestem w stanie pracować na cudzym komputerze. To po prostu niewygodne. Ale pies z tym, mam dla Was dzisiaj mega fajne linki, więc na pewno będziecie mieć co oglądać i czytać, a na końcu czeka na Was mały kolaż z ciuchowymi must have.

http://www.wegujemy.pl/

Dieta
Choć wieprzowiny nie jadłam od miesięcy i drobiu raczej unikam (ze względu na woń, choć rosołem nie pogardzę, bo trwa w najlepsze okres przeziębień), to z ryb i wołowiny nie rezygnuję. Z wołowiny głównie dlatego, że jestem typem anemicznym i do tego tak dziwnym, że ciężko przyswajam żelazo z roślin i tabletek. Po zjedzeniu steka czuję się tak, jakby zalała mnie fala sił witalnych. Co do tego ma blog Wegujemy? Po prostu – ze względu na ograniczenie mięsa interesują mnie jego roślinne alternatywy i szukam ciekawych przepisów. Blog Wegujemy to strona mojej znajomej ze szkoły. Tak jak nie przeglądam innych wegańskich blogów, tak Wegujemy przeglądam bardzo często, i tak samo wracam do starszych przepisów.
Bardzo podoba mi się ten blog. Ma coś w sobie, zdjęcia są apetyczne, a przepisy to istna bomba.

Boczniaki à la śledzie? No problem.
Wegańska ryba po grecku? Prościzna.
Wędzony łosoś z marchewki?
Domowe tofu??
Tofucznica???
Jagielnik????
Kombucha?????
Domowy wegański kefir??????

Chryszte (!) Panie, idzie zwariować, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu :D Justyna, koniecznie zamieszczaj częściej przepisy na blogu! :)


https://www.facebook.com/zyciestewardessy/

LIFESTYLE I POMOC
Jeśli miałabym wymienić jedną z najwspanialszych duszyczek na świecie, to będzie to Olga Kuczyńska prowadząca fejsbukowego bloga Życie Stewardessy. Kojarzycie ją? To prześliczna stewardessa arabskich linii lotniczych. Zachwycam się nią nie tylko ze względu na cudowny uśmiech, pozytywną energię i pasję, jaką jest latanie… Olga jest po prostu niesamowita :) Dzięki niej i fanom, którzy wsparli wspaniałą akcję, pewna hinduska dziewczyna ma szansę na lepsze życie dzięki możliwości nauki. Pooja jest niesamowitą dziewczyną o cudownych niebieskich oczach, żyje w slumsach i cierpi na zespół Waardenburga, przez co nie mówi i nie słyszy. Tacy ludzie często nie mają szansy na to, by wyjść ze slamsów, więc pomoc ze strony Olgi daje jej nadzieję na lepszą przyszłość i co najważniejsze, szczęście! Jeśli chcecie poznać Olgę i historię Pooji, to koniecznie zajrzyjcie na blog, instagram oraz na stronę Pomagam, gdzie można wpłacać datki na pomoc dla Pooji. Ja niedługo dam coś od siebie i nie mogę się tego doczekać :D


Londyn
Ach ten Londyn! Jeszcze półtora roku temu zarzekałam się, że nie ma się czym zachwycać i czego odwiedzać. Po totalnej zmianie mówię, że chcę tam polecieć i to jak cholera! Zachwycam się zdjęciami na insta z Oxford Street, Belgravii, Nothing Hill... Marzę o tym, by zobaczyć Pałac Buckhingham, pójść na zakupy do Lusha i Primarka, zjeść coś w Peggy Porshen Cakes, zwiedzić Warner Bros. Studio (dla fanów HP) i przejechać się czerwonym, piętrowym autobusem… :) Cudowne zdjęcia i filmy z Londynu potęgują siłę moich marzeń, więc kto wie…:) Jeśli jesteście ciekawi co mnie tak pozytywnie nastraja to koniecznie zobaczcie vlog Igi Wysockiej.


Bogowie przybyli z Syriusza
Jeśli interesują Was zagadki wszechświata, to z pewnością nie przejdziecie obojętnie obok tematu, skąd wzięli się ludzie, i czy Bóg, w którego wierzą ludzie, nie jest przypadkiem przybyszem z gwiazd, który przybył na ziemię tysiące lat temu. Nie bez powodu Piramidy w Egipcie otoczone są kręgiem tajemnic, nie bez powodu miłośnicy tajemnic interesują się rejonem Cydonii na Marsie, i dalej idąc, NIE BEZ POWODU plemię Dogonów z Afryki, ma bardzo dużą wiedzę w temacie sfer niebieskich. Zadziwiające jest to, że to, co odkryli ludzie całkiem niedawno, oni wiedzą od setek lat. I co więcej – mają sporą wiedzę o gwiazdozbiorze Syriusza i gwiazdach, jakie tam się znajdują. Jeśli jesteście ciekawi, to koniecznie wejdźcie TUTAJ i poczytajcie.

 Przepowiednie…
… Czyli coś, co obecnie bardziej przeraża, aniżeli fascynuje. Mowa oczywiście o przepowiedniach na ten rok, które wręcz doprowadzają do masakrycznego strachu. Są bardzo ciekawe i sporo rzeczy faktycznie zgadza się z rzeczywistością, ale każdy musi sobie wyrobić swoje zdanie na ten temat. Jeśli chcecie poznać je tak w skrócie, to ich zbiór znajdziecie TUTAJ.



Dziwactwa ze świata włosomaniactwa
Ledwo zaczęłam, a już mi się zrymowało :) Tak czy inaczej, dzisiaj (najpóźniej jutro!) zamierzam przeprowadzić na sobie ten eksperyment i opowiedzieć Wam co naprawdę wyszło, czy przyjemnym efektem ubocznym „farbowania” są miękkie i miłe w dotyku włosy czy fajny kolor, a może i to, i to? :) Nutella i mleko skondensowane już czekają, więc wkrótce przygotuję dla Was wpis z włosowej serii. Btw. Jeszcze się miesiąc nie skończył, a kilka dni temu mierzyłam długość włosów i ich długość już wynosi 43 cm :D


kurtka TUTAJ
basicowe t-shirty H&M i Mango
portfele i torebka Paulina Schaedel
spodnie bezmarkowe
czapka bejsbolówka TUTAJ
szminka MAC

A na koniec moja wishlista wiosenna. W tym roku inspiruje mnie motyw tropikalny, więc poluję na rzeczy z tym printem i w kolorach bezpośrednio oddających charakter tropikalnej dżungli. Mimo wszystko jest w tym sporo prostoty, więc jest totalnie w moim stylu!

Muszę przygotować kolejne wpisy i zająć się domem więc śmigam i mam nadzieję, że odwiedziliście linki które przygotowałam dla Was. Ściskam!

Mężczyźni wcale nie są tacy źli!

21 stycznia 2017


W środkach masowego przekazu cały czas to samo jak niekończący się papier toaletowy albo wódka niedopitka. Seksowna agentka wybijająca facetów niczym terminator. Super mamuśka, która nie potrzebuje, by stary robił jej śniadanka czy przewijał płaczące niemowlę. Wściekła żona okładająca męża w sklepie. A nawet 6 latka trzymająca władzę na podwórku. A w tym wszystkim jeden mianownik – słaby chłopczyk, bo mężczyzną go nazwać nie można, ciota, ciamajda i smark, któremu trzeba podcierać tyłek, bo sam sobie nie poradzi. Mogłabym dalej wymieniać różne określenia, ale mi się nie chce.

Coś jest nie tak. Domyślacie się już co?
Podświadomy przekaz, którego normalnie nie wyłapie nikt. Ja go wyłapałam, ale późno, przez co musiałam dochodzić do niektórych rzeczy sama.
Choć w domu rodzinnym obserwowałam współpracę moich rodziców we wszystkim, to przykłady obserwowane dookoła mogłabym mnożyć na potęgę. Widok kobiet samotnie wychowujących dzieci był nieprzyjemny. Nigdy nie rozumiałam tego, dlaczego niektóre dzieci nie miały taty. Nigdy nie rozumiałam samotnie żyjącej sąsiadki, która pomimo wielu lat na karku nie miała męża. Nie rozumiałam dziewczyny z klasy, która rządziła całą bandą. Nie rozumiałam kobiet, które mówiły mi, że facet to nic niewarte zero, w zasadzie, po co mi facet? Nie rozumiałam ich wszystkich do momentu, w którym odkryłam, że niańczyłam swojego pierwszego chłopaka. Niańczyłam jak dzieciaka, który nie może sam sobie zrobić jedzenia. Nie pozwalałam odprowadzać siebie do domu, gdy robiło się ciemno, bo przecież było niebezpiecznie. To ja się troszczyłam o niego, bo w moich oczach był słaby. Oczywiście nie przeczę – on był słaby, bo tak został wychowany, ale moje podejście wcale nie było lepsze.
Prawda jest taka, że to, co zobaczyłam, nauczyło mnie, że faceci są miernotami i nie mogę na nich liczyć. Oczywiście z wyjątkiem taty, który zawsze był dla mnie supermenem. Reszta mogła się schować. Jak dla mnie to mogli czyścić kible. Dorastałam w otoczeniu, w którym gardzenie mężczyznami było na porządku dziennym. A role super bohaterek uwielbiałam. Lecz co za dużo, to nie zdrowo. Zaczęło mnie to męczyć.

Pewnego dnia zobaczyłam, że to nie ja muszę dbać o mężczyznę, tylko to on dba o mnie. Byłam tak dobrze przygotowana na to, że jako kobieta będę musiała polegać jedynie na sobie, że moje zdziwienie przybrało kolosalny rozmiar. Dziwiło mnie wyręczanie w niektórych rzeczach i stawianie mi obiadu. Z biegiem czasu były to poważniejsze rzeczy, a ja wrzucałam na luz. Widziałam, że on został po prostu dobrze wychowany i za punkt honoru stawia sobie, by jego kobieta nie miała na głowie tylu rzeczy, by nie musiała się wszystkim przejmować. Każdy ma swoje sprawy i obowiązki, ale najlepsze jest to, że można dzielić je razem, po partnersku. Można sobie zaufać i na sobie polegać.

Wtedy przyszła mi do głowy myśl.
Może oni faktycznie nie są tacy źli, a ten przykład wziął się z otoczenia, w którym żyłam?

To raczej oczywiste, ale ciężko mnie zmanipulować. Nie ulegam wpływom, a nawet się przed nimi bronię. Ale przez obserwacje przyjęłam postawę obronną. Ten przekaz płynął do mnie z zewnątrz. I nie tylko do mnie. Jest nas więcej.

Trzeba przyznać, że faktycznie na świecie jest sporo słabiaków. Niedojrzałych Piotrusiów Panów. Wiek nie gra roli. Poniekąd to wina mediów, a poniekąd nasza. Media rzucają pachnący kąsek, a my dajemy się sterować niepotrzebnym informacjom i sugestiom, jesteśmy pobudzane przez różne bodźce. Odnoszę nawet wrażenie, że niewinne scenariusze podsuwają to, że mężczyźni są nam zbędni, że czasem można zaprosić ich na seks, ale do życia się nie nadają. Nie ujmuję oczywiście serialowi „Sex and The City” *, bo uwielbiam go za cztery fajne laski… Do tego dochodzą przykłady z otoczenia. Jestem pewna tego, że nie jedna z Was widziała gościa, któremu mama podkłada kanapki pod buzię, a ojciec nie robi nic, bo mama i tak zrobi lepiej. Ojciec nie kiwnie palcem, bo nie musi, nie ma chęci, bo i tak zostanie oddelegowany z kwitkiem. Spotykając takiego syneczka, nie wymagamy, bo z miłości możemy zrobić wiele. Oczywiście z fajnego faceta również można zrobić niedołęgę więc…

Zamiast rzucać zaufanie w kąt i stawiać siebie w roli super woman, może zacznijmy wymagać siły i wytrzymałości od tych, których faktycznie powinna ona cechować?

Jestem kobietą. Mam swoje zajęcia, wychowuję dziecko i zajmuję się domem. Godzę to ze sobą, niejednokrotnie zarywając noce. Mimo to zdaję sobie sprawę, że fizycznie nie dam rady ogarnąć wszystkiego sama. Więc wymagam.
Wymagam pomocy i wsparcia, wymagam partnerskiego traktowania. Uważam, że będąc w związku, powinnam móc liczyć na mojego mężczyznę i wiem, że gdyby coś się stało, to mogę liczyć na to, że nie zostanę na lodzie. Mało tego – jestem tego pewna!
A przecież mogłoby być inaczej, gdybym traktowała go jak niedorajdę, prawda? Nic by nie robił, bo nie musiałby, nie rodziłby ze mną, bo dałabym sobie sama radę, nie opiekowałby się dzieckiem, bo zrobię wszystko sama i… Krew mnie zalewa jak tylko sobie o czymś takim pomyślę, bo prawda jest taka, że gdyby nie on, to umarłabym z przemęczenia. Muszę Wam zdradzić, że w ciągu pierwszych dwóch lat po narodzinach Julki kilka razy przyłapałam się na opierdzielaniu lubego z powodu zmęczenia. Byłam w takim stanie, że czasem nie myślałam logicznie. Oboje odwalaliśmy niezłą robotę i byliśmy zarobieni po uszy, z tym że… Zapominałam, że on pracuje cały czas na nogach w restauracyjnej kuchni, w hałasie i wysokiej temperaturze, po 12 godzin dziennie. Tak jak ja, tylko w innej roli. Też byłam po 12 godzin na nogach w hałasie, nie miałam czasu nic zjeść, było mi gorąco i byłam na każde zawołanie. Ze zmęczenia jednak zapominałam, że nie jestem sama, a co gorsza stawiałam siebie w świetle kogoś, kto odwala pierdyliard rzeczy więcej, więc jest silniejszy i wytrzymalszy. Nie wątpię w to, że matki naprawdę są silne i wytrzymałe, ale na miłość boską, nie zapominajmy o tym, że obok jest druga osoba, która siłą rzeczy może nam pomóc :))

Fajnie jest być kobietą, mieć swoją wrażliwość i delikatność. Dobrze jest na kimś polegać i mu ufać. Rozsądnie jest mieć własne oszczędności i silną psychikę na jakby co.
A jeszcze lepiej jest mieć zdolność samodzielnego myślenia i nie ulegać presji innych ludzi i cudzych sytuacji. Gdybym ulegała wpływom, to nie pozwoliłabym ukochanemu na działanie. A presja i rzucane przykłady cóż mówić więcej – budzą we mnie wstręt i mogę przyjąć postawę obronną, ale manipulacji nie ulegnę. Spróbujcie pobyć bez zewnętrznego przekazu i przyjrzyjcie się Waszym partnerom. Sprawdźcie ich same, w końcu to Wy decydujecie, z kim będziecie żyć. Pozwólcie im na to by o Was dbali i dajcie im kredyt zaufania.
Nawet Carrie zaufała mężczyźnie i pozwoliła o siebie dbać.*
Może media nie są skazane na porażkę.

Senność, moje ciasta, trudny wybór nowego telefonu i wielka radość, czyli STYCZNIOWY DWUTYGODNIK

17 stycznia 2017


W rok 2017 rok weszłam z cudownym, pozytywnym nastawieniem, a boom energetyczny, jaki mi dopisał był tak ogromny, że ruszyłam z kopyta z od razu i ten stan utrzymał się, ALE psychicznie. Fizycznie jestem zmęczona, choć mam ochotę zrobić wiele. Z tego też powodu pierwsze dwa tygodnie stycznia (plus jeden dzień!) były jednak spokojne i mogłam cieszyć się zewnętrzną ciszą oraz wsłuchać się we własne wnętrze. Oczywiście powiem szczerze, że z mniejszym skutkiem, bo tak duża ilość energii trochę w tym przeszkadza i zaburza odbieranie jakichkolwiek myśli płynących ze środka. Całe szczęście, że wewnętrzne „to coś” działa i dzięki temu nie straciłam orientacji, a słuchanie intuicji było bezproblemowe. Kto zna swoje wnętrze i umie odczytywać intuicję, wie, o co chodzi ;) A teraz zapraszam do przeczytania dwutygodnika, przy którym narobiłam się, jak nie wiem co. Love!

Nie wiem jak Wy, ale ja zauważyłam OGROMNĄ SENNOŚĆ podczas mrozów. Poważnie. Ogólnie, gdy zrobiło się bardzo zimno, to nie było dnia, podczas którego nie chciało mi się spać. Rano nie chciało mi się wstawać, wieczorem... I tu jest myk. Bo chciało mi się spać, ale nie mogłam zasnąć. Wiecie, jak to wygląda, wstajecie około 7 czy 8 i zabieracie się do tego, co macie zrobić. Kładziecie się między 23 a północą i NIC. Nie mogłam zasnąć, nie pomagały żadne metody, nawet słuchanie muzyki, które zazwyczaj mnie usypia. Ale rano wstawałam bez problemu. Okej.
Fizycznie mnie to zmęczyło i doprowadziło do tego, że moja cera zrobiła się ziemista i straciła nieco na jędrności. Na dodatek pomimo pozytywnego nastawienia i masy energii, fizycznie nie chciało mi się nic robić i zmuszałam się do robienia wielu prozaicznych rzeczy. Odnoszę wrażenie, że pomijając szarość za oknem, to niskie temperatury obniżają moją efektywność na dłuższą metę. Mam nadzieję, że jak temperatura trochę podskoczy, to będzie mi się łatwiej usypiało, a rano bez problemu wyjdę z łóżka.
A jedynym problemem ze wstaniem będzie to, że po prostu będzie mi zimno i zanim wyjdę z centrum relaksu, owinę się kocykiem. Jestę ciepłolubę.


zimowy czas - zima może być fajna!

Jeśli chodzi o branie suplementów, to kilka razy pominęłam CP. Często przez zapominalstwo i brak koncentracji. Jantar za to wcieram, bo bardzo zależy mi na przyroście.

Czas wykorzystywałam również na ćwiczenia z pozytywnego myślenia i wdzięczności. Często sobie powtarzałam, za co jestem wdzięczna i co jak co, ale jest to jeden z najprostszych sposobów do wprawienia się w dobry nastrój. Zaczęłam również okazywać moją radość i wykorzystywać do tego więcej ekspresji, która wcześniej cechowała wyrażanie mojego niezadowolenia. Moi znajomi z pewnością wiedzą, o czym mówię (hehehe:D), ale Wam też powiem - sprawa ma się tak, że gdy mówię o czymś, co mnie wkurza, to ilość energii, jaką poświęcam na wyrażenie tego, jest ogromna. To właśnie w tym tkwi cały myk, jestem ekspresywna nie wtedy, kiedy trzeba. Oczywiście wiem, że to w sumie dobre, bo pozbywam się nadmiaru gniewu, jednak powiedzmy sobie szczerze - czy nie lepsze będzie wykorzystanie tej energii do prawienia o czymś, co mnie cieszy? Zwłaszcza że ja po prostu KOCHAM ŻYCIE i cieszy mnie ono mimo wszystko :)))


ulubiona kawa i trufle domowej roboty / uśmiech / ulubieńcy kosmetyczni / inspo z pinteresta


Poza tym wkręciłam się w słodkości. Już dawno dostałam kopa, że mam to zrobić, ale dopiero niedawno naprawdę mogłam zacząć. Jedyne co mi przeszkadza to oczekiwanie na miliony monet, które chcę zainwestować w pudełka, podkładki, barwniki, akcesoria do mas plastycznych i tak dalej, i tak dalej.
Btw. Na razie pozostanę przy tortach klasycznych, z kremami. Masa cukrowa mnie przeraża :D


Wybór nowego telefonu zapoczątkował finisz pierwszych dwóch tygodni stycznia. Wybór był spowodowany kilkoma czynnikami, jednak najważniejsze z nich to potrzeba posiadania lepszego aparatu w telefonie i systemu, który się nie zacina. Od 1,5 roku używam Huawei Ascend g520s i o ile na początku było super, to po dłuższym czasie użytkowanie tego telefonu stało się uciążliwe. Prawda jest taka, że głównie chodzi o aparat. Zależy mi na tym, by zdjęcia były dokładne (jak na telefon) oraz na tym by były jasne (również jak na telefon), a to jest mi trudno osiągnąć nie tylko przez pogodę, ale i to, że w mieszkaniu wszystkie ściany są szare. No i widzę różnicę w jakości zdjęć, widząc, jak wspaniałe zdjęcia można robić telefonami, które pojawiają się od niedawna (i nie tylko) na rynku. Kiedyś moje 8mpx było spoko, teraz oczekuję czegoś więcej. Idąc dalej - system. Android po jakimś czasie zaczyna szaleć. Obecnie często zdarza się sytuacja, że wywala mi aplikacje, zacina się messenger, a snapa w ogóle nie używam i to w sumie nie dlatego, że mi się nie chce, ale ta aplikacja po prostu nie chodzi mi na telefonie. Ilekroć próbowałam coś obejrzeć, to nie dało rady. Jestem wymagająca, jeśli chodzi o social media, dlatego stwierdziłam, że zainwestuję w nowy model, a Huaweia odstąpię mojemu ukochanemu, którego nie interesują social media, nie wymaga tego, by aparat był cool i jedyne, z czego korzysta to Youtube oraz poczta meilowa. Oczywiście nie będę świnią (:D) i zainstaluję mu aplikację Aparat, bo patrząc na Huaweiowy aparat pod kątem telefonów obecnych na rynku, to mój sprzęt jest żałosny :D I tu przejdę dalej - do wyboru potencjalnego modelu telefonu, czyli co mi się podoba i czego się obawiam. W dokonaniu tego wyboru pomogli mi moi przyjaciele oraz obserwatorzy na instagramie. Oczywiście jeszcze go nie dokonałam, ale mam czterech kandydatów.


1. Honor 8, czyli podmarka Huaweia. W pierwszej kolejności biorę pod uwagę jakość zdjęć. W tym pomogły mi zdjęcia wykonane tym telefonem (można sobie zobaczyć w internecie) i powiem Wam, że jakość wygląda na, cóż mówić... perfekcyjną, mówiąc zarówno o zdjęciach z aparatu głównego, jak i frontowego. Jestem zachwycona, bo są naprawdę dokładne i szczegółowe a kolory powalają. Drugą sprawą jest design - prosty, minimalistyczny, luksusowy. Szalenie mi się podoba. Jakie widzę wady? Smartfon jest po prostu duży, większy od mojego obecnego telefonu. Wiem, że nie dam rady nim operować jedną ręką, a co idzie dalej, boję się, że go rozwalę, bo... obie strony pokrywa szkło i co idzie za tym jest śliski, a ja mam po prostu specyficznego farta i rozwalam takie rzeczy :D I wiecie co jeszcze? Android. Wszystko fajnie, ale gorzej, jak zacznie mi siadać :/

2. iPhone SE, czyli model o rozmiarach i wyglądzie iP5s i środku 6s. Aparat główny ma taki sam jak 6s, a z tego, co widzę, iPhony robią fajne fotki, ale kamera frontowa mogłaby być lepsza. Cechuje ją 1,2 mpx. Nawet mój Huawei ma 2mpx, więc hmm, bez jaj. Poza tym jestem ciekawa systemu od Apple. Nigdy nie miałam nic, co wyprodukowała ta marka i bardzo mnie ciekawi, jaki jest iPhone i czy iOS faktycznie jest tak prosty i płynny. W sumie to, że jest płynny wiem (moje lepkie rączki na spotkaniach zbadają każdy fajny telefon;D), a o reszcie chciałabym się przekonać. Idąc dalej, ten iPhone jest mały, bo ma nieco ponad 12 cm wysokości (mój Huawei ma 14 z małym haczykiem), i po prostu śliczny.

3. Samsung Galaxy S6 ma świetny aparat, bo w sumie co tu mówić więcej, wszystkie Samsungi takie mają :D Zbadane, obcykane. Ma jeden z najlepszych ekranów na rynku, ale cóż, to Samsung. Spodziewałam się tego, bo czego można się spodziewać po wyświetlaczu Super Amoled? Tak BTW, iPhone 8 ma taki mieć. Nie zdradza skąd, ale tego można się domyślić. Łapiecie?:D
Aparat i wyświetlacz - okej. To połączenie zwiastuje piękne, nasycone kolorami zdjęcia. Lepiej być nie może. Tylko co, jeśli telefon jest po prostu ogromny? Ma wymiary mojego Huaweia, więc będzie mi trudno operować jedną ręką. Na dodatek aparat wystaje i boję się, że najzwyczajniej w świecie go porysuję. A jeśli go porysuję, to zdjęcia będą się nadawały do kosza, a pieniądze okażą się wywalonymi w błoto.

4. Huawei P9 Lite, czyli jeden z moich pierwszych (i teraz) ostatnich wyborów. Huawei jest spoko. Naprawdę jest spoko. Ale nie byłabym sobą, gdybym nie przeszukała internetu pod kątem zdjęć wykonanych tym telefonem i wiecie co? Przejrzałam sieć, przejrzałam instagram i mam wrażenie, że Huawei tworzy telefony z aparatami na jedną manierę - zdjęcia nie łapią szczegółów. Są jak obraz namalowany akwarelami i po powiększeniu (a nawet bez niego) nie jestem w stanie dostrzec szczegółów. Elementy zlewają się ze sobą i gdybym chciała dostrzec liść, nie dostrzegę tego. Rejestracje samochodowe? Mogę pomarzyć. Zdjęcia ratuje dobre światło i robienie fotek instagramem. Serio laski, jeśli macie Huaweia, róbcie zdjęcia instagramem. Będzie żyleta.
Idąc dalej, wadą jest wielkość. Czasem zastanawiam się, dla kogo marki robią telefony, bo na pewno nie dla takich krasnoludków jak ja.

Wybór jest bardzo trudny, bo każdy z telefonów ma ogromne zalety, które chwyciły moje serce i wady, które napawają niepewnością. Ostatecznie wszystko przesądzi wyjście do Saturna i do iSpota w celu zobaczenia tych telefonów na żywo. Sprzęt raczej zakupię na Allegro, bo dostanę go taniej, a zakupy w internecie są przyjemniejsze.



Dwa tygodnie stycznia (i jeden dzień dłużej) zakończył cudowny, 25 finał WOŚP, który nakręcił mnie niesamowicie pozytywnie. Jestem bardzo szczęśliwa, że orkiestra zebrała tak ogromną sumę pomimo przeciwności losu i hejtów, a działo się naprawdę wiele. Mówi się o przeszłości Jurka Owsiaka... I prawdę mówiąc, mam to w dupie. Naprawdę. I tak jak pisałam na instagramie, nie obrażę się, jeśli Pan Owsiak zarobi coś na pracy w fundacji. Od 25 lat działa tak mocno z fundacją, że należy mu się to jak psu karma. Prowadzenie fundacji wymaga ciężkiej pracy i poświęcania się. Ten człowiek ma 63 lata i działa z taką werwą od tylu lat w pięknym celu... Aż rzucono mu kłody pod nogi.
Znacie ten cytat?

Najpierw cię ignorują. Potem śmieją się z ciebie. Później z tobą walczą. Później wygrywasz. – Mahatma Gandhi.

Jakie to prawdziwe.
Widząc jakie numery robią WOŚPowi dotychczasowi partnerzy, postanowiłam, że wesprę fundację jeszcze bardziej i wrzucę do puszki dwa razy więcej niż w ubiegłym roku. My obywatele dorzucamy się do zbiórki, bo to pieniądze na sprzęt dla naszych pociech i rodziców. Mieliście kiedyś do czynienia ze sprzętem zakupionym przez WOŚP? Bo ja tak, będę za to wdzięczna zawsze. Ciekawa jestem, czy w szpitalach mielibyśmy taki sprzęt, gdyby nie było Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. I wiecie co? Wątpię. Dlatego powtórzę - jestem bardzo szczęśliwa, że Orkiestra zebrała taką kupę kasy dla dzieciaków i seniorów, a tym samym dla nas - przecież chcemy, żeby nasi najbliżsi otrzymali w razie czego dobrą pomoc :) Tak dobre cele będę wspierać zawsze. Do końca świata i jeden dzień dłużej! :D

Ściskam!



jedno ze wspólnie znalezionych ostatnio miejsc / herbata we dwoje :)) / mój planner / natura jest piękna :))

Tort leśny dla miłośnika lasu - mojego taty

13 stycznia 2017


Praca wre, a ja ćwiczę coraz więcej. Oczywiście nie bez powodu, bo jest teraz sporo okazji! Urodziny mojego taty, walentynki, dzień kobiet, i tak dalej, i tak dalej... Wiem, że muszę się dużo uczyć i choć nie działam tak książkowo, jak Hermiona Granger, to przyjemnie jest widzieć, jak trening umiejętności przynosi coraz lepsze efekty. Przez te wszystkie lata piekłam sobie, ile wlezie. Szarlotki, serniki i bezy były na porządku dziennym, a od czasu do czasu zmajstrowałam jakiś tort. Wszyscy mi mówili - idź dalej, ale ja nie czułam się na to gotowa. Nie czułam się też gotowa na to, by dzielić się z ludźmi każdym moim wypiekiem. Oczywiście mam tu na myśli zdjęcia, bo jeśli chodzi o ciasta, to bez wątpienia mogę powiedzieć, że miał kto je jeść ;) Do tego nie czułam gotowości. Po prostu nie czułam się pewnie i uważałam, że to nie jest jeszcze TO. Ale dzięki motywacji wspaniałych ludzi działam i myślę, że nadszedł moment, w którym robię coś, co lubię na takim poziomie, że mogę się tym pochwalić bez skrępowania :))
Dziś na tablicy tort urodzinowy dla mojego taty. Siedziałam nad nim (łącznie ze wszystkim) około 8-9 godzin, a pomysł powstał w zasadzie przed początkiem ozdabiania. Początkowo górę tortu miała zdobić tylko czekolada i zielony biszkopt (mech) oraz grzyby z masy plastycznej. Pomysł uległ transformacji, gdy zobaczyłam, ile wyszło mi ciemnobrązowej oraz białej masy marshmallow. Pomyślałam - może by zrobić koronę i schować w niej grzyby oraz mech? W końcu człowiek, który non stop chodzi po lesie, jest jego królem :)) BINGO! Do tego ulepiłam małe pniaki, żółte, niejadalne grzyby, które zawsze na nich rosną i całość ozdobiłam perełkami.

Bez szczegółowego przepisu, z czego składa się całość?
• biszkopt kakaowy
• krem oreo
• frużelina malinowa
• czekolada
• zielony biszkopt
• elementy z masy plastycznej
• ozdobne perełki

Tortu będziemy próbować jutro... Jeśli światło dopisze, to z pewnością zaktualizuję wpis i pokażę, jak wygląda w środku. Co sądzicie o całości? :)


Mój kolejny eksperyment, czyli domowy tort w 100% czekoladowy, z masą z pianek marshmallow

9 stycznia 2017

Widzieliście przepis na moje czekoladowe trufelki? Szał na nie nie minął. Jest zimno, Euroster pokazał nam faka (nigdy nie ufajcie elektronice!) i nie włącza kaloryferów, a my delektujemy się gorącą herbatą i słodyczami. Ostatnio nawet nie sypiam nocami, bo całkowite zakończenie karmienia totalnie wytrąciło mnie z rytmu, więc do głowy wpadają różne, ciekawe pomysły. Pomyślałam - czemu by nie wykorzystać przepisu na trufle do czekoladowego torciku? Taka opcja wymagałaby zmodyfikowania ilości składników w kremie, ale ostateczna wizja rysowała się pysznie więc... oczywiście rzuciłam się na głęboką wodę.
Torcik miał być brązowy w środku, niebieski na zewnątrz. Chciałam go udekorować cukrowymi śnieżkami, aby motyw był stricte zimowy. Oczywiście coś mi strzeliło do głowy i zrezygnowałam z tej opcji... Trochę żałuję, ale wezmę tę opcję pod uwagę może za miesiąc.
Mogło być lepiej, ale nie jest źle. Są kulki, więc motyw przewodni jest. Są dwa kolory, więc jest spójnie. Ogólnie wszystko jest ok poza tym, że tort jest nieco koślawy, ale tak obłożony tort wymaga wprawy. Dekorowanie tortu zajęło mi ponad dwie godziny i kosztowało trochę nerwów, bo improwizowałam i kombinowałam tak, aby nic się nie zmarnowało. Wierzcie mi, nie ma dla mnie nic gorszego od zmarnowanego jedzenia! Na dodatek wyrabianie masy plastycznej... Wzięłam na celownik prostszą (i wymagającą mniej sprzątania!) opcję, jaką jest masa plastyczna z pianek marshmallow, mimo to, ta dała mi popalić prostym...

„nie zadzieraj ze mną słabiaku”.

OK! Niech Ci będzie, mam nawet kilka pomysłów, ale nie dam sobie w kaszę dmuchać. Jeszcze popamiętasz Mr. Marshmallow!


czego Ci potrzeba?
• forma 15 x 10 cm
• papier do pieczenia (odrysować i wyciąć kszałt dna formy oraz prostokąt o długości większej niż obwód formy, dodając około 4 cm wysokości)
• pędzelek do oczyszczania tortu z cukru pudru
• mikser (serio???:D)
• mały garnek
• miski - na ciasto i krem, oraz metalowa na masę marshmallow
• wałek do wałkowania masy cukrowej lub jeśli brak takiego pod ręką, rolka po folii spożywczej (ja wałka nie miałam więc użyłam rolki :)) )
• podstawka, patera lub talerz do tortu


SKŁADNIKI
 
biszkopt
szklanka mąki (200g)
kakao (100-150g)
6 dużych jaj
szczypta soli
sok z połówki cytryny
łyżka mąki ziemniacznej
3/4 szklanki cukru (150g)
2 łyżeczki proszku do pieczenia

plus sok z jednej pomarańczy do lekkiego nasączenia blatów

krem
tabliczka czekolady (mleczna, deserowa, toffe, jaką tylko lubisz)
200ml śmietany 30%
200g masła
3/4 szklanki kakao
kilka łyżek cukru pudru
opcjonalnie żelatyna rozpuszczona w niewielkiej ilości gorącej wody

krem maślany pod masę plastyczną
200-250g cukru pudru
150g masła

dekoracja tortu
400g pianek marshmallow
2-3 łyżki wody
100g kakao
200g cukru pudru plus cukier do podsypywania blatu przy wyrabianiu i wałkowaniu masy

Ilość składników na biszkopt może się różnić od poprzednich przepisów, ale składniki dobieram do wymiarów formy w jakiej piekę ciasto.

 
SPOSÓB PRZYGOTOWANIA
 
biszkopt
Piekarnik nastawić na 160 stopni z opcją termoobiegu. Formę wyłożyć papierem do pieczenia.
Połączyć suche składniki. Żółtka oddzielić od białek. Białka ubić ze szczyptą soli i gdy masa będzie sztywniejsza, dodawać po mału cukier cały czas ubijając. Gdy białka będą sztywne, dodać sok z cytryny i dalej ubijając, dodać mąkę ziemniaczaną. Do gotowych białek dodawać po żółtku i gdy masa jajeczna będzie gotowa, dodawać po łyżce suchych składników i mieszać szpatułką od ścianek miski w miarę szybko, ale tak aby nie rozbić masy. Masę na biszkopt przelać do formy i wstawić do nagrzanego piekarnika. Piec do tzw. suchego patyczka, czyli mniej więcej godzinę. Jeśli będzie trzeba, piec dłużej. Po upieczeniu zrzucić z około 50cm na podłogę i wystudzić.

krem
Śmietanę podgrzać i gdy będzie gorąca, dodać masło oraz pokruszoną czekoladę. Mieszać do całkowitego rozpuszczenia składników. Gdy składniki idealnie się połączą, dodać kakao i cukier puder. Mieszać dalej, aż kakao się rozpuści. Dla ułatwienia powiem - weź mikser i zmiksuj całość. Masa stężeje w lodówce w ciągu kilku godzin. Jeśli boisz się, że masa Ci popłynie, możesz rozpuścić żelatynę w odrobinie gorącej wody i dodać do kremu, lub... dodać więcej kakao :))

krem maślany pod masę plastyczną
Masło miksować z cukrem pudrem aż krem będzie puszysty i biały (lub prawie biały! nie wszystkim się chce, a to wszak tort domowy, więc można iść na ustępstwa:)) ).

masa plastyczna
Pianki marshmallow rozpuścić z wodą w kąpieli wodnej (w misce nad garnkiem z parującą, wrzącą wodą). Ilość jaką chcesz przeznaczyć na białe elementy, przełożyć do małej miseczki. Będą to mniej więcej 3-4 duże łyżki. Do reszty dodać kakao i wymieszać do całkowitego połączenia. Następnie dodać cukier puder (tak samo w przypadku masy na białe elementy) i mieszać dalej łyżką a następnie wyrabiać gdy nabierze stałości. Po wyrobieniu w misce przełożyć na blat posypany cukrem pudrem i wyrabiać ręką, aż całość będzie jednolita i będzie się nadawała do rozwałkowania. Rozwałkować do grubości około 3 mm i pilnować, aby masa nie przywierała do blatu (posypywać blat cukrem pudrem).


KROK PO KROKU - JAK TO ZROBIĆ
Krem czekoladowy podzielić sobie na 2 części. Gotowy i wystudzony biszkopt przekroić na 3 blaty (wierzchnią górkę usunąć) i nasączyć je sokiem pomarańczowym. Dolny blat jest płaski, więc tym samym idealny na górę tortu. Podkładkę, talerz lub paterę lekko posmarować kremem, by ciasto się nie ślizgało. Położyć pierwszy blat i posmarować kremem nie dochodząc do brzegów. Na kremie położyć drugi blat i również posmarować kremem. Całość przykryć trzecim, płaskim blatem i lekko przygnieść by całość się wyrównała. Krem może pod ciężarem blatów lekko się rozjechać, więc schłodzić całość w lodówce i gdy krem będzie sztywniejszy, usunąć z boków nadmiar kremu. Boki tortu smarować kremem maślanym i w następnej kolejności tort obłożyć masą plastyczną. Jeśli zostanie Wam nadmiar masy marshmallow, to usunąć go nieco małym nożykiem, ale musi to być taka ilość która umożliwi połączenie całej reszty. Ważne aby nie przesadzić! Dekorować białymi elementami wg własnej inwencji twórczej. Usunąć pędzelkiem nadmiar cukru pudru który został po rozwałkowaniu masy. Po udekorowaniu tortu schłodzić go w lodówce.

JEŚLI nie chcesz dekorować tortu masą plastyczną, to przygotuj dwa razy więcej (niż jest w recepturze) kremu czekoladowego. Tort stanie się mega wytrawny. Ważne aby do samego dekorowania krem był schłodzony!


Jeśli chcecie skorzystać z mojego przepisu, to koniecznie musicie zwracać uwagę na to, jak pracuje Wasz piekarnik (m.in. ze względu na piekarniki wolę dodać do biszkoptu proszek do pieczenia) oraz mieć w większej ilości składniki takie jak kakao i cukier puder. W ciągu kilku lat przygotowywania swoich wypieków zauważyłam, że miarki czasem zawodzą i o ile w przypadku biszkoptu nie jest to taki problem (każdy znajduje swoją idealną recepturę), to różnie może być z masami. Życzę Wam powodzenia i mam nadzieję, że wypiek się uda. Ja ze swojego jestem zadowolona, jeśli mowa jest o biszkopcie i kremie, ale jeśli chodzi o masę plastyczną, to mogło być lepiej :))
Ściskam!

Noworoczna aktualizacja włosowa i plany pielęgnacyjne

6 stycznia 2017


Jest nowy rok, jest zapuszczanie, jest CP i jest Jantar. A do tego pod sam koniec roku karmienie piersią miało swój finisz. Wszystkie witaminy i składniki mineralne zostają już w moim organizmie, do tego suplementuję się i dzisiaj zaczynam wcieranie Jantaru... Wiecie, co to oznacza? Akcję pobudzania przyrostu włosów! Dzisiejsza aktualizacja pojawiła się w zasadzie po trzech tygodniach od ostatniej aktualizacji i grudniowego mierzenia włosów (41 cm), a już zanotowałam przyrost do 42 cm. To bardzo mnie motywuje, zwłaszcza że od końcówki sierpnia zanotowałam przyrost 7 cm, co daje około 1,4 cm na miesiąc, a do włosy mierzyłam pod koniec sierpnia, w połowie grudnia i na początku stycznia tak więc... zasuwają, oj zasuwają! ;) Wyobrażacie sobie, co będzie, teraz gdy już nie karmię małej piersią? :D Sama się zastanawiam, no ale zobaczymy!


Aktualnie stwierdzam, że moje włosy wyglądają po prostu przeciętnie :D Nie są jakieś zjawiskowe, a końcówki wymagają podcięcia, którego za nic w świecie nie chcę popełnić (ile można podcinać na miłość boską). Końcówki mogą się wykruszać same, póki co nie przyłożę ręki do pocięcia bo chcę zobaczyć, jaki efekt przyniesie zaprzestanie pocinania. Może nie będzie tak źle?
Moje włosy ponadto wymagają pilnego olejowania i maseczek więc w planach mam kupno oleju lnianego i mojej ukochanej maski WAX. Dlaczego akurat olej lniany? Skoro len występuje u nas naturalnie (pomińmy ilość gatunków:D), a sam olej cudownie wpływa na organizm, to dlaczego ma nie wpłynąć zewnętrznie w tak cudowny sposób na włosy? Do tego kuracja Jantarem (chyba dokupię jeszcze jedną butelkę odżywki, bo jest w Biedronce za 8 zł) i CP - myślę, że to da pozytywne skutki.


Muszę Wam powiedzieć, że ich przeciętny wygląd jest jak dla mnie efektem niestosowania regularnej i skutecznej pielęgnacji. Przez ostatnie dwa lata coś tam łykałam, coś tam wcierałam, używałam różnych maseczek, ale koniec końców zapominałam o tym i kończyło się na myciu i stosowaniu odżywek zewnętrznych. Latem 2016 roku zaczęłam brać Vigantoletten i tak naprawdę jest to pierwsza wewnętrzna pielęgnacja, do której się naprawdę przyłożyłam. Wiecie, co jest pocieszające? Baby hair które pojawiły się jakiś czas temu i pojawiają się nadal :) Muszę Wam powiedzieć, że dam z siebie wszystko, żeby je zapuścić. To taka moja deklaracja przed Wami, więc traktuję ją bardzo poważnie, a margines błędów jaki dopuszczam, jest minimalny. Trzymajcie za mnie kciukasy! :D
Ściskam!

Jak zrobić domowe, czekoladowe pralinki? Mocno kakaowe aż w uszach trzeszczy!

4 stycznia 2017

Czekoladowe pralinki DIY

Nie wiem jak Wy, ale ja ostatnio zrobiłam dla mnie i lubego najlepszy i najprostszy deser na świecie. Można się domyślić, że szło o Sylwestra, a ja kompletnie nie wiedziałam co by tu przygotować. Mogłam zrobić przepyszny tort lub szarlotkę, ale czułam, że to jednak za dużo na jeden wieczór. Miałam ochotę na coś mocno czekoladowego i cięższego, ale jednocześnie delikatnego i subtelnego. Chciałam coś na jeden lub dwa kęsy, coś, czym można się delektować. No i coś, co będzie po prostu świetnie wyglądać. W mojej głowie narodził się pralinkowy pomysł... Opcja mocno kakaowa wyglądała najbardziej kusząco. Wiedziałam, że niezbędne będą masło, śmietanka, trochę cukru pudru i kakao a rodzaje czekolad to już mój wybór. Mogłam wybrać deserową, jak to bywa w przepisach, ale miałam ochotę na delikatniejsze smaki, więc stanęło na białej oraz Milka Toffe. Dorzuciłam do tego kilka kostek Milka Yoghurt, bo akurat była pod ręką. Pralinki wyszły po prostu... Niesamowite! Były mocno czekoladowe, a kakaowa posypka nadawała im charakteru. Delikatniejsze czekolady dodały im subtelności, a sproszkowane pierniki odpowiedniej gęstości. Rozpływały się w ustach, były przepyszne!


składniki

2-3 tabliczki czekolady (ja użyłam Milki Toffe i białej czekolady, oraz kilka kostek Milka Yoghurt)
150 ml śmietanki 30procent
100g masła
1-2 łyżki cukru pudru
kilka łyżek gorzkiego kakao
2 miękkie, duże, pokruszone ciastka (ja użyłam pierników poświątecznych)


sposób przygotowania

Czekoladę łamiemy. Śmietankę podgrzewamy w rondelku i gdy będzie gorąca, dodajemy masło oraz czekolady. Rozpuszczamy, aż składniki całkowicie się połączą i do gotowej masy dosypujemy cukier puder oraz kakao. Gdy konsystencja będzie jednolita, dodajemy pokruszone ciastka i dalej mieszamy. Chłodzimy w lodówce przez kilkanaście godzin. Gdy masa stężeje, nabieramy po łyżeczce, formujemy kuleczki i obtaczamy w kakao. Chłodzimy. Pralinki smakują najlepiej po następnych kilku godzinach. Pycha!

Prawda, że brzmi pysznie? Z całego serca polecam Wam zrobić sobie taki deser. Pralinki są niesamowite i można kombinować z ilością składników oraz ze smakami, dobierając różne rodzaje czekolad. Dzisiaj zrobiłam nowe pralinki z inną czekoladą, więc eksperymenty idą pełną parą, a my będziemy mieć słodki wieczór. Na koniec powiem Wam, że zamierzam dalej kombinować ze składnikami, więc pewnie niedługo pojawi się przepis na te idealne pralinki. Miłego popołudnia!


Latest Instagrams

© Kreuję swoje życie • Lekka i przyjemna strona lifestyle'u młodej mamy. Design by Fearne.